Tam, gdzie kończy się życie, zaczyna się Lidzbark

– A powiedz Lidzbark, Tymbark, Śląsk, Suwałki?

– W jakim celu, w jakim sposobie, kontekście, po co?

Podeszła, cała gotowa na to, na jedno, na wszystko.

– Spójrz na martwego lisa, wysypują się z niego robaki. Martwe robaki z martwego tygrysa, jak pociski z kałasznikowa, nadepniętego wielką stopą.

To nie martwy lis, tylko żółty pies. A to, co widać, to wysypują się z niego pomysły na lepsze jutro.

Prychnęła sama z siebie, z głowy nasączonej ideałami wartymi tyle, co psi chuj na zimnie. Wiadomo, że nie będzie żadnego lepszego jutra. Ani życia. Ani filozofii, mądrości, uczciwego handlarza używanymi samochodami. Nie będzie ukrytych starców w chłopcach. Kontynuowała:

– Na krótsze lato, na długą, prądożerną zimę, na węgiel kamienny nad morzem. Olej, benzyna, ropa. – Ropa, ropa – wtrącił się on, chętny przejażdżkom do Macdonald's, do maka, do magdonalda, gdzie kupuje się rzeczy w kolorze i smaku z telewizji. Intensywność jego wewnętrznych doznań wstrząsała nią; był twardy jak zamrożony marcepan i miękki jak marznący deszcz. Przy tym i romantyczny jak brygada Ukraińców, gdy w przeddzień wypłaty wypada święto.

– Literatura ci nigdy nie wybaczy, pismak może i ma posmak, kształt i kolor, porównanie poprzecznie prążkowane: skórzana kurtka pachnie tapicerką w nowej skodzie.

Na dźwięk słowa "Skoda" zmarszczył się cały, niczym złożony w harmonijkę bohater kreskówki. Poszczycił się znajomością anatomii, rzekłszy od niechcenia:

– A ja na to zaciskam mięsień czworogłowy odbytu.

Nakręcona jak jeden z tych maciupeńkich rycerzyków z korbką na plecach, wstała i kontynuowała, dotykając rogów obrazów w stylu "sztuka nowoczesna zawitała do castoramy". Wcześniej wisiały prosto, teraz jej oczom ukazuje się niechętny porządkowi obraz kiczu w krzywo powieszonych ramach, na ścianie wciąż obitej boazerią przez rodziców właściciela, czyli jego.

– Zaciskaj, tylko… A na zewnątrz płaczą i plączą się w spacernym amoku rodzice z dziećmi. Widzą wokół siebie żonę, małomiasteczkową nauczycielkę klas najmłodszych z wielkomiejskimi aspiracjami. Literatura może ci wybaczy kwadratowego ojca górnika, który tańczy, jak mu się podoba. Nasra i narzyga na sąsiada brudasa, co się tydzień nie myje, żre, sra, jara. Zesra się na ciebie, bo to właśnie jest pomysł na życie, na literaturę, na Lidzbark Warmiński, Gołdap i Orzysz. Jugosławia, Hercegowina, wafle tortowe, ryżowe, sojowe.

Czknął, maczając i oblizując paluchy. Ohyda dźwięków mlaskania i widok maczanego niemytego fingera w majonezie. Majonez był dawno przeterminowany, data roczna wskazywała zeszłą zimę. Co najmniej.

– Czy ty się dobrze czujesz, brachu? – spytała, gdy czknął dwa razy jeszcze, zupełnie niezdrowo tak, niepotrzebnie i wydawałoby się, dosyć na pokaz. A on z apatycznym spojrzeniem w słoik, w czeluści białej masy na bazie olejek i jaju, rafinacja podstawą niezdrowego żywienia.

– Lepiej niż ty po koronarografii.

Tak jej rzekł, zupełnie nieciekaw jej czarnych majtek i bladych ud, zupełnie niezainteresowany tym, co skrywa bladość, co oddziela biel śniegu od gorąca ciała.

Majonez, majonez, majonez.

Angiografian i koronarografia, geografia i kaligrafia? To przecież jeden chuj! Z życiem przecież nie wygrasz, nie umyjesz dwa razy czystej już ręki, nie zjesz tej samej kapusty drugi raz. W pornosie nie złapiesz na twarz tego samego wytrysku dwa razy. Na ripleju, w zwolnionym tempie, ale to jedynie rozkosz dla zmysłów. Tak luzacko wszystkich – poza dotykiem.

– W knajpie pełnej czystych ludzi najłatwiej o brudny widelec i odwrotnie, w restauracji pełnej kominiarzy najprościej o wirusowe zapalenie żołądka, stawów, skóry, bóle kręgosłupa, rozwolnienia i źle przepisane sterydy.

Tak mu rzekła, gotowa na dysonanse, na pożyczkę pod zastaw kopa czy nawet na przelanie z pustego w próżne dwóch lub trzech liści w pysk. Na trzask szarpanej bawełny, na dźwięk bitej twarzy. Nie śmietany, nie wołowiny. Niechaj pruje się czarny top.

***

Na nadbrzeżu siedziało dwoje, oboje w męskich strojach jak w jakimś wiktoriańskim opowiadaniu. Jak ludzie na wycieczce, te kaszkiety, marynarki, kamizelki. Brąz. Strzelano sobie argumentami, wypełniano przestrzeń i czas. I myśli. Mózgi wypełniano gorzałą z oranżadą w słomkach.

– Ty już nie pierdol, Angolu, powinieneś pisać książki, Coxley, Rocket, Ridley Jones – ona, bo to na pewno kobieta, stuknęła jego, bo to prawie na pewno był on, palcem. I dźgnęła raz jeszcze, mocniej.

– Mam na imię James – skłamał, w duszy będąc nie mniej niż Davy Crockettem, Ichabodem Cranem, bohaterami amerykańskiej ludności. Liczy się tylko dusza, realia są częścią plastiku, zwykł powtarzać.

Ona w swej nieustępliwości zwróciła mu uwagę, że oto nie ma racji, ukrywając się w imieniu nadanym na chrzcie. Nie ma, nie wolno, nie trzeba, nie powinno się. Jest zakaz wewnętrzny.

– Prycham na to, James to imię dla pluszowego słonia z plastikowymi oczami błyszczącymi jak najjaśniejsze punkty na niebie. – Jej oczy błyszczały, żeby jego mogły milczeć mniej lub bardziej soczyście.

– Starsy, szparsy. – Wzruszył ramionami, razem z nim cały świat. Odnotowano wzrost wzruszeń ramion w całości kuli ziemskiej, w Nowej Zelandii spadło z półki żelazko. Nic się nie stało.

Jej oczy wypełniły się marzeniami, zamgliły w zaszkleniu. Nigdy nie jest tak, żeby było tak samo.

– Gwiazdy, masz na myśli gwiazdy. Bazowa składowa jasnych punktów na nieboskłonie.

Pokiwali głowami, gdy zarzucona wędka jęła poruszać się w rybi rytm.

 

***

 

"Karolina, Karolina, czy to wiadomo, że się nie żyje?". Napis na plakacie wyblakł. Tak samo wyblakły wspomnienia o przyjaźni sprzed dwóch, trzech lat. Był rok, że codziennie. Wypełniony czlowiekiem formularz życia. Dziś jest torebka ryżu w garnku nastawionym na szóstkę i myśl, że przecież gówno prawda, przeszłość emocji to jak pamięć oddechu.

– Codziennie każdy z nas zjada statystycznie 2/137 pająka i gdyby podrasować nieco te statystyki i gdyby ludzie spali na ziemi, cztery patyczaki – postanowił zażartować, odkładając słój z majonezem. Wytarł mokre od śliny palce w niedoczynność wątroby i przysiadł myślą na własnym raku z przerzutami. Było o czym myśleć, niestety.

– Kocham patyczaki, one nie pierdzą i nie srają, a ich gówno nie jest widoczne z kosmosu jak wał atlantycki. Nawiasem mówiąc, Linia Maginota to był przekręt jak chuj bo do dziś nie wyjaśniono faktur za pranie białych francuskich flag. Nic nie wyjaśniono, złote pociągi to pic na wodę dla mających wszystko w dupie dziewczyn z kolorowymi włosami, które obciągają każdemu, kto się nawinie, zgodnie z dewizą, że tak postępować trzeba, bo to postęp i trzeba, bo to postęp. I trzeba, bo nie wolno, bo raczej nie można i lepiej nie.

W tym wesołym czasie, gdy on rozstawał się z życiem a ona wpadała w dysonanse, brytyjski pułk dragonów porwał zgwałcił i zjadł ostatniego smoka w związku z potrzebą podtrzymania tradycji, a odkąd smoków zabrakło, pułk rozwiązano i mają się teraz z pyszna te dumne i durne skurwysyny. A pozostali zjadacze chleba, pijacze coli i taniej ruskiej wódki nie mają wyczucia i gówno ich to interesuje.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 3 miesiące temu
    Zblazowane, nabyte prostactwo kontra dziewczyna z kultury wysokiej. W dysonansach... oby nie przystała na przedkładanie kłonicy nad floret.
    To fragment, tak?
    Bdb pisanie, pozdro.
  • Okropny 3 miesiące temu
    Nie jestem pewien, co to właściwie jest. Ale być może nawet będę kontynuował, nie mówię, że nie.

    Thx, pozdrø
  • Wrotycz 3 miesiące temu
    Okropny, na pewno przeczytam :)
  • AlaOlaUla 3 miesiące temu
    czlowiekiem - człowiekiem
    Kilka przeplatających się historii, tworzących całkiem estetyczny patchwork. Wyczuwam momentami inny nick, ale nie zdradzę który.
    Trochę inaczej napisane, jakbyś wgłębił się w siebie.
    Kontynuuj. To może wyjść całkiem ciekawy cykl. I wybierz tytuł, bo masz dwa misiu Okropnisiu😎
  • Okropny 3 miesiące temu
    Mów, który. Jak trafisz, puszczę farbę.
  • AlaOlaUla 3 miesiące temu
    🤐🤐🤐
  • Okropny 3 miesiące temu
    AlaOlaUla lubię różne opcje
  • AlaOlaUla 3 miesiące temu
    To zapraszam na Wiejską 4/6.
  • alfonsyna 3 miesiące temu
    To trochę tak, jakbyś wysypał kilka różnych kompletów puzzli, pomieszał ze sobą i próbował ułożyć jeden obrazek. I jakiś obrazek wyszedł, dość oryginalny i osobliwy zresztą. Wydaje mi się, że opowi lubi takie obrazki - emocjonalne czy tam życiowe, a najlepiej życiowo-emocjonalne. Moja bajka to nie jest, ale doceniam skill i te, jakby to rzec, maniakalno-schizofreniczne przeskoki z tematu na temat, bez dłuższego zakotwiczania się w czymś, jakby rzucając się bój i pędząc na złamanie karku, żeby wyrzucić z siebie cały ten bagaż, o.
  • Okropny 3 miesiące temu
    Jak wszystkie moje poważne pisaniny, i ta nie ma początku albo, na dobrą sprawę, końca. Jest za tym jakiś głębszy zamysł, ale ta zewnętrzna powłoka (tekst) pozostaje mgliście symboliczną, nieco psychotyczną (albo coś, nie wiem, zmyślam na bieżąco zarówno komentarz jak i wszystkie teksty) warstwą, jak nutella na bułce. Ale gdzie i kiedy, oraz jakiego gatunku jest ta bułka, to jeszcze nie wiadomo.

    Nie bardzo jest jakikolwiek bagaż w tym przypadku... Albo zupełnie siebie nie znam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania