Potomkowie Paskundera - IV - O magii i Doralionie

Ryszard ocknął się i przez chwilę nie mógł sobie przypomnieć gdzie jest i co się wydarzyło. Wkrótce, jednak wspomnienia powróciły a wraz z nimi kolejna fala wątpliwości. A jeśli to wszystko było tylko snem? Ale czy gdyby tak był0 to czy pamiętał by go, aż tak wyraźnie? Nie, to nie mogła być zwykła senna fantazja, była na to zbyt realistyczna. Więc co ?- zapytał sam siebie. Nagle w jego głowie zaświtała przerażająca myśl. A co jeśli to on po prostu zwariował? Najpierw sny, a potem ta dziwna kobieta… Lecz czy gdyby tak było to czy fikcja nie mieszałaby mu się z rzeczywistością? Czy doprawdy nikt by nie zwrócił na to uwagi?. Nie, to z pewnością nie mógł być sen ani majaki szaleńca. Pozostawała więc tylko jedna możliwość - to była prawda.

Powoli uniósł powieki i dostrzegł nachylającą się nad nim twarz. Nie należała ona jednak do królowej, a do czarnoskórej kobiety, o połyskujących w świetle słońca złocistych włosach.

- Wreszcie się obudziłeś - westchnęła z ulgą uśmiechając się do niego, lecz w jej oczach dostrzegł obawę.

Spojrzał na nią jeszcze trochę oszołomiony.

- Gdzie ja jestem i kim ty jesteś? - zapytał podnosząc się z ziemi.

- Na Wirto. Moj imię brzmi Wróżna. Jej Wysokosć królowa Wruzella poleciła mi się tobą zająć.

- Gdzie ona teraz jest? Muszę z nią pilnie porozmawiać.

- Królowa udała się na naradę. Chodź za mną. Zaprowadzę cię do zamku.

Ryszard nie ruszył się z miejsca. Jego palce nerwowo wybijały rytm.

- Proszę podążać za mną - ponowiła kobieta.

- Pani nic nie rozumie - wybuchnął. Ja tu nie przyjechałem z własnej woli. Za godzinę mam ważne spotkanie. Jak ja wytłumaczę moją nieobecność? Czy ja wogóle prosiłem o zabieranie mnie na jakieś dziwne obce planety? Obce planety - jak to w ogóle brzmi...

Wróżna rzuciła mu pełne urazy spojrzenie.

- Nie wiesz nawet jak wiele zaryzykowała moja Pani, żeby cię tu zabrać.

- Nie prosiłem się o to - odparł hardo.

- Wiem, ale musisz zrozumieć, jak wiele zależy od tego co teraz zrobisz. Nawet nie wyobrażasz sobie jakie poglądy krążą wokół Ziemian. Mając do wszystkich pretensje umocnisz tylko te zdania.

- Więc co mam robić?

- Zostać tu kilka dni i udowodnić, że Ziemianie są takimi samymi ludźmi jak my.

Mężczyzna zastanowił się chwilę.

- Zanim o czymkolwiek będę decydować, chcę spotkać się z twoją królową. Prowadź.

Ruszyli powoli w stronę zamku. Szli wąską zarośniętą pokrzywami ścieżką, która z każdym przebytym metrem stopniowo się rozszerzała, aż zamieniła się w szeroką, wybrukowaną kamieniami szosę. W końcu jednak i droga urwała się a przed nimi wyrósł las sosen. Drzewa te jednak różniły się, od tych spotykanych na Ziemi, były wysokie niczym baobaby, a ich igły połyskiwały na turkusowo. Nie były one jedyną zagadką, tego lasu, wśród gałęzi, można było dostrzec latające wiewiórki i wielkie niczym wierzchowce ptaki.

- Ta planeta, jest bardzo inna od Ziemi - odezwał się.

- Ależ skąd, jest wierną kopią Ziemi, którą pozostawiliśmy trzynaście tysięcy lat temu.

- Dzisiejsza Ziemia wygląda zupełnie inaczej…

- Wiem. Wycięliście lasy, wytępiliście zwierzynę i... Wybacz mi. Nie chcę nikogo obwiniać.

- Wróżno, powiedz mi jak Wirtaci są do nas nastawieni? Czy jest źle?

- Ciężko powiedzieć, raczej mało o was wiedzą, ale królowa Wruzella zamierza to zmienić. Ona ma bardzo dobre serce. Wielmożny Doralion uważa to za naiwność, ale ja wcale tak nie sądzę. Królowa po prostu… Oj chyba za dużo mówię. Zapomniałam, że ty przecież nic nie wiesz o Wirto. Nie wiem od czego zacząć. Może masz jakieś pytania.

- Jak to możliwe, że królowa i ty tak biegle władacie polszczyzną?

- Pojęcie mowy, na Wirto bardzo różni się od tego znanego na Ziemi. Obdarzeni magią zawsze słyszą wszystko w swoim macierzystym języku, i tak też słyszą nas inni. Nie rozumiem, jak dajecie sobie radę bez niej radę.

-Ale czym ona jest?

- Siłą. Siłą potężną i tajemniczą.

Ryszard przez jakiś czas zastanawiał się nad słowami Wróżny, ale wkrótce porzucił ten temat.

Las się skończył się ustępując miejsca rozległej, piaszczystej plaży. Ptaki, podobne do olbrzymich mew fruwały nad ich głowami. Spojrzał na morze i przez chwilę poczuł się jak w domu.

- To tutaj - oznajmiła Wróżna.

Dopiero teraz ujrzał zamek wznoszący się na szczycie wysokiego klifu. Była to ogromna budowla z marmuru, jej ściany pokryte płaskorzeźbami, zdawały się opowiadać historię całej planety. Na czubku jednej z licznych wież stał wielki rubinowy posąg jakiejś pradawnej władczyni, a pod nim pismem klinowym wyryty był napis, nie potrafił odczytać. Wróżna poprowadziła go starymi kamiennymi schodami, które zdawały się pamiętać nie jedno pokolenie i po chwili stali, już u wrót pałacu.

 

***

Wruzella siedziała na tronie, a jej oczy lustrowały zgromadzonych, wzdłuż długiego stołu, członków Rady, próbując odgadnąć ich myśli.

- Zgłaszam sprzeciw - odezwał się nagle Dolarion.

Królowa przegryzła wargę. Znów się jej sprzeciwiał.

- Już to mówiłeś - skomentowała.

- Nie możesz tego zrobić.

- Podaj chociaż jeden powód kuzynie.

- Wielka Różdżalia nigdy by na to nie pozwoliła. Nie po to Wirto zostało ukryte przed wzrokiem Ziemian by teraz ich tu zapraszać.

- Uspokój się Doralionie. Czasy się zmieniły, a zresztą wśród moich poddanych zaczynają już krążyć plotki, że Ziemianie nie znają mowy i chodzą na czterech łapach.

Po sali rozległy się stłumione śmiechy, oblicze jej kuzyna było jednak poważne i nieodgadnione.

- To hańba! - odezwał się po chwili. Sprowadzenie tu Ziemian to hańba.

- Bacz na słowa kuzynie.

- Postępujesz pochopnie i nieodpowiedzialne.

- Zamilcz!

- Nie będę milczeć gdy ty prowadzisz potęgę Wirto na zatracenie.

- Doralionie wyjdź.

- Co proszę?

- Nakazałam ci stąd wyjść.

- Nie masz prawa mnie wyrzucać z narady.

- Wyjdź, albo wezwę straże.

Doralion posłał jej pełne wzgardy spojrzenie, lecz obrócił się i odszedł.

- A więc na czym skończyliśmy? - zapytał któryś ze zgromadzonych.

- Proszę, rozejdźcie się, narada się skończyła.

Wszyscy w milczeniu opuścili salę, a władczyni Wirto wstała z tronu. Na jej twarzy malował się gniew. Dolarion znów podważał jej autorytet, a ona nie zamierzała już tego tolerować. Zarzuciła na ramiona purpurową narzutę i ruszyła w ślad za swoim kuzynem.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Aksi1 2 tygodnie temu
    Zapraszam do komentowania

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania