Maski, cz. IV. Objawienie

I oto nastąpiła pamiętna zabawa, tego pamiętnego roku, który przyniósł wiekopomne zmiany niemal wszystkim żyjącym ludziom na świecie (a na pewno wszystkim, którzy regularnie nosili delmy). Bawiono się wówczas pysznie i wytwornie, czy to na wypełnionych po brzegi placach i skwerach, czy to w salach bankietowych, czy to w prywatnych posiadłościach i mieszkaniach. Panie w najlepszych toaletach, wyfiokowane, z umalowanymi i upudrowanymi fantazyjnie delmami. Panowie w ekstrawaganckich frakach i smokingach, równie jak panie wysztafirowani, skrywający swoje oblicza za baśniowo wystylizowanymi maskami. Młodzież w luźniejszym ubraniu, ale także w zjawiskowych delmach, tłoczyła się tu i ówdzie, zaśmiewając się, wrzeszcząc i przekrzykując, w atmosferze nieokiełznanego rozgardiaszu. A delmy były tego wieczora istotnie bajeczne. A to misternie namalowany bluszcz, a to smok ziejący ogniem z potężnymi skrzydłami, a to korony i miecze królewskie, których nie powstydziliby się potężni władcy zapomnianych czasów i krain. I tak przetaczał się ten gwarny, wielobarwny, rozchichotany tłum przez ciasne uliczki i opustoszałe przed rokiem place. Nikomu nie przeszkadzał ani dmący z północy wiatr, niosący ze sobą miliony puszystych płatków śniegu, ani szczypiący w policzki i nos (nawet mimo zasłaniających twarze masek) siarczysty mróz. Zima w nadchodzącym roku zapowiadała się wyjątkowo długa i ostra, nikt jednak w ten pamiętny sylwestrowy wieczór nie przejmował się tym, ani nie zaprzątał sobie głowy nieprzyjazną aurą. Wszyscy tańczyli, popijali szampana, zajadali się mięsiwem z grilla, żartowali, poklepywali się po plecach i wrzeszczeli wniebogłosy, żegnając stary rok, starą epokę i stare życie. Żegnali epidemię, a przy okazji własny wstyd, tak pieczołowicie ukryty pod magicznymi maskami. Na placach, skwerach i w parkach oraz na niemal każdej szerszej ulicy, gdzie tłoczyła się stadnie ludność Aurilium, zamontowano ogromne telebimy, z których miały popłynąć noworoczne życzenia od prezesa Ozalkasa. Również w salach bankietowych i prywatnych domach znajdowały się płaskie ekrany, gdzieniegdzie już włączone, gdzieniegdzie jeszcze uśpione, czekające na wiekopomne orędzie prezesa.

I oto zbliżała się północ, gdy na scenie wzniesionej na głównym placu Aureopolis, zwanym Złotym Rynkiem (Aurea Agora), pojawiła się wysmukła, strzelista sylwetka prezesa Ozalkasa, w długim atłasowym płaszczu, z podszyciem z futra gronostajów. Prezes, po złożeniu serdecznych i płomiennych życzeń swym współobywatelom, ze szczerym wzruszeniem poinformował o końcu epidemii.

„Panie i panowie, dzieci i młodzież, najukochańsi rodacy – z nieukrywaną dumą, radością i ulgą oświadczam, iż czas zarazy, nękającej nasze społeczeństwo oraz większą część globu, minął. Oby bezpowrotnie. Dzięki kolosalnym trudom, jakie włożył nasz wspaniały zespół mikrobiologów i lekarzy pod przewodnictwem doktor Samelli Nethos, udało się wreszcie stworzyć bezpieczną i niemal w stu procentach skuteczną szczepionkę. Nasi cudowni, oddani i rozważni naukowcy dokonali tej niezwykłej rzeczy również dzięki wam. Wam i innym mieszkańcom naszej planety, którym także serdecznie dziękuję za wsparcie. Środki z każdej zakupionej maski ochronnej, zwanej popularnie delmą, posłużyły sfinansowaniu projektu. Dzięki temu mogliśmy przeprowadzić badania na skalę, która dotąd wydawała się czymś nieprawdopodobnym. A jednak – udało nam się, razem zwyciężyliśmy. Światło nauki po raz kolejny wypełniło mrok natury, niezłomny ludzki duch i umysł ponownie zatriumfowały nad okrutnym chaosem przyrody.”

A po tych wzniosłych słowach, pełnych wdzięczności i patosu, profesor Ozalkas, prezes Najwyższej Rady Aurilium, wypowiedział jeszcze jedno zdanie: „Zrzućmy maski”!

Był 31 grudnia roku pamiętnego, na głównym placu Aureopolis, nazywanym Złotym Rynkiem, zegar ratuszowy wybijał północ. Oto następował początek Nowego Roku, Nowej Epoki i Nowego Życia. Potężne jupitery, ustawione w rogach rynku, rozświetlały przestrzeń jakąś kosmiczną łuną. Na placu znajdowali się tego dnia wszyscy najważniejsi bohaterowie tej opowieści – i nieszczęsny pan Grigonis, który potrafił już dziesięć razy podciągnąć się na drążku, i niegdyś chudy jak szczapa pan Rackel, pochłaniający teraz ogromne steki ze szpinakiem, i zmysłowa Mariel z mężem, panem Ladrisem, i gibka jak górska kozica Lissa, i genialni doktorzy Vedels oraz Samella Nethos, i dumnie prężący pierś generał Delmatis, być może główny sprawca tego całego ambarasu. I wszyscy oni, jak również ludność zgromadzona w innych miejscach na świeżym powietrzu, w restauracjach i prywatnych kwaterach, zrzucili maski, które stały się czymś więcej niż drugą skórą. Potężne pasma światła, spływające jarzącym się morzem jasności z miejskich reflektorów, ukazały obraz tak niezwykły, iż nikt nie wiedział jak się zachować. Oto twarz pana Grigonisa była jakby sproszkowaną kredą, rozsypującą się na jego zamszowy płaszcz, spod którego wyzierała wypłowiała marynarka i seledynowy krawat. Oto oblicza państwa Ladrisów przypominały upiorną, próchniejącą kostuchę, barwy trupiobladego konia, na którym w dzień Apokalipsy przybędzie Śmierć w towarzystwie Otchłani. Oto pan Rackel, wyglądał jak personifikacja najprzenikliwszych mroków, których nie mógłby rozjaśnić nawet bezkresny snop światłości. A oto zadziorna Lissa zamieniła się w prawdziwego gada, o skórze twardej jak skała, zgniłozielonej i zrogowaciałej. Doktorzy Vedels i Nethos stali naprzeciwko siebie, oboje jednako nijacy, nie widząc przed sobą zupełnie nic poza oślepiającym światłem i wzruszając jedynie ramionami, jakby zaistniała sytuacja nie robiła na nich żadnego wrażenia. Twarz generała Delmatisa była już tylko resztką strzaskanej mozaiki, groteskowo niekompletnej, w której nie było ani krzty dawnej władczości. Najgorszy w tym całym makabrycznym korowodzie demonów był jednak prezes Ozalkas. Jego twarz upodobniła się bowiem do dwojga wyłupiastych oczu, składających się jedynie z białek pozbawionych tęczówek i źrenic. Oczy te, zarazem żywe i martwe, ślepe i wszechwidzące, puste i pochłaniające wszystko, co wpadło w ich spektrum, zdawały się hipnotyzować wszystkich zgromadzonych. Tak jak i oni, znieruchomieli wszyscy inni, których za pośrednictwem telewizji dosięgło petryfikujące spojrzenie Ozalkasa. Czas jakby się na chwilę zatrzymał. Ustał gwar i krzyk, ustał porywisty wiatr i śnieżna zamieć, zelżał mróz. I tylko światło jupiterów niestrudzenie rozświetlało tę ponurą mogiłę ludzkich dusz.

A potem, wraz ze wschodem zimowego słońca, wszystko minęło. Ludzie przebudzili się z odrętwienia i zdali sobie sprawę, że ich twarze znów są takie same, jak przed wybuchem zarazy. Jednako rumiane, ogorzałe, smagłe, śniade, beżowe, popielate, blade, żółte, czarne i czerwone. Oczy odzyskały dawne barwy, blask i wyrazistość. Nosy znów kurczowo trzymały się czaszek i ani myślały zamienić się w proch. Czoła, uniesione wysoko, nabrały jakiejś godności i powagi. Wszyscy spoglądali wokół siebie i ze łzami w oczach składali sobie życzenia. Uśmiechali się, poklepywali po plecach, przytulali. I tylko pewien niesmak wywołały kupy łajna, leżące w miejscach, gdzie o północy upadły odrzucone delmy.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania