Pomóż mi odnaleźć siebie - Rozdział 6

Jak zwykle co rano poprawiam swoje niesforne włosy, które każdego dnia puszą się, przez co wyglądam jak napuszony pudel. Zmywam resztki rozmytego makijażu. No tak. Wczoraj wieczorem poszłam z Mają do klubu, a resztki makijażu są tego śladem. Włosy rozczesuje za, to makijaż, zmywam całkowicie. Zmęczony wyraz twarzy daje o sobie znać. No nie powiem nie wyspałam się dzisiaj, zwłaszcza że jest siódma rano, a dodatkowo wróciłam zaledwie kilka godzin temu. Wychodzę z domu gotowa, aby podjąć się tego cudownego dnia. A przynajmniej staram się myśleć, że ten dzień chociaż trochę będzie udany. Wsiadam do samochodu i wkładam srebrne kluczyki do stacyjki, po czym bez zawahania odjeżdżam z piskiem opon, a dym pozostający po aucie unosi się jeszcze w powietrzu kilka sekund.

 

Kiedy podjeżdżam na posesję, wysiadam i podchodzę do dużych białych drzwi. Dzwonię dzwonkiem i czekam, aż ktoś mi otworzy. Przez chwilę słyszę donośne schodzenie po schodach, a potem ktoś od klucza drzwi. Staje w nich Matt w zupełnie innym wydaniu. W takim wydaniu go jeszcze nie widziałam. Stoję chwilę w niego wpatrzona, nie wiedząc co powiedzieć. Ubrany jest w luźną koszulkę i krótkie spodenki, co świadczy, że jest jeszcze w piżamie. No nie powiem, spodziewałam się go w ubranego w czarny garnitur, białą koszulę i czarny dopasowany krawat.

 

- Hej - rzucam, z delikatnym uśmiechem orientując się, że patrzę na niego za długo. Zdecydowanie za długo.

 

- Cześć - mówi, drapiąc się po karku i wpuszcza mnie do środka.

 

- Emily! - słyszę cieniutki głosik dziewczynki, która nawet nie wiem, kiedy znalazła się tuż obok swojego ojca.

 

- Hej mała - mówię ciepłym i pogodnym głosem, posyłając jej przy tym łagodne spojrzenie.

 

- Em... Ja się pójdę ubrać - odpowiada cicho i zaczyna iść po dużych schodach na kolejne piętro. Z moich ust wydobywa się cichy chichot, który nieco rozprzestrzenił się po mieszkaniu.

 

Wchodzę w głąb korytarza i wieszam mój brązowy płaszczyk na jednym z wieszaków. Buty układam obok małej brązowej szafki. Widzę w oczkach małej lekkie zakłopotanie. No tak dawno się nie widziałyśmy. Właściwie widziałam ją kilka razy, a wydaje mi się, że bardzo ją polubiłam.

 

Matthew wyszedł z domu jakieś piętnaście minut temu, a ja siedzę z małą przy śniadaniu i słucham jej opowieści z całego tygodnia. Całe jej to opowiadanie jeszcze bardziej uświadomiło mnie, że za dużo mnie nie ominęło. Opowiadała jak była z babcią karmić kaczki, jak to tata nie pozwolił jej jeździć na koniu, bo mogłaby sobie coś zrobić. Każde słowo wypowiedziane przez tę cudowną dziewczynkę przyprawiało mnie jeszcze szerszego uśmiechu. Zapewne nie jedna osoba mogłaby pomyśleć, że jestem jakaś nienormalna, szczerząc się jak głupi do sera, ale w tej chwili mailami to gdzieś.

 

- To jak umyj ząbki, a ja posprzątam po śniadaniu. Jak posprzątam, to obiecuję, że w coś się pobawimy - uśmiecham się do niej ciepło. Kiwa ochoczo główką.

 

Zgadując, gdybym nie wymieniłabym tu słowa zabawa, już tak ochoczo nie potraktowałby tego zadania. Widzę, jak znika za dużymi drzwiami, a potem rozlega się szum wody. Zabieram talerz po płatkach i wkładam do zmywarki, po czym cały stół jeszcze raz przerywam kuchenną ścierką.

 

- Możemy iść się bawić? - pyta, stojąc w drzwiach z proszącym wzrokiem.

 

- No dobrze - uśmiecham się, czuję, jak ściska moją dłoń i zaczyna ciągnąć do swojego pokoju.

 

Wbiega do swojego pokoju i rzuca się na swoje łóżko, słychać jej perlity śmiech, który roznosi się po całym pomieszczeniu. Podchodzę do niej i zaczynam łaskotać jej drobne ciałko, wyrywa się, cały czas rechocząc ze śmiechu. Obie nie możemy przestać się śmiać, a nasze rechoty roznoszą się po całym domu. Gdy wyrywa się z łaskotek, podbiega do dużego kufra z zabawkami, po czym wyciąga małego, różowego pluszowego misia i szarego zajączka. Siadam obok niej na puchatym dywanie. Zabawa, która się rozpoczęła, uświadamia mnie, że tak szybko się nie skończy, a iskierki energii, które płoną, w jej małych dziecięcych oczkach ciągle są widoczne.

 

- Chyba czas, abym zrobiła obiad co? - pytam, w pewnej chwili nie odwracając wzroku od bawiącej się Katy.

 

- Naleśniki! - wola nagle, a ja nie mogę powstrzymać się od kolejnej dawki chichotu.

 

- Dobrze to zrobimy naleśniki - uśmiecham się ciepło.

 

- Ale! Takie z bitą śmietaną - patrzy, na mnie szczerząc swoje białe ząbki.

 

- Z bitą śmietaną - odpowiadam i wstaje z dywanu i wychodzę z pokoju, za mną rozlega się głośne tupanie, co świadczy, że mała przyszła tu za mną.

 

Idzie do salonu i zasiada wygodnie na kanapie. Włącza telewizję i zaczyna oglądać jedną z kreskówek. Poszukuję składników na naleśniki, a dokładnie mąkę, jajka, wodę, mleko i inne składniki.

 

Po jakimś czasie po domu roznosi się zapach naleśników. Zarzucam już kolejny na talerz. Kiedy całe ciasto już wykorzystałam, stawiam talerz na stole.

 

- Choć na naleśniki - mówię, wchodząc do salonu. Dziewczynka szybko zrywa się z kanapy i zanim się oglądam, siedzi przy stole konsumując ciasto.

 

- I jak smakuje? - pytam, unosząc jedną brew ku górze, potakuje i wraca do jedzenia.

 

Jeśli mam się przyznać to gotować nie potrafię, ale jeśli chodzi o naleśniki, to nie ma lepszej. Nigdy nie umiałam siedzieć w kuchni przy garach i co kol wiek ugotować, bo i tak zapewne z kuchni nie pozostałoby nic.

 

Matthew

 

Jestem już po pracy. Ten dzień był cholernie męczący. Jadę autem, mijając kolejne ulice, które również przemierzają inne samochody. Uchylam jedno z szyb i zaciągam się świeżym powietrzem, pogłaśniam muzykę i nucę ulubioną piosenkę. Po jakimś czasie zgadzam silnik i wyjmuje kluczyki znajdujące się w stacyjce. Przyjechałem z pracy wcześniej, a to dlatego, że nie marze o niczym innym jak wygodna kanapa. Wysiadam z auta i idę powolnym krokiem.

 

- Już jestem! - wołam, odkładając teczkę na brązową szafkę. Ściągam buty i wchodzę w głąb domu.

 

- Hej - mówi siedząc na kanapie - zrobiłam naleśniki. Chcesz? - wstaje z kanapy i zmierza w moim kierunku. Jest dopiero dwudziesta, a jest wyjątkowa cisza.

 

- Tak. Dzięki - rzucam krótko - gdzie Katy? - pytam lekko zdezorientowany i wchodzę do kuchni. Stawia przede mną talerz z jednym naleśnikiem.

 

- Śpi - odpowiada, a moja twarz nie kryje zdziwienia.

 

- Śpi? - pytam niedowierzając. Kiwa głową na potwierdzenie - jak ty to zrobiłaś?

 

- Powiedzmy, że mam pewne sposoby - zaśmiała się.

 

Wracam do jedzenia. Muszę się przyznać, że byłem głodny, a te naleśniki sprawiły, że jestem w pełni syty. Podchodzę do szafki przy telewizorze i wyciągam wino. Nalewam sobie lampkę, po czym siadam na kanapie. Okrakiem spoglądam na Emily sprzątającą w kuchni po obiedzie. Chciałem powiedzieć, aby sobie odpuściła, ale jest niesamowicie uparta.

 

- Długo grasz? - pytam, znienacka błądząc po niej wzrokiem.

 

- Kilka lat - rzuca krótko, nawet na mnie nie patrząc. Okej tym mnie zaskoczyła. Nie spodziewałem się.

 

- Pójdę już - cicho wzdycha, wchodząc do salonu.

 

- Już? - spogladam na zegarek.

 

- Jest już dość późno - poprawia kosmyk włosów, który lekko opada na jej delikatną twarz.

 

- Rozumiem. Odprowadzę cię - odpowiadam i wstaje. Przytakuje i idę tuż za nią.

 

Ściągam z wieszaka jej płaszczyk. Powoli zakładam na jej drobne ciało z delikatnym uśmiechem. Speszona odwracam się w moją stronę, po czym wynika mnie i wkłada buty.

 

- Do zobaczenia - patrzy w moje oczy, nie spuszczając, z niej wzroku podaje jej torebkę.

 

- Proszę - szepce podając jej z delikatnym uśmiechem - do zobaczenia - odpowiadam, a po chwili znika za drzwiami. Opieram się o drzwi i biorę głęboki oddech. Czuję, jak ciepło rozlega się na moim sercu, a uśmiech nie potrafi zejść z mojej twarzy.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania