TW #9 - Dupolis i zlodowacenie oburęczne

postać: soploręki mutant

zdarzenie: skok w przeszłość

 

 

Błędy przeszłości ciągną się za nami całe życie. Zerwane kontakty, nieodwzajemnione uczucie... W zawodzie maga, jakże ważnym w tych czasach, błędy mogą być o wiele groźniejsze, o wiele poważniejsze w konsekwencjach. Źle rzucony czar, zapomniane zaklęcie wyczytane z podejrzanej księgi. Profesjonalista zazwyczaj zachowuje ostrożność. Lecz on, Dupolis Learevel, nie mógł sobie pozwolić na taki komfort.

Kolejna nocna wędrówka, źle obrana ścieżka – typowe zdarzenia przy jego pracy. Jednakże to, z czym się mierzył, było bardzo nietypowe. Krwawe wilki, plugawe stworzenia zrodzone z woli goblinich szamanów. Zaskoczyły go, poważnie zraniły. Nie miał jak się bronić; brak światła, odpowiedniego czaru pod ręką. Zapędziły go, zapewne umyślnie, w ruiny zupełnie niewidoczne zza wysokich drzew. Nie miał czasu na analizy, poznał jednak szybko, że to jedna z porzuconych magicznych świątyń – dawnych siedzib magów, gdzie gromadzono wiedzę i nauczano magicznego rzemiosła. Dupolis wiedział więc, że dostając się tutaj ma szansę. Przebił się zarośniętym pajęczynami korytarzem, wyważył spróchniałe drzwi. Miał szczęście. Trafił do biblioteki, do skarbnicy porzuconej wiedzy. Nie mógł jednak pozwolić sobie na odpoczynek. Pogoń wcale się nie zatrzymała. Wataha krwawych wilków już węszyła jego zapach; słyszał jak ich ostre pazury uderzają o kamienną posadzkę. Nie zastanawiał się zbyt długo. Podszedł szybko do jednego z regałów, sięgnął jedną z książek. Przeciwnicy byli coraz bliżej, nie miał wiele czasu. Przewertował strony, znalazł obiecujące zaklęcie. "Sople mrozu", jak przeczytał.

Wilki otoczyły go zabójczym kręgiem. Zatrzymały się, patrzyły na ofiarę, było już gotowe do ataku.

— Mroźna zimo, opiekunko swoich wyznawców... — Dupolis zaczął czytać starożytną inkantację. — Ty, która zamrażasz serca nieczyste. Sople mrozu! Przybądźcie, łamiąc kości tych, którzy podnieśli ręce na waszych kapłanów!

Zaklęcie, raz rzucone, jest już nieodwracalne. Częściowo się powiodło. Rzeczywiście, na całą watahę wilków spadłe wielkie, ostre sople, które natychmiastowo pozbawiły te żałosne istoty życia. Jednakże, jak to bywa ze starymi zaklęciami, wystąpił efekt uboczny. Ręce Dupolisa momentalnie zaczęły porastać małe i większe sople lodu, co uczyniły z niego, jak zwykło się mówić na ludzi dotkniętych tą magiczną przypadłością, soplorękiego mutanta.

***

— Tak, tak — mruczał lekarz, przeglądając wyniki badań. — Zlodowacenie oburęczne... Defekt magiczny drugiego stopnia. Nieodwracalny.

Dupolis z rosnącym zrezygnowaniem wsłuchiwał się w te słowa. "Jakże ja byłem głupi!", pomyślał. Siedząc na krześle, wpatrywał się w coś, co jeszcze niedawno mógł nazwać prawą ręką – teraz, co najwyżej mógł tego używać jako przenośnego zwierciadełka, gdyż lód miał wystarczająco gładką powierzchnię, by tworzyć odbicie. O palcach, przenoszeniu czegokolwiek mógł zapomnieć. Jego górne kończyny nie nadawały się do niczego.

— Wie pan, to bardzo rzadkie schorzenie — kontynuował medyk. — Jeśli mam pana jakoś podnieść na duchu, to sugeruję udać się do najbliższej placówki Instytutu Magii... Wie pan, pracuje pan zresztą w tej branży, oni... Oni lubią badać tego typu... zjawiska.

— Chyba podziękuję — odrzekł Dupolis. — Wolę, żeby nie przeprowadzali na mnie doświadczeń. Mam z tym... no, niemiłe wspomnienia.

— Ach, przepraszam za nietakt — Starszy mężczyzna wstał zza biurka, zostawił trzymaną w ręku kartkę na blacie. — Poczeka pan chwilę... — Zbliżył się do stojącej przy ścianie szafy na akta, wysunął jedną z szufladek, wydobył po krótkim poszukiwaniu małą, zdobioną wizytówkę. — Nie wiem, czy to prawda, wie pan w moim fachu na ogół nie ufa się amatorom, ale słyszałem, że ci państwo potrafią leczyć to, co nieuleczalne.

Doktor wyciągnął rękę, trzymał wizytówkę tak, aby Dupolis mógł odczytać wszystkie litery.

— Marco i Iris van Hestia? Łowcy? Czy pan sobie ze mnie żarty stroi?

— Skądże — Schował kartkę do kieszeni poszkodowanego awanturnika. — Mam nadzieję, że zapamiętał pan adres.

— I radzi pan, bym się udał do nich?

— Wie pan... — Doktor zatoczył małe kółko wokół swojego pacjenta. — Albo oni, albo Instytut. Innego wyjścia nie widzę... Chyba że, wie pan... — Podniósł szkła okularów, odsłaniając siwe, bystre oczy. — Eutanazja. Ale pan chyba nie życzy sobie jeszcze śmierci, nieprawdaż?

— Nawet o tym nie myślałem — rzekł Dupolis. — Niech będzie. Pójdę do tych łowców. A potem...

— A potem?

— Eutanazja, jak to się nie uda.

— Nie lubi pan Instytutu, nieprawdaż?

— Dziękuję. Wychodzę — powiedział Dupolis, soploręki mutant, zupełnie ignorując wzmiankę o Instytucie.

Wyszedł szybko, trochę niezgrabnie, zahaczając soplami o futrynę. Cel, jak dobrze zapamiętał — kawiarnia Goostel niedaleko centrum.

***

Po dość niemiłej, pełnej szyderczych i ciekawskich spojrzeń wędrówce, Dupolis, z ulgą w sercu, wreszcie dotarł na miejsce. Musiał jednak jeszcze trochę postać, gdyż w swoim pokracznym stanie skutecznie odstraszał kogokolwiek przed wejściem do kawiarni. W końcu, irytując się na widok trzęsących portkami jegomościów dzielnie warujących przy witrynie, oświadczył głośno i wyraźnie, że nie jest potworem, lecz dotkliwie poszkodowanym awanturnikiem. Na to oświadczenie wszyscy niepewni swego losu klienci ruszyli przed siebie i nie zważając na biednego Dupolisa, szybko zamykali drzwi. Udało mu się jednak prześlizgnąć i w końcu znalazł się wewnątrz.

Kawiarnia Goostel jak zwykle oszałamiała swoich przepychem. Kryształowe żyrandole, sprowadzane z dalekich krajów kolumny, obrazy, rośliny. Zachwycające jakością i rzemieślniczym sznytem stoły z marmurowymi blatami. Cała sala lśniła elegancją i dostojnością. Doprawdy, Dupolis w swojej obecnej postaci pasował do tego miejsca jak pięść do nosa.

— Wie pan być może, gdzie znajdę państwo van Hestia? — zapytał jednego z gości kawiarni.

— Tamten stolik — Wskazał palcem.

Soploręki mutant ruszył do wskazanej destynacji.

— O, ten pan chyba do nas — Marco delikatnie szturchnął śpiącą w fotelu Iris.

— Co? Gdzie? — powiedziała, otwierając oczy.

— Witam — rzekł Dupolis, siadając na przeciw pary łowców. — Chyba nie muszę państwu tłumaczyć, jaki mam do was interes.

— Musi pan — powiedziała Iris, sięgając po dawno wystygłą kawę. — Może pan szanowny nie zdaje sobie z tego sprawy, ale oferujemy szeroki wachlarz usług w wielu dziedzinach magicznych, kulturalnych i towarzyskich.

— Nie, towarzyskich już nie oferujemy — wtrącił się Marco.

— To tylko szczegół — kontynuowała Iris. — To czego pan potrzebuje, panie...?

— Dupolis Learevel, miło mi.

— Nam również — odrzekli razem.

— Widzą państwo — Podniósł ręce na wysokość ich oczu. — Chciałbym się tego pozbyć.

— Defekt magiczny... — stwierdził Marco. — Zlodowacenie oburęczne. Zaklęcie nieod...

— Ta, już to słyszałem — przerwał analizę Dupolis.

— Także... — zamyślił się Marco. — Jakieś rozwiązanie, Iris?

— Niech pomyślę... — Łowczyni odłożyła filiżankę. — Tak. Podróż w czasie powinna pomóc.

— Z pewnością — dodał jej partner.

— Nie miałem państwa za naciągaczy, ale obawiam się, że nie istnieje takie zaklęcie — rzekł Dupolis.

— Owszem. Nie istnieje — Iris przyznała mu rację. — Jednakże istnieje taki zwój. Całkiem skuteczny, jak się wkrótce pan przekona.

Łowczyni sięgnęła do kieszeni płaszcza. Wydobyła stamtąd zwinięty zwój. Wyglądał na bardzo stary; papier był pożółkły i nierówny.

— Jest pan magiem, jak sądzę — rzekł Marco przekazując pergamin z rąk do rąk. — Proszę spojrzeć, to autentyk.

Dupolis rozwinął (pokracznie i z wielkim trudem) zwój. Dokładnie przestudiował starożytne runy, zmierzył wzrokiem każdy skrawek papieru. Po paru chwilach był już pewien. Leżący na blacie artefakt rzeczywiście posiadał potężną, magiczną moc.

— Dobrze, a co z zapłatą? — zapytał.

— Nie będzie potrzebna — rozwiała wątpliwości Iris. — Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z pana myślą ta rzeczywistość przestanie istnieć, słowem, nie spotkamy się, nie będzie żadnych profitów. Robimy to dla pana z dobroci serca, więc liczymy, że wykorzysta pan szansę.

— Jednakowoż — wyraźnie zaznaczył Marco — pan będzie pamiętał tę rzeczywistość, więc nie obrazimy się, jeżeli po pańskiej sukcesywnej podróży w czas dawny, zechce pan, z dobroci serca oczywiście, przekazać anonimowy datek na nasze konto.

— Rozumiem, rozumiem — rzekł Marco. — Sądzę, że się dogadaliśmy. Proszę użyć zwoju.

— Z przyjemnością — rzekła Iris.

Łowczyni wzięła zwój do ręki. Przejechała palcami po wyblakłych runach, zamknęła oczy. Zaczęła mówić inkantację w nieznanym języku — mroczną i złowieszczą.

— Miłej podróży — Uśmiechnął się ironicznie Marco.

Ten widok, twarz łowcy były ostatnim, co zobaczył Dupolis. Blask przysłonił wzrok. Zdawało mu się, że cała rzeczywistość wpycha się do głowy, rozsadza ją od środka. Odpłynął, nie wiedział już, co się dzieje. Kolejny blask, dawne wydarzenia przelatujące niczym pikujące ptaki. On znowu się tam znalazł. Ruiny, wataha wilków za drzwiami.

Powrócił.

"Tym razem tego nie spieprzę", pomyślał, odzyskując świadomość.

***

— Tak, tak — mruczał lekarz, przeglądając wyniki badań. — Parę złamań, zadrapań, liczne pogryzienia... Stracił pan dużo krwi, ale transfuzja się powiodła. Miał pan duże szczęście, że państwo van Hestia byli w pobliżu.

Dupolis, bardzo sponiewierany, owinięty w większości bandażami patrzył z nieufnością na swoich "wybawców", którzy również znajdowali się w gabinecie doktora.

— Wy...

— Tak, wszystko pamiętamy — wyjaśniła szybko Iris.

— Wybacz, że nie powiedzieliśmy wtedy, ale taka była część umowy. — rzekł Marco.

— My, łowcy, nie zostawiamy naszych klientów na pastwę przypadku.

— Oczywiście — dodał partner Iris — planowaliśmy zjawić się wcześniej i nie dopuścić do uszkodzenia pańskiego ciała, ale...

— Widzi pan, nawet profesjonalistom zdarzają się potknięcia — dokończyła łowczyni.

— Wy... — wysyczał Dupolis. — A niech was i wasze usługi.

— Oj, nie bądź pan taki ostry — Iris przysiadła się do poszkodowanego klienta.

— Nie ma pan przynajmniej tych soplowych rąk, panie Dupolis — zauważył Marco.

— Marne pocieszenie.

— Skądże. Może pan sobie nie zdaje z tego sprawy, ale oprócz sztuk magicznych, kulturalnych i...

— Na pewno nie towarzyskich — wtrącił się Marco.

— Zajmujemy się ubezpieczeniami.

— Najlepsza polisa na życie w tej części kontynentu!

Zaprawdę, przeklęty był los Dupolisa...

Średnia ocena: 4.6  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Trening Wyobraźni ponad rok temu
    Witamy nowy tekst! :)
    Bucz, zmień kategorię na Trening Wyobraźni :)
  • jesień2018 ponad rok temu
    Dobry wieczór, Panie Buczyborze.
    We wstępie czegoś mi brakowało, najpewniej wyjaśnienia, dlaczego Dupolis nie był profesjonalistą i musiał się zadowalać półśrodkami. Opis z wilkami... ok, nie zestresował mnie szczególnie.
    Za to od momentu spotkania z lekarzem, wszystko mi się już podobało.
    Dokładnie wyobraziłam sobie tego nieprzejętego doktorka, i tych łowców, którzy nie świadczą już usług towarzyskich :))
    Fajny humor, fajne opowiadanie:)
  • Pan Buczybór ponad rok temu
    Dziękuję za opinię :)
  • Canulas ponad rok temu
    "Częściowo się powiodło. Rzeczywiście, na całą watahę wilków spadłe wielkie, ostre sople, które natychmiastowo pozbawiły te żałosne istoty życia." - spadły.

    "— Tamten stolik — Wskazał palcem." - brak kropki

    "Soploręki mutant ruszył do wskazanej destynacji.
    — O, ten pan chyba do nas — Marco delikatnie szturchnął śpiącą w fotelu Iris." - i po: "nas".
    I jeszcze w kilku miejscach, ale nie kopiowałem.

    Pomysł bardzo ok. Dialogi żywe, też na plus. W zasadzie tekst lepszy niż się spodziewałem, tak więc gratulejszyn
  • Pan Buczybór ponad rok temu
    Cieszę się, że zaskoczyłem jakością. Dzięki za komentarz
  • Ritha ponad rok temu
    „Dupolis wiedział więc, że dostając się tutaj[,] ma szansę”
    „Dupolis wiedział więc, że dostając się tutaj ma szansę. Przebił się zarośniętym pajęczynami korytarzem” – 2 x „się” dość blisko
    „sięgnął jedną z książek” – sięgnął po*
    „ale taka była część umowy. — rzekł Marco” – bez kropki

    Bucz, miałeś już opowiadanie z Marco i Iris prawda??? Wszystko fajnie, tylko imię Dupolis mi nie leży :PP A poza tym opowiadanie bardzo fajne :)
  • Pan Buczybór ponad rok temu
    No, bohaterowie dawni, nierzadko przeze mnie używani. A imię "Dupolis"... No, wymyśliłem je pod wpływem chwili :)
    Dzięki za komentarz
  • pkropka ponad rok temu
    Super wymyśliłeś podróż w czasie. I podoba mi się ta para łowców.
    Czytało się miło, lekko i przyjemnie :)
  • Aga jednostrzały ponad rok temu
    Hej, Podleciałam, przeczytałam, nawet takie dość.
    Sympatyczna opowieść. Taka nawet dość. Mag,
    Łowcy, uniwersum jakby już gdzieś było obecne.
    Czytałam lub widziałam kiedyś cos podobnego? Nie pamiętam.
    Pozdrawiam
  • Pan Buczybór ponad rok temu
    Uniwersum było już obecne, bohaterowie też
  • Aga jednostrzały ponad rok temu
    A gdzie?
  • Tessa ponad rok temu
    U Ciebie Łowcy lubią grać główne role. Niby nie mam do czego się doczepić, ale coś mi tu nie gra. Nie wiem, może to te imię, albo ten rodzaj żartu. Było okej, ale myślę, że mogłoby być lepiej.

    Pozdrawiam :D

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania