Poprzednie części143 – pierwszy

143 – Pierwszy pomruk stalowej klatki i nagroda za krew.

Minęło sześć miesięcy, a Krypta zdążyła obrosnąć codziennością. Początkowy chaos, zapach świeżej farby i paraliżujący strach przed tym, co stało się na powierzchni, powoli ustąpiły miejsca monotonnej, bezpiecznej rutynie. Stalowe korytarze, które na początku wydawały się obce, stały się nowym domem – domem z darmowym jedzeniem, ciepłą wodą i czystą pościelą.

Nate był za to głęboko wdzięczny losowi.

Jako mechanik przydzielony do sekcji technicznej szybko znalazł swoje miejsce w podziemnym świecie. Dni mijały mu na sprawdzaniu odczytów ciśnienia, dokręcaniu wielkich zaworów i dbaniu o to, by potężne generatory fuzyjne na najniższym poziomie Krypty nie przestały tętnić życiem. Kochał tę robotę. Wszystko tam było logiczne, mierzalne i przewidywalne. Fuzja pracowała sama, wystarczyło jej to umożliwić. Jeśli coś zgrzytało, wystarczyło użyć klucza francuskiego i odrobiny smaru.

Przez te pół roku, krążąc między maszynownią a kantyną, zaczął baczniej przyglądać się ludziom. Żołnierski nawyk nie dawał o sobie zapomnieć. Szybko zorientował się, że nie ma tu przypadkowych cywili. Kiedyś przy stole w sekcji B dostrzegł faceta z głęboką, poszarpaną blizną na policzku – pamiętał go z piechoty zmechanizowanej, która osłaniała ich odwrót na spieczonych piachach Gobi. Kilka dni później w pralni minął starszego ogniomistrza, który na froncie odpowiadał za logistykę pancerzy wspomaganych T-51.

W końcu usłyszał szeptane przy kawie plotki o tym cichym, zgarbionym facecie z sekcji mieszkalnej C. Podobno to był TEN żołnierz z Anchorage. Ten sam, o którego wyczynie na froncie słyszeli wszyscy. Facet pomalował swój pancerz na biało, żeby zlał się ze śniegiem, a kiedy dotarł na skraj lasu przy chińskim obozie, wyszedł z niego i zostawił maszynę jako przynętę z opóźnioną flarą. Gdy Chińczycy skupili cały ogień na oświetlonym pancerzu, on zakradł się na ich tyły. Samotnie wysadził pięć chińskich czołgów, szósty ukradł i przy jego pomocy wyrżnął w pień cały obóz wroga.

Wtedy wszystko ułożyło się Nate’owi w logiczną całość. Dotarło do niego, że to nie jest zwykłe schronisko dla przypadkowych uchodźców. Vault-Tec i rząd musieli wyciągnąć listy poborowe z Departamentu Wojny i stworzyć tę Kryptę specjalnie dla nich. Dla weteranów, którzy oddali zdrowie i krew za ten kraj, oraz dla ich rodzin. To była ich nagroda. Safe sanatorium głęboko pod ziemią, z dala od polityki, wojny i atomowego piekła. Zasłużona emerytura dla tych, którzy przeżyli front.

Najlepszym dowodem na to było spotkanie Millera.

Nate pamiętał to jak dziś, zaledwie tydzień po zatrzaśnięciu tych potężnych, zębatych drzwi. Szedł wzdłuż głównej arterii Krypty z torbą narzędziową na ramieniu i nagle go zobaczył. Twarz ta sama, tylko bez frontowego brudu i gogli taktycznych. Miller. Jego kumpel z oddziału na Gobi. Ten sam, z którym Nate dzielił ostatnie łyki stęchłej wody w okopie, podczas gdy wokół nich ziemia rzygała ogniem chińskiej artylerii. Ten sam, którego wyciągał z płonącego transportera, modląc się w duchu, żeby pancerz nie wtopił mu się w ciało.

Kiedy ich spojrzenia się spotkały, nie potrzebowali słów. Uścisnęli się jak bracia, którzy oszukali przeznaczenie. Przetrwali słońce Gobi, przetrwali atomowe błyski na horyzoncie. Byli bezpieczni.

Dzisiaj, po wyjątkowo długiej i wycieńczającej szychcie przy pompach chłodziwa, Nate wrócił wreszcie do swojej kwatery mieszkalnej. Gdy tylko przekroczył próg, poczuł znajomy zapach czystego mydła i proszku z krypcyjnei pralni. Na małym łóżku polowym spał już ich czteroletni syn, Shaun, wtulony w pluszowego misia, którego udało im się porwać w pośpiechu w dniu ewakuacji. Nora siedziała przy stoliku, naprawiając jakąś poluzowaną niteczkę w jego kombinezonie Vault-Tec. Wyglądała tak spokojnie. Blask małej, biurkowej lampki łagodził rysy jej twarzy.

– Jak tam na dole? – zapytała cicho, żeby nie obudzić małego. Wstała i podeszła, kładąc mu dłonie na ramionach.

– Ciężko, hydrofor w sekcji technicznej znowu rzęził, ale daliśmy radę. Musiałem wymienić uszczelki na głównym wale – uśmiechnął się Nate, całując ją w czoło. Objął ją mocno, chłonąc jej bliskość. Na froncie, pośród rzezi i świstu kul, ten moment był tylko odległym, nierealnym marzeniem. A teraz miał to wszystko tutaj, trzysta metrów pod ziemią. – Mały nie marudził?

– Pytał, kiedy pójdziemy do parku – westchnęła cicho, opierając głowę o jego pierś. – Powiedziałam mu, że musimy trochę poczekać. Ale jest dzielny. Po kimś to ma.

– Wszystko będzie dobrze, Noro. Jesteśmy tu bezpieczni. Dostaliśmy to miejsce za te wszystkie lata w piachu.

Nate poczuł, że musi na chwilę wyjść, przewietrzyć głowę na korytarzu i napić się chłodnej wody z dystrybutora przy wejściu do bloku, zanim położy się obok żony. Pragnął jeszcze przez moment nacieszyć się tą absolutną, głęboką ciszą.

– Zaraz wracam, sprawdzę tylko zawory przy głównej śluze sekcji – szepnął, muskając jej policzek.

Wyszedł na korytarz. Była pora ciszy nocnej. Światła były przyciemnione do delikatnego, niebieskawego blasku, który miał imitować wieczór. Czuł przyjemne, fizyczne zmęczenie w ramionach, satysfakcję z dobrze wykonanej roboty. Myślał o tym, że jutro rano znowu usiądą z Millerem w kantynie, wypiją tę ich syntetyczną, ale gorącą kawę i pożartują z głośnego chrapania faceta z sąsiedniej koi. Wszystko było na swoim miejscu. Nate był spokojny, opanowany, szczęśliwy.

I wtedy Krypta wydała z siebie ten dźwięk.

Nie był głośny. Nie włączyły się żadne czerwone syreny alarmowe. To było niskie, głębokie, gardłowe mruknięcie, które przeszło nie przez powietrze, ale przez samą konstrucję. Nate poczuł, jak stalowe płyty pod jego butami delikatnie wibrują. Metaliczny, zwierzęcy pomruk zaryczał gdzieś z głębi wentylacji, tuż nad jego głową.

Zatrzymał się w pół kroku. Jego ciało zesztywniało, zanim mózg w ogóle zdążył przetworzyć ten bodziec.

Czas zwolnił do ułamków sekund. Logika, jego wiedza techniczna, cała ta pewność siebie o „bezpiecznym sanatorium za zasługi” – wszystko to wyparowało w jednej chwili. Układ nerwowy mechanika nie słuchał racjonalnych tłumaczeń o usterce hydroforu, przeciążeniu sieci czy drganiu klimatyzacji. Jego mózg nie był już w Krypcie. W ułamku sekundy wrócił na pustynię Gobi, do ciemnej nocy, w której dokładnie takie samo, basowe mruczenie zwiastowało jedno: że zaraz z ciemności wyskoczy coś, co rozszarpie ich na strzępy.

Za ścianą, zaledwie kilka metrów od niego, spała jego żona i dziecko. A jego ciało właśnie wysłało mu najgorszy, najbardziej pierwotny sygnał alarmowy.

Serce przeskoczyło, uderzając o żebra z siłą młota, a w gardle momentalnie mu zaschło. Nate poczuł nagłe, palące ciepło, które rozlało się w jego pachwinach i zaczęło szybko spływać w dół, mocząc materiał niebieskiego kombinezonu.

Stał sam na pustym, niebieskawym korytarzu. Jego dłonie trzęsły się tak bardzo, że nie był w stanie unieść ich do twarzy. Spuścił wzrok. Ciemna, powiększająca się plama na nogawce zaczynała nieprzyjemnie chłodzić skórę.

On, twardy weteran z Gobi. Głowa rodziny. Mechanik, który potrafił okiełznać każdą maszynę i przed chwilą zapewniał żonę o bezpieczeństwie. Stał w najbezpieczniejszym miejscu na ziemi i właśnie się zsikał ze strachu przez dźwięk w ścianie.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Roma godzinę temu

    O i jest, się doczekałam :)

    Świetnie poprowadzone i znowu aż chce się czekać na więcej. Tylko nie zbyt długo, proszę xD

    Wracają wspomnienia, to i organizm reaguje, ciało nie potrafi kłamać...

    Jestem ciekawa co będzie dalej.

  • JagVetInte godzinę temu

    Noooo, pisząc to odpuszczam resztę. Więc chwilowo tylko nad tym myślę. Ale nie chcę robić po łebkach to i też trochę mi to zajmować będzie.

    Bo nie chcę spieprzyć tego. A czuję że mi to idzie.

  • Roma godzinę temu

    JagVetInte co mi błędu nie wskazałeś? XD
    *niezbyt

    Idzie, dobrze idzie. Nie spieprz tego :)

  • JagVetInte godzinę temu

    Roma bo wiem że "nie zbyt" wbija słownik w telefonie, cham śmierdzący xD

    No, się postaram.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania