Pomóż mi odnaleźć siebie - Rozdział 8

Sobota. Nareszcie. Zero pracy, zero tego popapranego tygodnia. Nie ukrywam, że ten dzień zamierzam spędzić pod kołdrą z jakąś dobrą komedia romantyczną i lampka wina, ale moja ukochana przyjaciółka na pewno mi nie pozwoli (Wyczujcie ten sarkazm). Jest dziesiąta rano, a ja ciągle jestem pokryta białą jak puch kołdrą i nawet nie mam zamiaru się stąd ruszać. Spoglądam na duże okno znajdujące się w moim pokoju. Biała zasłona przykrywa je, a mimo to udaje mi się wyczytać, że jest dzisiaj pochmurnie, czyli cudowny dzień na leżakowanie.

 

- Zamierzasz dzisiaj jeszcze wyjść z tego łóżka? - Maya staje w drzwiach, unosząc jedna brew. Na jej widok chowam się pod kołdrę pod sam nos - tak zamierzasz to załatwić? - śmieje się i podchodzi do mnie.

 

- O nie, błagam, nie rób tego - wybucham głośnym śmiechem, szybko orientując się, że ma zamiar zrzucić mnie z łóżka.

 

Zrzuca mnie z łóżka, co sprawia, że obie rechoczemy, nie mogąc przestać. Leżymy na podłodze, a ta jakże przecudowna sytuacja musi wyglądać komicznie. Dwie dorosłe kobiety zachowują się jak dziesięciolatki. Pewnie, gdyby nie sms Mayi nadal by tak wyglądało.

 

- Kto to? - pytam.

 

- Nikt - mówi. Rumieni się.

 

- Jak ma na imię? - ha. Wiedziałam.

 

- Alex - odpowiada szerząc się.

 

- Kiedy go poznam? - przyglądam jej się uważnie.

 

- Kiedyś na pewno - zażartowała i podała mi rękę, abym mogła wstać.

 

- Trzymam cię za słowo - śmieje się i zaczynam ścielić łóżko.

 

No tego się nie spodziewałam. W zasadzie, kiedy ona go poznała? A no tak zapewne znowu mnie pół życia ominęło. Co najdziwniejsze dowiaduje się o tym dopiero teraz. No nieważne. Udaje się na dół i wchodzę do toalety. Wyciągam z małego, białego kubka zieloną szczoteczkę. Nakładam miętową pastę i starannie myje zęby. Białą pianę wypluwam do umywalki i płuczę usta jeszcze raz wodą, po czym wycieram twarz i robię delikatny makijaż, składający się z tuszu do rzęs i błyszczyku.

 

- Mam rozumieć, że nie pozwolisz mi dzisiaj zostać w domu? - patrzę na Mayę, nie mogąc powstrzymać śmiechu.

 

- Ma się rozumieć - mówi z uśmiechem.

 

- To w takim razie gdzie idziemy? Jakaś specjalna okazja? - dopytuje.

 

- Dzisiaj jest wystawa moich obrazów - odpowiada.

 

- Naprawdę? Gratuluje kochana - przytulam ją.

 

- Idziesz ze mną i nie ma mowy, abym ci to odpuściła - informuje mnie z uśmiechem, który również pojawia się na mojej twarzy.

 

- Tak jest - salutuje, jak mała dziewczynka po chwili wybucham gromkim śmiechem i biorę się za przygotowywanie śniadania.

 

Gorąca świeżo zaparzona kawa ląduje w mojej ukochanej filiżance, a cudowny zapach wypełnia kuchnię. Układam na biały talerzyk kilka kanapek z serem i odkładam go na stół.

 

- Chcesz też? - pytam.

 

- Nie, dzięki. Już jadłam - odpiera. Zabieram się za konsumowanie tych pysznie wyglądających kanapek.

 

***

 

Siedzimy na kanapie, wycierając kolejne łzy. Tak łzy. Oglądamy komedię romantyczną, na której po prostu nie dało się nie płakać. Cóż kto jak kto, ale nie spodziewałam się, że moja przyjaciółka również uroni kilka łez.

 

- Na którą masz tę wystawę? - pytam znienacka.

 

- O kurcze, późno już. Musimy się zbierać, jeśli nie chcemy się spóźnić - wstaje i przeciąga się.

 

- och... no dobrze - odpowiadam rozleniwiona. No nie powiem, trochę się zasiedziałam, a jedyne, na co mam teraz ochotę to położyć się ma mięciutkim materacu.

 

Wkładam buty i ubieram płaszczyk. Zabieram torebkę, po czym obie znikamy za drzwiami.

Wsiadam z przodu obok siedzenia kierowcy i zapinam pasy. Zerkam na nią ukradkiem, orientując się, że coś jest nie tak. Po chwili nachodzi mnie myśl: "A no tak  na pewno jego też tam zaprosiłaś". Cicho wzdycham i patrzę na auta jadące obok. Pogłaśniam nieco muzykę, słysząc mój ulubiony kawałek, który sprawia, że mimowolnie zaczynam go nucić.

 

- Nie rozważasz czasem powrotu na scenę? - skąd wzięło jej się to pytanie? Jasne, że rozważam, ale to już przeszłość... Zamknięta przeszłość.

 

- Czasem - rzucał krótko, ucinając temat. Widzę, jak chce cos jeszcze powiedzieć, ale powstrzymuje sie.

 

Kiedy mija niecałe dziesięć minut, stajemy przed ogromnym budynkiem. Lekko zdezorientowana wchodzę do środka, a za nim się oglądam, moja przyjaciółka ginie gdzieś w tłumie.

 

- Alex! - słyszę jedynie pisk Mayi, która najwyraźniej rzuca mu się na szyje. Kiedy robię kilka kroków do przodu, dostrzegam chłopaka mojej przyjaciółki, a obok niego Matta. Chwila co on tu robi?

 

- Hej - rzucam cicho, zmuszając się do uśmiechu.

 

- Cześć - Mówią mężczyźni na raz.

 

- To jest ta dziewczyna, o której mi opowiadales? - pyta, patrząc na nas znacząco.

 

- Emily to jest Alex mój kolega. Alex to jest Emily, opiekunka Katy - przedstawia nas sobie.

 

Okej. Tego nie przekalkulowałam, moja przyjaciółka jest z kolegą mojego szefa. Taaa... Lepiej być nie może. Stoimy wszyscy, oglądając wystawę obrazów Mayi. Stoi na środku i opisuje każde z dzieł. Ma taki ogromny talent, patrze na nią z uśmiechem, a gdy kończy swoją przemowę, sale wypełniają gromkie brawa. Wszystkie obrazy były takie żywe, emocjonalne, nie do opisania. Każdy przedstawiał co innego, a i tak ukazywał przynajmniej jedną część jej duszy.

 

- Jestem z ciebie taka dumna! - przytulam ją po raz kolejny, a po jej poliku spływa łza szczęścia - tylko mi się tu nie rozpłacz - szepcze do jej ucha, chichocząc.

 

- Byłaś wspaniała - tym razem Alex obdarza moją przyjaciółkę przytulasem, po czym składa na jej ustach delikatny pocałunek. Super zaraz będą się migdalić na moich oczach.

 

- Yhm - odchrząkuje, a oni się od siebie odrywają.

 

- No co? - pytają jednocześnie. Wystawiam im język, co sprawia, że zaraz po tym zaczynamy się śmiać.

 

- Możemy porozmawiać? - czuje na swojej szyi oddech Matta. Na moim ciele pojawia się gęsia skórka, a nogi miękną.

 

- Em... Tak pewnie - mowie lekko dążącym głosem. Moja przyjaciółka zaczyna się śmiać. Brawo Emma twoja przyjaciółka ma z ciebie radochę.

 

Idę tuż za mężczyzną, cały czas uważnie mu się przyglądając. Kiedy jesteśmy na dworze, moje ciało owiewa zimny wiatr. Biorę oddech świeżego powietrza i unoszę głowę do góry, po czym przymykam delikatnie oczy. Niebo jest wręcz zasypane gwiazdami, a jasny księżyc rzuca blask na nasze twarze.

 

- Nie spodziewałem się, że tu będziesz - mówi spokojnie, stając tuż obok mnie.

 

- Ja też nie spodziewałam się, że cię tu spotkam. Jak Katy? - pytam, zerkając na niego kątem oka. Super nie mogłam wymyślić bardziej kreatywnego pytania? "Sama sobie odpowiedz" rzuciłam w myślach sama do siebie.

 

- Dobrze, ciągle o ciebie pyta - odważa się na uśmiech, choć czuje, że atmosfera nadal jest dość spięta - Może pójdziemy do kawiarni? Jest tutaj niedaleko - proponuje.

 

- Okej. Prowadź - mimowolnie uśmiecham się i ruszamy powoli.

 

Cały czas panuje głucha i niezręczna cisza, a kiedy jeden z nas chce zacząć temat, nagłe wszystko się urywa. Wydaje się być taki spokojny? Opanowany? Cóż jedno jest pewne, żadne z nas nie chce palnąć czegoś głupiego. Gdy stajemy przed kawiarnią puszcza mnie przodem i pomaga ściągnąć płaszcz. Cała kawiarnia jest skromnie przystrojona, a detale wręcz sprawiają, że od tego miejsca po prostu bije ciepłem. Siadamy przy stoliku. Nasz wzrok na chwile krzyżuje się, ale speszona odwracam go.

 

- To jak może jakieś ciasto? Sernik? - pyta, uśmiechając się niepewnie.

 

- Brzmi pysznie - odpowiadam z przekąsem, odważając się spojrzeć w jego ciemne tęczówki.

 

- Herbata? - atmosfera nieco rozluźnia się.

 

- Z wielką przyjemnością - odwzajemniam uśmiech.

 

- Już się robi. Według życzenia - śmieje sie lekko i wstaje z miejsca.

 

Wraca po jakimś czasie. Rozmowa zdaje się nieco bardziej kleić niż ostatnio. Sernik, który zamówił, jest po prostu boski. Ser rozpływa się w ustach jak pianka, a puder na wierzchu dodaje słodkości. Wszystko zdobi wokół talerzyka sos czekoladowy i owocki ułożone po brzegach.

 

- Dawno nie jadłam tak dobrego sernika - mówię rozmarzona, kończąc kawałek.

 

- Chcesz mój? - pyta z lekkim uśmiechem, patrząc w moje oczy.

 

- Nie... - zaczynam, ale mi przerywa.

 

- Tylko nie mów mi, że jesteś na diecie - zaśmiał się, co u mnie wywołało dokładnie to samo.

 

- Och... No dobrze - zachichotałam, a jego talerzyk przesunął w moją stronę.

 

***

 

- Dziękuje za wszystko - uśmiechnęłam się i gdy chce już wyciągać portfel, zabija mnie wzrokiem - no co? - udaje, że nie wiem o co chodzi.

 

- Ja płace - mówi stanowczo, jednak z uśmiechem - i nie przyjmuję odmowy - dodaje.

 

- No dobrze niech ci będzie - zgadzam się, a jego pieniądze z portfela lądują na stole. Obaj powoli wstajemy.

 

- To w takim razie do zobaczenia - mówi cicho, patrząc w moje oczy. Stoi blisko. Za blisko.

 

- Do zobaczenia - szepczę, zatapiając się w jego tęczówkach.

 

Widzę w jego oczach lekkie zawahanie się. Składa na moim policzku delikatny pocałunek. Czuję, jak robię się czerwona.

 

- Ładnie się rumienisz - uśmiechnął się, co od razu odwzajemniłam.

 

- Do zobaczenia - rzucam cicho i zakładam płaszczyk. Znikam za drzwiami kawiarni, a moje ciało wypełnia ciepło. Ciepło jakiego nie czułam od dawna.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania