Rozmowy przy szklance do połowy pustej - Scenariusze

Deszcz jesienny, zimny i nieprzyjemny dla każdego, kto nie mógł się schronić pod dachem, spadał z ciemnoszarych, nisko po niebie przesuwających się chmur ciężkimi kroplami. Uderzał w dach wystukując znane tylko sobie melodie, uderzał w ziemię, rozbryzgując kałuże, przez się zrobione. Uderzał w końcu w okno tego niewielkiego pokoiku, a krople spływały po szybie, jak gdyby brały udział w nierównym wyścigu, bo bez jednej linii startu, a na którego końcu nie czekała na nie żadna nagroda, oprócz opadnięcia jeszcze niżej.

 

Po drugiej stronie tego okna znajdował się pokój mały, ale jakże przytulny w ten wieczór, który o tej porze roku zapadał dużo wcześniej, aniżeli latem, czy wiosną, choć jeszcze nie tak późno, jak zimą. Ściany pokoiku były pomalowane w ciepły pomarańczowy kolor, a drewniana podłoga skryta pod granatowym dywanem. Przy ścianie do okna przeciwległej stał wysoki pod sufit regał z ciemnego drewna dębowego, wypełniony po brzegi książkami, których różnobarwne grzbiety układały się w rozmaite wzory, w których znaczenia mógłby się zapewne jakiś artysta doszukiwać, a tuż obok, w narożniku pokoju opierały się bezczynnie dwie gitary, na których zebrała się już cienka warstwa kurzu. Oprócz tego dwa wygodne, głębokie fotele o wysokich oparciach w kolorze wiosennych liści, tak kontrastującym z widokiem za oknem i niewysoki, niski wręcz, stolik z drewna takiegoż samego, co regał. Na nim stały tylko dwie rzeczy. Prosta świeca osadzona w metalowym, posrebrzanym świeczniku, z której wosk zaczynał powoli skapywać na podstawkę i która była jedynym, wątłym źródłem światła w pomieszczeniu; obok równie prosta szklanka, bez żadnych ozdób, ani uchwytów, w połowie pusta.

 

W fotelach siedziało dwóch mężczyzn, jeden około pięćdziesiątki, chociaż nie można było tego stwierdzić tylko po jego wyglądzie; drugi trochę młodszy, ale już nie młodzieniec. Starszy, siedzący z lewej strony stołu, ubrany był w białą koszulę z długim rękawem, skrytą pod narzuconą nań niezapiętą marynarkę w granatowym kolorze oraz czarne, sztruksowe spodnie. Czarne, a wręcz kruczoczarne włosy, które posiadały jednak oznaki siwizny, miał krótko i równo przystrzyżone, a twarz gładko ogoloną. Jego mocno brązowe oczy zwrócone na okno zdradzały oznaki głębokiej zadumy i doświadczenia.

 

Drugi mężczyzna był równie wysoki, co pierwszy, aczkolwiek bardziej wychudzony. Ubrany w blade dżinsy i różową koszulę niedbale rozpiętą pod szyją mocno kontrastował z pierwszym. Twarz miał pociągłą i pokrywał ją kilkudniowy zarost. Włosy, kasztanowe, długie i lekko przemoczone luźno zwisały po bokach i z tyłu głowy. Mężczyzna zatopiony był w lekturze książki, którą wybrał z regału, kiedy już dość się osuszył. Jasnoniebieskie oczy poruszały się nieco z każdym kolejnym przeczytanym wyrazem, wierszem, stroną całą, a płomyk świecy jasno się w nich odbijał, czyniąc wyraz jego twarzy nawet pogodnym.

 

– Czy lektura ciekawa, proszę pana? – zapytał gospodarz swego gościa przerywając ciszę.

– Ach, proszę mówić mi Rafał, nie jestem przecież starszy od pana – powiedział z nieznacznym uśmiechem, wyciągając rękę ponad stołem i uważając przy tym, aby nie oparzyć się o świecę.

– Dużo młodszy także nie, jak sądzę – odparł gospodarz lekko uśmiechając się i uścisnął podaną dłoń. – Adam.

– Książka nawet ciekawa, muszę przyznać – powiedział, ale uznawszy swoją odpowiedź za niezbyt wyczerpującą, dodał – o pesymizmie, ogólnie mówiąc.

– Cóż, pesymizm temat wcale interesujący. I dosyć aktualny, jeśli spojrzeć za okno.

– Święta racja – zgodził się Rafał, spoglądając przelotnie za okno.

– Weźmy na przykład tę szklankę – powiedział Adam, wskazując ręką stojące przed nim naczynie. – Pytanie stare, jak ten świat, zna je pan na pewno.

– Czy jest do połowy pełna, czy do połowy pusta? – zapytał, potwierdzając przypuszczenia swojego rozmówcy.

– Otóż to, drogi panie, przepraszam, Rafale. Pusta, czy może pełna… Bardzo filozoficzne, nieprawdaż? – Rafał skinął głową, więc gospodarz kontynuował. – Ilekroć docieram do jej połowy, zadaję je sobie. I dochodzę do wniosku, że mimo wszystko jest do połowy pusta. A jak ty sądzisz?

 

Zanim jednak mężczyzna zdążył odpowiedzieć, rozmowę przerwał głośny gwizd czajnika z pomieszczenia za drzwiami, oznajmiający zagotowanie się wody. Adam wstał z fotela, przeprosił i wyszedł. Jego ruch wprawił w powolny, zmysłowy taniec płomień świeczki. Rafał obserwował ten taniec, myśląc o tym, jak jego rozmówca przypadkiem spotkał go w drodze do domu i wpuścił do samochodu, kiedy szedł w tym ulewnym deszczu, choć wcale nie musiał tego robić. Ponieważ Rafał nie miał w zasadzie, dokąd iść, Adam nie pytając o nic, zaproponował mu wspólną herbatę u siebie, oraz możliwość przeczekania niepogody. Rafał zgodził się.

A teraz gospodarz wchodził z powrotem do pokoju, niosąc w rękach drewnianą tackę, a na niej dwa duże, zielone kubki wypełnione parującym, bursztynowym płynem, ceramiczną cukiernicę i talerzyk świeżych herbatników. Aromat czarnej herbaty wypełnił maleńki pokoik. Rafał podziękował, wsypał łyżeczkę cukru i zamieszał napój, po czym wziął w obie ręce kubek i upił ostrożnie mały łyk tak, aby nie oparzyć języka. Od razu poczuł idące w dół przełyku miłe ciepło, rozgrzewające zmarznięte od deszczu ciało. Pokój wydał mu się jaśniejszy i jeszcze bardziej przytulny.

 

– Jak udało ci się ugotować wodę, skoro nie ma prądu? – Zapytał.

– Kuchenka gazowa – odparł Adam. – Dziś, już prawie przeżytek, ale jak się okazuje, całkiem przydatny.

 

Przez chwilę obaj milczeli, napawając się ciepłym napojem.

 

– To jak jest z tą szklanką? – Zapytał w końcu Adam.

– Myślę, że to zależy od naszego nastroju, tego jak się czujemy. W radosne dni, jest w połowie pełna, w smutne, w połowie pusta – odpowiedział mu Rafał.

– A dzisiaj jest zapewne w połowie pusta, dobrze zgaduję?

 

Mężczyzna skinął głową, zastanawiając się, do czego zmierza jego rozmówca.

 

– Jest w twoim rozumowaniu ziarno prawdy, nie mogę zaprzeczyć. A gdybyś miał określić, czy częściej jest w połowie pełna, czy pusta? Jaka by była?

– Myślę, że niestety również pusta, choć oczywiście zdarzają się dni, gdy była w połowie pełna.

– Ależ oczywiście, że tak. Nawet w najgorszym scenariuszu trafiają się lepsze sceny.

– Jesteś scenarzystą? – Zadał pytanie Rafał.

– Jedynie własnych myśli… – odparł filozoficznie Adam, z wyczuwalną melancholią w głosie.

 

Mężczyzna wziął z talerzyka ciastko i zanurzył je na chwilę w herbacie, a następnie zjadł. Rafał rozważał jego słowa i powiedział, czy może raczej, przemówił:

 

– Mi również zdarza się tworzyć w głowie różne scenariusze, sceny, które nigdy się nie zdarzą, choć często opierają się na faktycznych wydarzeniach. Zawsze jestem w nich kimś, kim chciałbym być; kreuję sytuacje, w których mógłbym tym kimś być i każdy poznałby, że oto Rafał jest człowiekiem innym, lepszym. Takim, jakim powinien być w mniemaniu innych.

Pozwalają mi przeżywać te momenty mego życia, które nie należały do sukcesów, raz jeszcze, tym razem tak, jakbym tego pragnął, dokładnie przeanalizować wcześniej każdy ruch, zanim go wykonam, każde słowo, zanim je wypowiem. Sam przecież wiesz, Adamie, że w prawdziwych sytuacjach na takową analizę często brakuje czasu. A bez tego, zdarza mi się nie powiedzieć nic, gdy powinienem, lub wręcz przeciwnie: powiedzieć, gdy lepiej było milczeć. A słowa przecież mogą ranić! I to często dużo głębiej i boleśniej, niż najlepsze ostrze. Czy nie mam racji? Więc gdy już jest po fakcie, gdy słowa popłyną, bądź ugrzęzną w mych ustach, oddaję się później tej nieszczęsnej grze twórczej. Lecz nie tylko sytuacje, które się zdarzyły, odtwarzam. Sytuacje, które zdarzyć by się mogły, również kreuję, zatapiam się w tych snach na jawie, przenoszę się w świat, nad którym panuję i w którym jestem tym, kim chcę. I choć zdaję sobie doskonalę sprawę, że te scenariusze, tak namiętnie przeze mnie pisane w myślach, donikąd nie prowadzą, że jest to raczej scenariusz monodramatu, żałosnej tragikomedii, której nikt nie obejrzy, ani nikt też poza mną w niej nie zagra…

 

Rafał zamilkł, zaskoczony własnym wyznaniem. Spuścił wzrok zawstydzony i napił się herbaty. Adam spoglądał na niego w zamyśleniu, znad własnego kubka. Siedzący przed nim mężczyzna, choć był od niego młodszy, wyraził w tych słowach z głębi swego serca to, co nie jeden raz przelatywało przez jego myśli.

 

– Widzę, że jesteś równie doświadczonym scenarzystą, co ja – powiedział starszy mężczyzna, uśmiechając się do Rafała.

– Ha, trafił swój na swego! – Rafał szczerze roześmiał się. – Dobraliśmy się, jak w korcu maku! No, kto by pomyślał!

– Być może ktoś kiedyś napisał w myślach scenariusz naszej rozmowy – dodał Adam.

– Może tak być…

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Justyska 10 miesięcy temu
    Bardzo podoba mi się spokojny i lekko zagadkowy klimat tego tekstu. Niby nic się nie dzieje, a jednak... Przeczytałam z zaciekawieniem i końcówka niby też spokojna, ale wywołała uśmiech.
    A tu troszkę czepialstwa, ale tylko troszkę, bo się wciągnęłam i nie zwracałam uwagi:)

    "na których zebrała się już cienka warstwa kurzu, gdyż nikt ich od dawna nie używał." wydaje mi się, że od słowa "gdyż" możesz wszystko usunąć, jest to zbędne dopowiedzenie. Skoro stały bezczynnie i są zakurzone, to wiadomo, że nie używana.
    "W fotelach siedziało dwoje mężczyzn" dwóch
    "jeden w wieku średnim, aczkolwiek jeszcze nie starczym," wiek średni wyklucza wiek starczy, może jakoś inaczej by to ująć
    "– Czy lektura ciekawa, proszę pana? – Zapytał gospodarz swego gościa przerywając ciszę." po myślniku odnosi się do mowy więc "zapytał" z małej.

    Ode mnie 4+ i serdeczne pozdrowienia!
  • Justyska 10 miesięcy temu
    a klikło się 5:)
  • Fanifur 10 miesięcy temu
    Justyska Dzięki za przeczytanie i poprawki, w wolnej chwili postaram się je nanieść. Pozdrawiam również :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania