Rozmowy przy szklance do połowy pustej - Absolutyzacja

Adam przyglądał mu się przez chwilę w milczeniu.

 

– Będziesz jeszcze pił swoją herbatę? – zapytał w końcu.

– Nie. Jest już zimna.

– Świetnie – powiedział starszy mężczyzna i przelał zawartość kubka Rafała do szklanki, aż wypełniła się prawie po brzegi półprzeźroczystym jasnopomarańczowym płynem, który powstał z połączenia wody i herbaty. – Teraz jest pełna, czy jesteś zadowolony? Czujesz się szczęśliwszy, bardziej optymistycznie nastawiony do tego, co widziałeś za oknem?

– Ja… - Rafał nie wiedział, co ma powiedzieć. – Niby dlaczego miałbym się czuć, przecież ty tylko dolałeś herbaty.

– Ty nazywasz to „tylko dolaniem herbaty”, a ja nazwę do działaniem. Usiądź – Adam wskazał mu fotel, w którym wcześniej siedział. – Jeśli chcesz, mogę ci zaparzyć nową herbatę, lub dać coś innego do picia.

 

Rafał podziękował, ale usiadł.

 

– Nie odpowiedziałeś na żadne z moich pytań.

– Wszystko w swoim czasie. Najpierw szklanka.

 

Adam ujął w dłonie szklankę i przyjrzał jej się z bliska, uważając przy tym, by nie wylać zawartości.

 

– Tak jak mówiłem – zaczął – ja nie dolałem zwyczajnie herbaty. Ja podjąłem działanie. Porzuciłem bierność na rzecz aktywności. Zamiast stać w miejscu, ruszyłem przed siebie… Zamiast czekać na to, co przyniesie mi los, wyszedłem mu naprzeciw. – Odstawił szklankę na miejsce. Kropla rozcieńczonej herbaty pociekła po ściance i wsiąkła w obrus. Rozumiesz, co mam na myśli? – Chyba, chyba tak. – Wspaniale. Jedynym sposobem na napełnienie szklanki jest podjęcie działania. Znalezienie w sobie chęci i odwagi, czy raczej śmiałości, żeby ją napełnić. Problem w tym, że śmiałość i chęci posiadamy wtedy, gdy szklanka zdaje nam się do połowy pełna, a więc w gruncie rzeczy nie wymaga napełnienia? Dolewasz sobie wody, gdy ci jej brakuje, czy kiedy masz jej wystarczająco? A kiedy z kolei jest do połowy pusta, to wówczas odnaleźć te dwie rzeczy jest trudniej, niż przysłowiową igłę w stogu siana.

 

Adam przerwał, by napić się herbaty. Wiatr zawodził za oknem z nieustającym uporem, a deszcz wręcz przybierał na sile. Cienka świeczka z białego wosku skurczyła się do rozmiaru kciuka, ale jej płomień niestrudzenie płonął i tańczył przy najmniejszym ruchu powietrza.

 

– Co do twoich pytań… – ciągnął dalej. – Mówię ci to wszystko, bo mam nieodparte wrażenie, że tego potrzebujesz. Czy zmieni to ciebie lub mnie? To zależy wyłącznie od nas samych. Same słowa nie zapełnią szklanki, ale to już przecież wiesz… Nie zostawiłem cię po prostu w deszczu, bo choć życie może nie mieć sensu, to zawsze ma jakąś wartość, choć w dni jak te, może to brzmieć pusto i nieprawdziwie.

– Ja, ja nie wiem o czym ty mówisz – powiedział Rafał ze słabo skrywanym zmieszaniem.

– Czy ty naprawdę bierzesz mnie za głupca? Myślisz, że nie wiem dokąd szedłeś? Gdzie jest ta cholerna kupa złomu nazywana górnolotnie mostem zakochanych? Miałem cię minąć, wiedząc dokładnie, co ujrzałbym w jutrzejszej gazecie? Czy raczej w przyszłotygodniowej, zważywszy na to, że po ostatnich deszczach poziom wody w rzece się zwiększył, a wraz z tym nurt przybrał na sile? Tak jest, nie rób takiej miny. Zaczęli by cię szukać najwcześniej jutro, kiedy przeszłaby już wichura. Jeżeli znalazłby się ktoś, kto cię widział, może od razu wzięli się za rzekę. Motorówki i nurkowie przeczesywali by dno i brzegi w mieście, ale prawdopodobnie bezskutecznie. Dopiero po kilku dniach ktoś zgłosiłby, że poza miastem rzeka wyrzuciła na brzeg martwe, sztywne i napuchnięte…

– Przestań!

 

Rafał uderzył pięścią w stół. Szklanka podskoczyła i wylało się więcej napoju, a płomyk świecy zamigotał tak mocno, że zdawało się, iż zgaśnie zupełnie. W jego oczach czaiły się iskierki gniewu, zniekształcone przez łzy zbierające się w kącikach.

 

– Masz się za, Bóg wie jak, mądrego i wszystkowiedzącego, a tak naprawdę nie wiesz nic! – Przez młodego mężczyznę przemawiała potężna mieszanka gniewu i bólu. – Nic!

– Więc twierdzisz, że nie szedłeś na most, żeby się zabić?

 

Nawet jeżeli nagły zryw Rafała dotknął Adama, czy zrobił na nim choćby najmniejsze wrażenie, to ton jego głosu tego nie zdradzał. Wręcz przeciwnie. Pozostawał spokojny i cichy, taki jaki był od samego początku.

 

– A nawet jeśli tak to co? To moje życie i mam prawo zrobić z nim, co tylko zechcę. Mam takie cholerne prawo… Rafał opadł ciężko na oparcie fotela i ukrył twarz w dłoniach. Gdzieś na zewnątrz wiatr zawył głośno, zagłuszając jego ostatnie, ciche słowa.

– Nikt z nas nie posiada swojego życia na własność – powiedział Adam podając Rafałowi paczkę chusteczek, którą wyjął z kieszeni marynarki. Mężczyzna przyjął je z wdzięcznością. Otarł oczy i wydmuchał nos.

– Co masz na myśli? – zapytał po chwili.

– To, że nasze życie nie jest tylko i wyłącznie nasze. Jest częścią życia wszystkich ludzi, którzy nas znają. Czasem jedynie tłem, elementem wystroju, na które nikt nie zwraca uwagi. Tak jak te gitary – wskazał dłonią zakurzone instrumenty. – Czasem jednak jest jak główny bohater książki, część nieodzowna czyjegoś życia, istotniejsza nieraz niż ono samo. Na przykład jedyne dziecko samotnego rodzica. Nie ma rzeczy, której nie zrobiłby on dla życia swojego potomka.

– Sugerujesz, że nie mogę popełnić samobójstwa, bo moje życie jest dla kogoś istotne?

– Mniej więcej. Widzisz – Adam poprawił się na fotelu. – moim zdaniem samobójstwo to akt skrajnego egoizmu. Oczywiście, możesz się ze mną nie zgadzać – dodał, widząc, że Rafał chce mu przerwać. – Ale spójrz na to z tej strony. W momencie, gdy już to zrobisz, pozbywasz się swoich problemów raz na zawsze. O to w tym zwykle chodzi, bo nie mówię teraz o przypadkach skrajnych, jak ulżenie sobie w fizycznym cierpieniu, czy zaburzeniach psychicznych lub zwykłym znudzeniu życiem. Większość ludzi, w tym zapewne i ty, uważa samobójstwo jako środek ostateczny w walce z przeciwnościami losu. Gdy przytłoczą cię ona tak, że masz wrażenie, iż już się nie podniesiesz, uciekasz się do niego. Od chwili gdy twoje serce zabije po raz ostatni, a z ust uniesie się ostatni oddech, twoje problemy na Ziemi znikają wraz z nim, niezależnie od tego w co i czy w ogóle wierzysz. Ale to nie jest koniec. Nie mam na myśli życia pośmiertnego, o nie. Chodzi mi o to, co następuje po twojej samobójczej śmierci tutaj, na tym łez padole. – Adam uśmiechnął się smutno i kontynuował. – Jak to mówią, w przyrodzie nic nie ginie. Twoje problemy nie znikają zupełnie, ale ewoluują w rozmaite, mniejsze i większe problemy innych. Policji, która szuka ciała i przyczyn takiego działania, rodziny i bliskich, którzy opłakują twoją śmierć ale także będą musieli zaplanować pogrzeb. I tak dalej, i tak dalej… Ale ciebie to już nie będzie obchodzić, bo najzwyczajniej w świecie już cię nie będzie. Rozumiesz więc, dlaczego uważam to za egoistyczne zachowanie.

 

Rafał milczał. Zastanawiał się nad tym, co powiedział mu Adam, oraz nad swoim dotychczasowym życiem. Pogrążony we własnych myślach, nie zauważył, że gospodarz wstał i wyszedł do kuchni. Wrócił po chwili z ceramicznym dzbankiem na wysokiej podstawce w jednej ręce i świeczką w drugiej. Postawił dzbanek na stole, a od dopalającego się powoli ogarka odpalił nową świeczkę. Adam wyciągnął z podstawki bezzapachowy podgrzewacz i również go podpalił. Wsunął go na miejsce, a nową świeczkę zamienił miejscami ze starą, którą ostrożnie zdmuchnął. Smużka siwego dymu unosiła się przez krótką chwilę w powietrzu.

 

– Nie będę cię przekonywał, że życie jest piękne, że warto żyć i tak dalej, bo sam w to, prawdę powiedziawszy, nie wierzę – powiedział nagle Adam. – Ale powiem ci coś, co dawno temu usłyszałem od pewnego filozofa. Samobójstwo jest wynikiem absolutyzacji jednej dziedziny życia. Rozumiesz, co to znaczy? – Rafał pokręcił nieznacznie głową. – Otóż, w uproszczeniu znaczy to, że do samobójstwa prowadzą najczęściej niepowodzenia z wąskiego zakresu naszego życia, spowodowane wyidealizowanym jego obrazem. Porażki w pracy, porażki w miłości, choroby. Skupiamy się na nich tak mocno, że nie dostrzegamy całej reszty. Wspólnych wyjść z przyjaciółmi, spacerów z psem, spełniania naszych pasji. Spychamy to na dalszy plan, uznajemy za mniej ważne. A przecież wszystkie elementy naszego życia są równoważne, a przynajmniej powinny być. Bo jeżeli nie są, to znaczy że wyodrębniamy część z nich i jeżeli nie przynosi ona szczęścia, to… kończy się to tak, jak kończy.

 

Rafał czekał z gotową odpowiedzią, aż Adam skończy mówić.

 

– Powiedziałeś, że sam nie wierzysz, że warto żyć i że życie jest piękne. Ale jednocześnie siedzisz tutaj ze mną i wmawiasz, że nie warto się zabijać. Skoro życie nie ma sensu, ani śmierć nie ma sensu, to co nam pozostaje? Trwać bez celu? Jak rozbitek na otwartym morzu, z dala od brzegu? Bez szans na ratunek? Skoro ty także dostrzegasz to, że życie nie ma sensu, ale nie próbujesz go skończyć, to może się zwyczajnie boisz śmierci? I ten strach próbujesz ubrać w filozoficzne podejście, że jest to uciekanie od swoich problemów. Czyn taki jak samobójstwo wymaga niewiarygodnej odwagi. Odebrać sobie życie, zakończyć wszystko bezpowrotnie. To nie tchórzostwo. Na pewno nie.

 

– A jednak siedzisz tutaj ze mną i rozmawiasz, popijając herbatę, zamiast wyjść, trzasnąć drzwiami i wrócić na most. – zripostował Adam. – Nie zatrzymam cię po raz drugi. Droga wolna.

 

Mężczyzna wyciągnął rękę w powietrzu, jakby przepuszczał kogoś przez drzwi. Rafał nie poruszył się, ani nie odezwał.

 

– Widzisz, trzymasz się mimo wszystko życia. Jesteś odważny, bo postanowiłeś zmierzyć się wraz ze mną ze swoimi problemami? A może jesteś tchórzliwy, bo boisz się samobójstwa? A wcześniej? Byłeś odważny, bo postanowiłeś się zabić? Czy tchórzyłeś, bo bałeś się zmierzyć z problemami?

 

Rafał nadal nie odpowiadał.

 

– Milczysz. Nie znasz odpowiedzi na te pytania, ale nie dlatego, że musiałbyś się nad nimi zastanowić, lecz dlatego, że nie można na nie jednoznacznie odpowiedzieć. Dla każdego człowieka odpowiedzi są inne. Możemy wszyscy ubierać się na jedną modłę, mieć jeden światopogląd, wyznawać jedną wiarę i mówić nawet jednym językiem, ale gdzieś w głębi nadal będziemy się różnić, choćby w takiej sprawie, jak kwestia samobójstwa i innych spraw ostatecznych. To są tematy, w których nie da się zwyczajnie podążyć z prądem, podzielać opinię ogółu. Można próbować, ale tak naprawdę decyduje nasza moralność i sumienie – te części nas, których nie możemy tak łatwo zmienić, czy dostosować do aktualnej mody.

 

Adam nalał sobie i swojemu gościowi herbaty z imbryka. Była gorąca i parowała w powoli wychładzającym się pomieszczeniu. Piec grzewczy nie działał z racji braku prądu. Na zewnątrz wiatr przestał przybierać na sile i zdawało się wręcz, że powoli słabnie. Deszcz miarowo stukał w okno, jak gdyby chciał zwrócić na siebie uwagę dwójki mężczyzn, których przypadek lub przeznaczenie postawiło na swojej drodze. Oni jednak nie myśleli w tej chwili o pogodzie.

 

– Nie musisz odpowiadać na te pytania. Nie musisz nawet odnosić się do tego, co teraz mówiłem. Ale miło byłoby, gdybyś to ty teraz coś powiedział. Mnie zaschło już w gardle – Adam uśmiechnął się i upił mały łyk ze swojego kubka. – Naturalnie, możemy też pomilczeć. Dla mnie, no cóż, jest to obojętne.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Aisak 3 tygodnie temu
    Ojej, jakie opowiadanie.
    Tak samo uważam, że strzelanie samobója, to obciach.
    Szczególnie, gdy ma się dzieci.
    Bardzo mi się podobało.
    Coś tam było po drodze, że słówko było nie w tym miejscu.
    Ale naprawdę z sensem.
  • Fanifur 3 tygodnie temu
    Dzięki! Niewykluczone, że gdzieś są jakieś błędy, których nie wyłapałem przy dodawaniu, ale postaram się je znaleźć :)
  • Wrotycz 3 tygodnie temu
    Dolanie herbaty - to działanie! Właśnie, Adam ma rację. Nieśmiałość unieruchamia, paraliżuje. Stąd w finale owa łagodna prośba o mówienie.
    Warto było sobie pewne podstawowe prawdy uświadomić/zobaczyć.
    Naprawdę dobrze poprowadzone opowiadanie, zarówno cześć I jak i II.
  • Fanifur 3 tygodnie temu
    W zasadzie to część trzecia ;) Cieszę się, że udało mi się przekazać to, co zamierzałem i że można to dostrzec :)
  • pocztapolska 3 tygodnie temu
    daje do myślenia.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania