Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Bartek - cz. 1
Byl listopadowy poranek. Stefan Grad zwlokl sie z lozka na dzwiek budzika o 5:45. Gdzie te czasy, gdy zrywal sie o tej porze, glodny zycia, ciekawy co tez przyniesie nowy dzien. A dzien policjanta w sekcji kryminalnej moze przyniesc wszystko. Stefan Grad, obecnie w randze komisarza, przezyl wiele. Odsylano go do pracy przy zabojstwach, morderstwach, niewyjasnionych zgonach, jako “eksperta”. Wieloletnie doswiadczenie, a takze dociekliwosc, spostrzegawczosc detektywistyczna zylka – to wszystko sprawialo, ze Stefan mial tak zwana “duza skutecznosc” w rozwiazywaniu spraw i wykrywaniu sprawcow. Niejednokrotnie komisarz Grad zastanawial sie, czy to powod do dumy. Byl skuteczny, tak, dzieki niemu za kratki trafil niejeden morderca, potencjalnie wiec uratowal przed nimi kolejne zycia, ale… Czy tak musialo byc? Czy ludzie musza zabijac sie nawzajem? I kim bylby Stefan Grad, gdyby nie bylo przestepczosci?
Takie dziwne pytania zadawal sobie Stefan w tych krotkich chwilach, kiedy mial czas i chec na zastanawienie sie nad sensem zycia. Dzis jednak nie byla na to pora, mezczyzna szykowal sie do pracy, jak zawsze nie wiedzac co przyniesie nowy dzien.
Trzy godziny pozniej, kiedy na komisariacie nadrabial papierkowa robote odlozona na wolna chwile i kiedy mial nadzieje, ze jest to ten jeden z niewielu spokojnych dni, kiedy nie bedzie mial zadnego wezwania, ogarnie zaleglosci i troche sie odprezy, wlasnie wtedy komendant pofatygowal sie do jego biurka z informacja, ze jest “nowa sprawa”. Kobieta znaleziona martwa w swoim mieszkaniu na osiedlu Gramoty. Prawdopodonie zabojstwo.
Komisarz Grad niezwlocznie udal sie na miejsce prawdopodobnej zbrodni wraz z dwoma aspirantami. Mlodzi pasjonaci swojego zawodu zapewnne zrywali sie jeszcze co rano z ciekawoscia co dzis sie wydarzy. Byli dobrzy w swym fachu, pomocni, a przy Gradzie rozwijali sie. Podjechali na Gramoty, typowej sypialni miasta, nieopodal jego cenrum, gdzie w jednym z wielu blokow na parterze mieszkala Iwona Sosnowska. Teraz denatka. Kiedy komisarz Grad z aspirantami przybyli na miejsce, technicy niemal zakonczyli jego ogledziny, a gburliwy patolog Pajak przekazal swoja wstepna diagnoze. Przyczyna zgonu: uduszenie. Kobieta tuz przed smiercia zostala zgwalcona. Prawdopodobny czas zgonu: wczorajszy wieczor, moze popoludnie.
Stefan stanal and lezacymi na podlodze zwlokami. Mloda kobieta, okolo trzydziestki. Czarne krecone wlosy, w otwartych niebieskich oczach zastygl bol i strach. Niewysoka, szczupla. Bose stopy, podarte rajstopy. Jest ubrana, ale pewnie ktos uladzil sukienke, ktora ma na sobie. W przedpokoju na podlodze lezy plaszcz, buty rozrzucone, jeden w przedpokoju, drugi w pokoju. W tym, w ktorym znaleziono zwloki i jedynym w mieszkanku. Grad przeszedl sie ostroznie po wnetrzu kawalerki. Czysto, wszystko poukladane, brak sladow walki, pladrowania. Nikt z sasiadow nie slyszal krzykow ani niczego podejrzanego. To tak ze wstepnych ustalen. Komisarz wrocil do zwlok kobiety, ktora zaraz miala byc wywieziona w plastikowym worku na stol patologa. Przymknal oczy. Wyobraznia podsunela mu obraz Iwony Sosnowskiej wchodzacej beztrosko do mieszkania w towarzystwie mezczyzny, po ktorym niczego zlego sie nie spodziewa, a ktory gdy tylko zamknal za soba drzwi, zaatakowal, przycisnal do siebie, silna dlonia zakryla jej usta tak, ze nie mogla wydac z siebie dzwieku. Silny, nie dal drobnej dziewczynie zadnych szans. Zgwalcil i zabil. Dlaczego? Zabil przypadkiem? Na pewno nie. Zabil, bo go znala. Tak przeczuwal komisarz Grad.
Stefan kazdej sprawie poswieca wiele. Mysli, godzin. Dlatego nie zalozyl rodziny, nie mial zony ani dziewczyny na spotykania od czasu do czasu. Ta praca zabrala mu prywatnosc. Pochlaniala nie tylko jego czas, ale umysl. Angazujac sie tak bardzo nie mial sily ani mozliwosci na rodzine, milosc, dzieci czy chocby psa. Wiedzial, ze nie poswiecalby im tyle siebie, ile by potrzebowali, wiec zrezygnowal. Przynajmnie nikt nie cierpial. Ale nie dzielil sie tym z mlodymi aspirantami, ktorzy oprocz pracy angazowali sie w zwiazki, planowali zakladanie rodzin. Przeciez im moglo sie udac. Nie kazdy jest komisarzem Stefanem Gradem, ktory bez swojej pracy jest nikim.
Kilka dni pozniej komisarz Grad z grupa policjantow oddelegowanych do sprawy gwaltu i zabojstwa Iwony Sosnowskiej podsumowywali, co ustalono. Jak to wstepnie zdiagnozowal patolog, kobieta najpierw padla ofiara gwaltu, a zaraz po tym uduszona.. Najprawdopodobniej przez tego samego sprawce. Jedynego sprawce. Kim byl to oczywiscie robota dla zespolu. Hipotetycznie przyjeto, ze to mezczyzna w wieku lat okolo 35, zdrowy, silny fizycznie, raczej wysoki, znajomy ofiary. Przesluchane osoby, sadsiedzi i nieliczni znajomi oczywiscie “nic nie wiedzieli”. Iwona mieszkala w bloku na Gramotach od ponad trzech lat. Pracowala w banku jako analityk kredytowy. Mieszkala sama, nikt nie wiedzial, by byla z kims zwiazana. Czasami odwiedzali ja jacys znajomi. Byla spokojna, mila lokatorka. Idealny sasiad, ktory nie wadzi nikomu. Tego dnia pracowala normalnie, wyszla z banku po 16:30 i, jak ustalono, przyjechala na swoje osiedle autobusem. Od tego momentu nic juz nie wiadomo. Monitoringu oczywiscie w okolicach klatki schodowej nie bylo. Pies podjal trop, ktory zgubil w poblizu przystanku autobusowego. Standard.
Kto ja znalazl? Przyjaciolka, czy tez bliska kolezanka. Rano miala odwiezc Sosnowska do pracy. Umawialy sie na takie podwozki od czasu do czasu. Marta Janowska pracowala raz w biurze, raz w domu, w roznych godzinach, ale tamtego dnia miala pojechac do firmy, wiec chciala podwiezc kolezanke, a po drodze mialy omowic plan zakupu pralki, do ktorego przymierzala sie Iwona, a Marta miala jej pomoc w transporcie. Kiedy slowna i punktualna Iwona nie pojawila sie na parkingu o umowionej porze a takze nie odbierala telefonu, Marta wiedziala, ze cos musialo sie stac. Poszla do mieszkania kolezanki, a gdy tamta pomimo pukania i dzwonienia nie otwierala, Marta nacisnela klamke i ze zdziwieniem stwierdzila, ze drzwi nie sa zamkniete na klucz. To kolejna rzecz niepodobna do Iwony, by zostawic nie zakluczone drzwi, Marta wpadla wiec do mieszkania i tam ja zastala, w podkasanej, poszarpanej sukience i podartych rajstopach, z przerazonymi otwartymi oczami, niezywa…. Przesluchiwana Marta Janowska byla roztrzesiona, zszokowana i zrozpaczona. Ale z jej przerywanych placzem zeznan zarysowal sie juz profil denatki. Oprocz tego, ze byla mila, spokojna, ustabilizowana zyciowo mloda singielka Janowska napomknela o innej, ciemniejszej stronie jej zycia. Zmienilo sie ono calkowicie kilka lat temu, po tym, jak Sosnowska zerwala z zyciem narkomanki.
Nastepnego dnia Marte Janowska przesluchano ponownie. Kobieta nadal wyglada na zgnebiona, ale byla w zdecydowanie lepszej formie niz zaraz po znalezieniu martwej Iwony Sosnowskiej. Obszernie i szczegolowo odpowiadala na pytania, znowu poplynelo wiele lez. Poznaly sie z Sosnowksa kiedy tamta rozdzial zycia narkomanki miala juz zamkniety. Konczyla zaoczne studia bankowe, pracowala w banku, odkladala na wklad wlasny na mieszkanie, bo jak najszybciej chciala zamieszkac na swoim. W tamtych czasach wynajmowala mieszkanie z jakas studentka, Marta nie pamieta jej nazwiska, zreszta drogi tych kobiet dawno sie rozeszly. Marta poznala Iwone, gdy zlecila jej prowadzenie ksiegowosci z dzialalnosci gospodarczej. Dla tamtej bylo to wtedy dodatkowe zrodlo dochodu, dzieki ktoremu mogla szybciej i wiecej odlozyc na swoj cel. Marta byla architektka wnetrz i takie przyziemne sprawy ja przerastaly. Wybrala Sosnowska przypadkowo, z ogloszenia. Mimo, ze byly tak rozne, dziewczyny zblizyly sie do siebie. Iwona byla na poczatku zdystansowana, niezainteresowana rozwijaniem ich relacji poza te sluzbowe. Z czasem jednak nawiazala sie miedzy nimi nic porozumienia, sympatia, a wkotce Iwona otworzyla sie przed Marta. Z czasem tamta zrozumiala jej dystans, jak rowniez to, ze dodatkowa praca byla ucieczka przed tym, co bylo, zajmowala czas i glowe, nie pozwalala myslec o przeszlosci ani na powrot do niej. Iwona unikala klubow, a gdy czasem w nich bywala, spotykala kogos, kto znal ja z tamtych lat, czestowal wiadomosciami, co u kogo slychac, choc ona nie byla tym zainteresowana. Unikala przejsc podziemnych i dworcow, bo tam zawsze odnajdywala siebie – osoby, ktore zyly, jak ona kiedys, albo takie, ktore znala kiedys, ale nigdy z podziemia nie wyszly. Minely lata i mozna bylo powiedziec, ze plany Iwony sie spelnily. Byla spelniona zawodowo, zakupila to mieszkanko, ktore dalo jej poczucie stabilnosci i bezpieczenstwa, choc splacala kredyt. Dodatkowych prac juz nie brala, ta etatowa pochlaniala ja wystarczajaco. Nadal byla zdystansowana, podtrzymywala znajomosc z Marta, miala kilkoro innych znajomych, wszyscy z nowego zycia, oprocz jednego Bartka. Marta troche go znala, wiedziala, ze rowniez tkwil w nalogu i kiepskim zyciu przez lata, ale tak jak Iwona odbil sie, a wlasciwie stalo sie to dzieki niej. To Iwona pokazala mu, ze mozna, pomogla wykaraskac sie z bagna i nie odpuszczala, by do niego nie wrocil. Dzis ten czlowiek mial uporzadkowane zycie, rodzine i wysokie stanowisko.
Bartlomieja Steca komisarz Grad przesluchal pozniej, kiedy przesluchani byli sasiedzi, niewiele wnoszac do sprawy, potwierdzajac, ze Iwona Sosnowska byla mila spokojna, ale nie zaangazowana w spoleczne zycie sasiedzkie. Wiadomo, zapracowana, rodziny nie miala, chlopaka nie miala, nawet na psa nie miala czasu. Bartlomiej byl zblizony wiekiem do Iwony, wysoki, koscisty, jakis taki zniszczony. Porzadnie ubrany, w drogich butach, ale cere mial ziemista, oczy podkrazone. Jest po trzydziestce, a jasne wlosy ma juz znacznie przerzedzone. Szybki chod i nerwowe ruchy zdradzaja czlowieka nerwowego, wybuchowego, przy tym wyraznie przybitego straszna smiercia przyjaciolki. Tak powiedzial o Iwonie. Laczyla ich przyjazn, prawdziwa, sprawdzona. Rodziny Iwona nie miala. Matka, ktora ja samotnie wychowala, zmarla pare lat temu, ale nawet gdy zyla, kontakt z corka miala w ostatnich latach sporadyczny. Sosnowka jako nastolatka wpadla w narkomanie, ktora pochlonela ja na dlugo. Podowne losy polaczyly te dwojke, bo Barlomieja takze wychowala dysfunkcyjna matka, od ktorej w koncu uciekl w narkomanie. Jakis dobry czlowiek, ktory stanal ktoregos dnia na drodze Iwony sprawil, ze trafila do osrodka, wykaraskala sie z nalogu i rozpoczela nowe zycie. Wrocila do narkotykowego swiata dopiero wtedy, gdy czula sie na tyle silna, by nie ulec pokusie i pomoc jemu. Dlaczego jego wybrala? Nie wybierala, probowala pomoc wielu, tylko z nim sie udalo i on bedzie jej wdzieczny do konca zycia. Tak zeznal. Z Iwona widzial sie kilka dni wczesniej. Wpadl do niej, jak to czynil kilka razy w miesiacu i przekonal, ze starej, kupionej przed laty z odzysku pralki nie oplaca sie reanimowac i ze ma kupic nowa. Nie znal sie na naprawie AGD, ale znal zycie. Wyszedl z mieszkania Iwony przekonany,ze wkrotce znow sie spotkaja, ale tak juz sie nie stanie.
Technicy znalezli odciski palcow Bartlomieja w mieszkaniu Sosnowskiej – niepelnie odbite na scianie, jakby o nia sie oparl. Oczywiscie to nie jedyne odciski, ktore zabiezpieczono. Byly tez te nalezace do Marty Janik, kilku innych osob, nie wszystkie dopasowane do wlascicieli.
Prawdziwy przelom nastapil, gdy przyszly badania z laboratorium. Z nasienia po gwalcie wyodrebniono DNA i okazalo sie, ze jest to DNA Bartlomieja Steca.
Doswiadczony komisarz Grad przezyl niemaly szok gdy o tym uslyszal. Ale aresztowany Bartlomiej Stec wydawal sie dziesiec razy bardziej zszokowany. Czym? Naprawde wierzyl, ze to sie nie wyda? Zgwalcil dziewczyne i pozostawil tak niepodwazalny slad, a teraz krzyczy, wrzeszczy wyrywa sie, wyzywa, wyje, ze jest niewinny, NIEWINNY! Aresztowano go wieczorem, gdy byl w domu. Co tam sie wydarzylo bylo prawdziwym dramatem. Wrzeszczacy Stec, omdlewajaca zona, do tego placzacy niemowlak tej dwojki.
Stefan Grad pojechal tam nastepnego dnia, zeby przesluchac malzonke. Zostala sama w tragicznej sytuacji z malutkim dzieckiem, nie chcial ciagac jej po komisariatach.
Stecowie mieszkali w eleganckim bialym domku na nowo wybudowanym eleganckim osiedlu bialych domkow. Bartlomiej byl dyrektorem generalnym w duzej firmie ubezpieczeniowej. Tam poznali sie z zona, Ilona. Wtedy oboje piastowali podobne, kierownicze stanowiska. Oboje byli typami karierowiczow, po trupach wspinali sie po szczeblach kariery, rywalizowali ze soba. Dlugi czas nie cierpieli sie nawzajem. Bartek byl porywczy, nerwowy, latwo wpadal w zlosc, nierzadko w szal, zle traktowal podwladnych, nie byl lubiany. Ale mial wyniki. Liczyly sie dla niego tylko pieniadze i kariera. Ludzi nie szanowal, nielicznych ledwie tolerowal. Taki buc. Ilona rowniez byla stanowcza, nerwowa, skupiona na karierze, ale ona liczyla sie z ludzmi i na ich zaufaniu budowala swoja pozycje. Stec wysmiewal to jej podejscie, szydzil, ze spoufala sie z podwladnymi. Toczyli ze soba wojny, podkladali wzajemnie swinie… Nikt nie wie, jak z takiej niecheci zrodzila sie miedzy nimi wiez, a pozniej milosc. Kto sie czubi ten sie lubi podobno, ale ze tych dwoje stworzy rodzine – tego chyba nikt sie nie spodziewal. A jednak. Kilka lat temu wzieli slub. Klocili sie owszem, ale przede wszystkim kochali, rozumieli i wspierali. Wszyscy z otoczenia zauwazyli, ze Ilona utemperowala Bartka, ze nieco sie upokoil, a moze oboje utemperowali sie nawzajem? Banalem bedzie powiedziec, ze pojawienie sie dziecka bylo przelomem w zyciu tych dwojga. Tak jednak bylo, bo wyczekany syn Bruno byl ich najwieksza miloscia, ale po paru miesiacach okazalo sie, ze ma chore nerki. To chyba zlamalo ich oboje. Tak dobrze wszystko ukladalo sie w ich zyciu, praca, kariera, milosc, dom, dziecko…. I taka straszna choroba.
O tym opowiadala zbolala, zagubiona, zalamana Ilona Stec, kiedy Stefan Grad odwiedzil ja w celu przesluchania. Drobna brunetka, falowane wlosy, siedziala na przeciwko niego, a w niebieskich oczach miala zywy bol i strach. Nieopodal w lozeczku spal malenki Bruno Stec, na komodce obok swiecilo diodami urzadzenie do domowych dializ. Niemowlak nie zdawal sobie sprawy ani ze swojej ciezkiej choroby ani z tego, ze zawalil sie caly jego maly swiat. Jego ojciec siedzi w areszcie z popartymi niepodwazalnymi dowodami zarzutami gwaltu i zabojstwa. Jego matka mierzy sie z najwiekszym w swoim zyciu szokiem, skladajac drzacym, slabnacym glosem zeznania, opowiadajac o mezu, co chwila powtarzajac: “On tego nie zrobil, nie zrobil, to jest niemozliwe!”
Niejedno serce zlamaloby sie w tym momencie, ale Stefan Grad widzial juz wiele nieprawdopodobnych sytuacji, Teraz jednakze, paradoksalnie, majac dowod na tacy cos tak bardzo mu sie nie zgadzalo w tej historii i klulo bezustannie jak gwozdz w bucie. Nie chodzilo nawet o absurd tej sytuacji, brak motywu, bo nie takie rzeczy sie zdarzja, ale… cos tu bylo nie tak!
Bartlomiej Stec pochodzil z pobliskiej wsi, mieszkal tam od urodzenia. Zyl z matka i babcia w niewielkim domku. Babcia poswiecila mu swoj czas i serce, obdarzyla miloscia i opieka, dopoki nie zmarla, gdy byl osmiolatkiem. Matka to byl, jak mawiala babcia, Wiatr. Urodzila go bedac imprezowa dziewietnastolatka, ojca nigdy nie poznal i watpil, ze matka wiedziala, kto nim jest. Macierzynstwo nie odwiodlo Marii Stec od rozrywkowego zycia. Wrecz przeciwnie, zaczela regularie pic, urzadzala awantury, podczas ktorych obwiniala Bartka o swoje niepowodzenia, zmarnowane zycie oraz wszelkie zlo swiata. “Moglam cie zostawic”, “Po co ja cie wzielam”, oto co slyszal z ust rodzicielki maly Bartek ale rowniez dorosly Bartlomiej. Trwal przy niej, opiekowal nia zamiast ona nim, bo czul sie odpowiedzialny. Jako nastolatek mial dosc. Niekochany, niepotrzebny, zaniedbal nauke, wagarowal, lobuzowal, w koncu w ogole rzucil szkole. Matki to nie obeszlo, moze tyle, ze miala nowe argumenty do wyzywania go, ublizania, krzykow. Uciekal wiec i od niej. Tak wpadl w towarzystwo, ktore wprowadzilo go w swiat narkotykow. Staly sie sensem jego zycia na ladnych kilka lat. Stoczyl sie i nie zamierzal tego zmieniac. Czekal na smierc i ta pewnie rychlo by po niego przyszla. Stalo sie jednak tak, ze Iwona, byla narkomanka, podala mu reke, a on jej nie odepchnal. Ta delikatna, slaba fizycznie kobieta wiedziala, co robic, jak dzialac, zeby wyciagnac go z bagna. Nie patyczkowala sie i nie karmila zludzeniami, niemal od razu oswiadczyla mu, ze jej dzialania maja 90% szans zakonczyc sie porazka i Bartek szybko wroci na dno. Ale udalo sie. Moze w pewnym sensie na przekor? Moze Bartek stwierdzil, ze jeszcze pokaze tej wszystkowiedzacej malej brunetce i wyjdzie na prosta? Wazne, ze zmienil swoje zycie. Pustke po nalogu zajal pedem do kariery. Zdal mature, podjal prace, skonczyl studia. Byl zdolny i zaciety. Wyzwoliwszy sie spod brzemienia matki i nalogu pokazal, ze ma cechy przywodcze, ale kiedy zaczal odnosic sukcesy, stal sie konfliktowy i bezwzgledny. Nigdy nie mial przyjaciol, ale w nowym, “lepszym” zyciu przyspozyl sobie wrogow. Z nikim sie nie liczyl. Tylko z Iwona bylo inaczej. Przyjazn, dozgonna wdziecznosc wobec niej, podobne doswiadczenia, to trzymalo ich razem. Nigdy nie polaczylo ich romantyczne uczucie czy fizyczna wiez. Probowali, ale nie bylo chemii, raczej relacja podobna do bratersko-siostrzanej. Zona Bartka znala oczywiscie Iwone, spotykali sie czesto, odwiedzali. Byla miedzy kobietami sympatia, choc oczywiscie bez takiej zazylosci, jaka istniala miedzy Iwona i Bartkiem. Czy Ilona byla zazdrosna? Na poczatku tak, oczywiscie. Byli ze soba tak blisko, wszystko o sobie wiedzieli, znali swoje zycie, radosci, slabosci. Nadto dziewczyny byly do siebie podobne fizycznie, drobne brunetki o niebieskich oczach, ten sam typ urody, choc rozne charakterami. W miare, gdy sie poznawaly Ilona zrozumiala, ze nie ma powodow do zazdrosci. Bez oporu zgadzala sie na ich spotkania sam na sam. Wrecz sama niekiedy namawiala na nie Bartka. Byly takie okresy w jego zyciu, gdy popadal w przygnebienie, rozdraznienie, byc moze, myslala Ilona, specyficzne dla bylych narkomanow. W kazdym razie spotkania z Iwona pomagaly na te smutki.
Ostatnio Bartek sam odwiedzil przyjaciolke zaledwie kilka dni przed jej smiercia. Tak mowila Ilona. Nie z powodu smutkow. Mieli obgadac jakies sprawy w jej mieszkaniu – Iwona chciala wymienic pralke czy cos i potrzebowala konsultacji. Taka byla. Radzila sobie w zyciu bardzo dobrze, ale kazda zmiana, chocby w obrebie jej malego mieszkanka wymagala przemyslenia, obgadania. Daleka idaca ostroznosc. Iwona rowniez pochodzila z tak zwanej dysfunkcyjnej rodziny, wychowana tylko przez matke do tego nieporadna zyciowo, taka przylge, ktora lzami, szantazem emocjonalnycm zmuszala corke do opieki, a wrecz wyreczania w zyciowych sprawach. Nic dziwnego, ze w koncu Iwona nie wytrzymala. Poszla w nalog i cudem z niego wyszla. Z matka nie nawiazala relacji nigdy, do jej smierci tylko czasem ja odwiedzala. Za to Bartek odnowil kontakty ze swoja rodzicielka. To chybna byl rodzaj splacania dlugu. Nie poszedl, jak Iwona, wyciagac narkomanow z rynsztoku, bo sie ich brzydzil i ich nienawidzil. Matki pewnie tez nienawidzil, ale wyciagnal do niej reke. Postawil ja na nogi, sprawil, ze kobieta ostro wyhamowala z piciem. Zdzialal to nagroda i szantazem. Dawal jej pieniadze “za niepicie”. Grozil, ze zabroni kontaktow z wnukiem, jesli bedzie chlala. A Maria Stec lubila pieniadze i, o dziwo pokochala wnuka prawdziwa miloscia, jakiej nie miala wobec syna. Pieniadze wydawala na ciuchy i kosmetyki. Okazalo sie , ze ma swietny gust, stala sie kobieta elegancka. Ogarnela sie na tyle, ze w poznym dosc wieku zrobila kurs kosmetyczny i wizazu, a od pewnego czasu swiadczyla uslugi w tym zawodzie na zlecenie jednego z renomowanych salonow pieknosci. Oczywiscie nie wszystko sie zmienilo i zycie nie stalo sie nagle rozowe. Maria Stec popijala od czasu do czasu, a jej wybuchowy charakter stepil sie jedynie odrobine. Co jakis czas wszczynala awantury o nic, syn i matka wzajemnie “zrywali wszelkie kontakty” po to, by wkrotce je odnowic i tak to trwalo. Ilona i tak podziwiala Bartka, za to, ze jeszcze zapraszal do domu matke, ktora po kilku drinkach wciaz potrafila mu powiedziec,, ze zaluje, ze go urodzila i ze go nie zostawila. To moglo zlamac serce, ale Bartek byl twardy i pomimo nienawisci do rodzicielki, szczerze ja kochal i obchodzil go jej los. Ilona to wiedziala.
A Iwona Sosnowska pare lat temu bez zalu pochowala swoja matke i wlasciwie tylko Bartek, choc nie spokrewniony, byl jej jedyna rodzina. Tamtego dnia, kiedy odwiedzil przyjaciolke po raz ostatni, nie wydarzylo sie nic szczegolnego, Bartek nic nie mowil. Wrocil normalny, cos tam wspomnial o spotkaniu, niewiele, bo niby nie bylo o czym. Malzenstwo bylo zreszta pochloniete choroba synka. Nauczyli sie dializowac malego, byli w stalym kontakcie z lekarzem, czekali w kolejce na przeszczep nerki dla malego. . Ilona w dziecinstwie przeszla zoltaczke, co ja dyskwalifikowalo,a Bartek po latach cpania mial narzady nie nadajace sie do przeszczepu
Tamten wieczor, kiedy wrocil od Iwony, spedzili po raz tysieczny przegladajac strony internetowe i fora szukajac choc cienia szansy na wyzdrowienie ich malego Brunonka. Ilona nie zauwazyla nic dziwnego, nietypowego w zachowaniu meza. Czy czlowiek, ktory zgwalcil i zabil tak bliska osobe umialby az tak dobrze sie z tym kryc, ze nie wzbudzil najmniejszych podejrzen u wlasnej zony, do ktorej wrocil zaraz po rzekomej zbrodni? Ilona w to nie wierzyla i co i raz powtarzala to komisarzowi Gradowi. Opuscil jej dom poruszony i rozbity. Serce starego wygi i specjalisty od morderstw niewykrytych pekalo na wspomnienie malego Bruna Steca i jego zalamanej matki. Coz oni zawinili? I co opetalo tego cholernego Steca, ze dopuscil sie czegos takiego? Stefan Grad juz sam przed soba nie chcial sie przyznac, ze nie wierzy w wine podejrzanego. Przeciez tak wiele go obciazalo. Na ciele Sosnowskiej znaleziono kilka jasnych wlosow. Wlasnie dotarly wyniki z laboratorium. Potwierdzono, ze to wlosy Bartlomieja Steca. Czego chciec wiecej? Czas bylo zamykac sledztwo. Mlodzi aspiranci byli zadowoleni ze “swojej” roboty dochodzeniowej, zaczeli swietowac sukces w uchwyceniu bestii. A Bartlomiej Stec istotnie, zachowywal sie jak bestia. Aspiranci byli od poczatku przekonani, ze z czasem on sie zlamie. Posiedzi w areszcie i zmieknie. Najwyrazniej naogladali sie za duzo seriali “pseudokryminalnych”, jak zwykl je nazywac Stefan Grad. Albo tez przypadek Steca byl szczegolny, Ten czlowiek byl coraz bardziej wsciekly, agresywny, wrzeszczal, odmawial skladania dalszych zeznan, krzyczac w kolko, ze tego nie zrobil, oraz szereg przeklenstw i epitetow pod adresem policji i calego wymiaru sprawiedliwosci. Nie poprawial tym swojej sytuacji, zreszta z tak niepodwazalnymi dowodami przyznanie sie do winy nie bylo konieczne.
Gwozdz do trumny Steca wbila pewna kobieta, ktora po dobrych kilku dniach zglosila sie na komisariat. Byla siostra jednej z sasiadek Iwony Sosnowskiej. Tamtego dnia odwiedzila siostre. O zbrodni dowiedziala sie kilka dni pozniej i kiedy tak z siostra ubolewaly and losem tej biednej dziewczyny kobieta uswiadomila sobie, ze kiedy wyszla juz od siostry, widziala Sosnowska. Zatrzymala sie ona przed wejsciem do klatki schodowej, z ktorej wlasnie kobieta wychodzila, bo z tylu dotknal jej ramienia osobnik, dosc wysoki, sredniej budowy ciala, twarzy nie zauwazyla, bo na glowie mial kaptur. Iwona odwrocila sie i, jak sie tej pani wydawalo, z zaskoczeniem powiedziala do niego “Bartek?”. Tak zeznala starsza kobieta, bedac pewna, ze takie wlasnie imie uslyszala. I to zeznanie bylo niejako wisienka na torcie dla sledczych wpedzajac Stefana Grada w watpliwosci co do sensu dalszego wykonywania swojej profesji.
II
- Bartek ? – spytala zaskoczona Iwona, gdy odwrocila sie, czujac czyjas dlon na swoim ramieniu. Ze zdziwieniem zobaczyla, ze ten skulony, zakapturzony typ to jej przyjaciel. Patrzyl jakos tak obco, wygladal obco… ale to on.
- Bartek, Bartek – odezwal sie nieswoim, nieco skrzekliwym glosem – idziemy do ciebie – bardziej stwierdzil niz zapytal
- Tak – Iwona ruszyla w strone klatki zaskoczona, wrecz wstrzasnieta naglym spotkaniem. Z Bartkiem widywala sie czesto, ale zawsze umawiali sie. Cos musialo sie stac, ze przyszedl tak nagle i byl taki inny. Weszla po kilku stopniach do drzwi swojego mieszkania odwracajac sie co chwila w strone depczacego jej po pietach przyjaciela, ktory, choc ten sam, wygladal i zachowywal sie bardzo nietypowo. Ta ciemna kurtka z kapturem zakrywajacym pol twarzy, ta przygarbiona sylwetka… Iwona byla zaaferowana. Machinalnie otworzyla drzwi i zaraz ze swym gosciem znalazla sie w mieszkaniu. To on zamknal drzwi, doskoczyl do niej i zdjal kaptur. I juz wiedziala
- Ty nie jestes Bartek
- Jestem Bartek, przysiegam – odpowiedzial natychmiast on, ten obcy czlowiek o pozornym wygladzie Barlomieja Steca, czlowiek majacy jego oczy, jego rysy twarzy, ale jednoczesnie gladsza cere, jakby mlodsza twarz, nadto jego janse wlosy byby gestsze i lekko sie falowaly. Byl tez nieco tezszy i okraglejszy na twarzy niz przyjaciel Iwony Sosnowskiej
- Nie jestes Bartkiem!!! Kim jestes i czego ode mnie chcesz – krzyknela Iwona i to byly jej ostatnie slowa, bo sobowtor Bartka zatkal jej usta mocna dlonia obleczona w rekawiczke. Druga reka przycisnal dziewczyne do siebie
- Jestem Bartek – cedzil – tylko ten drugi Bartek, wiesz. Zaraz sie przekonasz, czy lepszy niz tamten – zarechotal wkladajac lape pod jej sukienke.
Potem byl tylko strach i bol. Iwona wyrywala sie ze wszystkich sil, ale byla jak ptaszek szamocacy sie w jego odbjeciach. Byl silny i zrobil z nia co chcial. Po wszystkim Iwona chciala umrzec. A on spelnil jej zyczenie duszac ja, wiec nie dowiedziala sie kim byl ten drugi Bartek i dlaczego jej to zrobil. Umarla upokorzona i obolala. Morderca porzucil jej cialo na podlodze i sycil zastyglym strachem w otwartych oczach. Czul satysfakcje i spelnienie. Najwspanialsze od wielu lat uczucie, ze cos mu sie udalo, jego misterny plan zostal wypelniony. Wszystko bylo tak, jak chcial, wszystko sie poukladalo. Przeciagnal sie. Poprawil ubranie, na glowe nasunal kaptur. Jeszcze raz rozejrzal sie pobieznie. Wszystko gra. Uchyli drzwi i upewniwszy sie, ze na klatce nie ma nikogo, ulotnil sie z mieszkania.
Do domu wrocil autobusem. Czul spokoj i chyba radosc. Nie mial na sobie sladow walki, dziewczyna byla za slaba, nawet go nie zadrapala, nie polala sie krew. Bartosz Rojewski wysiadl z autobusu na swoim osiedlu i niemal pogwizdujac pod nosem z radosci udal sie do domu. Mieszkal z matka w trzypokojowym mieszkaniu w wiezowcu. Od zawsze. Wczesniej byl jeszcze jego ojciec, ale zmarl kilka lat temu. Ojciec byl wykladowca na uniwersytecie, a matka “profesorowa”. Tak ja pogardliwie nazywal. Byla wyksztalcona, ale nie pracowala zawodowo, bo wolala zajac sie domem, wychowaniem jedynego syna. W rezultacie wychowala rozpieszczonego lenia, ktory nie garnal sie ani do nauki ani do pracy, liczne hobby szybko mu sie nudzily. Nie pomagal, nie przynosil dobrych stopni ani zadnego powodu do dumy swoim rodzicom. Kiedy byl nastolatkiem, ojciec zaczal stawiac warunki – ma sie uczyc, zdobyc zawod, ogarnac zyciowo. Z czasem narosl miedzy nimi konflikt, ktory starala sie lagodzic matka, ale tylko poglebiala przepasc miedzy nimi, kryjac syna, usprawiedliwiajac i zatajajac przed mezem rozne wyskoki synalka. A Bartkowi po prostu nie chcialo sie zmieniac. Wiedzial, ze cokolwiek sie stanie, matka mu pomoze. Ale do niej tez w pewnym momencie poczul niechec. To bylo niedlugo przed jego osiemnastymi urodzinami, kiedy rodzice postanowili wyznac Bartoszowi, ze go adoptowali, gdy byl malenki. Dlaczego tak pozno sie na to zdecydowali, nie wiadomo, pewnie ukrywaliby to do konca zycia, ale Bartek mial stac sie pelnoletni i podczas skladania dokumentow na dowod osobisty wydaloby sie, ze jest adoptowany. To wyznanie sprawilo, ze Bartosz poczul niechec do tych ludzi, a ojca znienawidzil. Mial do nich pretensje, ze ukrywali przed nim prawde, buntowal sie, krzyczal, dajcie mi spokoj, nie mowcie mi co mam robic, nie jestescie moimi rodzicami. Ale z domu nie odszedl. Nie mial dokad. Jakos ukonczyl szkole, ale do pracy nie poszedl. Zaczynal kilka kierunkow studiow, jedna szkole policealna. Niczego nie ukonczyl. Bez oporow korzystal ze wsparcia rodzicow. W pewnym momencie ojciec probowal mu go odmowic. Byl dwudziestokilkulatkiem bez pracy, doswiadczenia ani zawodu. Ale matka zarzadzala budzetem domowym i to ona wspierala syna duchwo, a przede wszystkim finansowo. Tak bylo i dzis, choc Bartosz byl juz po trzydziestce. Podjal w swoim zyciu kilka prac, zeby udowodnic rodzicom, ze sie do czegos nadaje. W zadnej jednak nie zagrzal dlugo miejsca. Albo on nudzil sie zajeciem albo pracodawca z niego rezygnowal. I tak mijaly lata.
Od czasu, kiedy Bartosz Rojewski dowiedzial sie, ze jest adoptowany, jak kazdy chyba w jego sytuacji, chcial sie dowiedziec, kim sa jego biologiczni rodzice. Od niedawna bardzo zaangazowal sie w ten temat, bo uroil sobie, ze byc moze prawdziwi starzy sa jakimis bogaczami, od ktorych mozna bedzie wyciagnac cos w ramach zadosciuczynienia, bo to, co zostalo po ojcu to jakies marne grosze. I tu chlopak wykazal, ze nie brakuje mu cierpliwosci, determinacji i wytrwalosci, by dowiedziec sie, czego chce. Udalo mu sie ustalic, w jakim szpitalu przyszedl na swiat i ze jego matka nazywa sie Maria Stec. Urodzil sie w tym samym miescie, w ktorym caly czas mieszkal, ale matka pochodzila z pobliskiej wsi. Nawet dotarl tam oraz do ludzi, ktorzy pamietali Marie Stec, ale potwierdzili, ze ta ponad trzydziesci lat temu przeprowadzila sie do innej miejscowosci. Wraz z matka i …. synem! Synem??? Jak to? Odebrali go matce z rodzinnego domu??. Ale to nie zgadzalo sie z jego dotychczasowymi ustaleniami. Ze trafil do domu dziecka zaraz po urodzeniu i stamtad zabrali go rodzice adopcyjni. Matka po porodzie natychmiast zrzekla sie praw. Bartek pokopal w szpitalnej dokumentacji i wszystko stalo sie jasne. Maria Stec urodzila dwoch chlopcow, blizniakow. Ich ojciec pozostal nieznany. Jednego syna zabrala ze soba. Rojewski ustalil imie brata. Bartlomiej. Bartosz i Bartlomiej – naprawde, matka nie wysilila sie nawet w kwestii imion.
Odnalezienie brata nie bylo juz problemem. Wystarczylo wpisac “Bartlomiej Stec” w wyszukiwarke internetowa i juz go mial. Jego brat, dyrektor generalny duzego towarzystwa ubezpieczeniowego. Na zdjeciu byl jakby on sam. Jednak Bartosz z zadowoleniem stwiedzil, ze z wygladu jest lepsza wersja. Bartlomiej Stec, mimo, ze wystylizowany, dobrze ubrany i pewnie wyretuszowany, wygladal starzej niz Bartosz Rojewski. Byl jakis taki “zniszczony”. Bartosz mial o wiele lepsza cere i wlosy. Nic dziwnego. Od kiedy u ojca wykryto raka, matka zaczela przygotowywac dla rodziny wylacznie zdrowe posilki, a Bartosz stolowal sie prawie wylacznie w domu. Ojcu zdrowa dieta przedluzyla zapewne zycie, a synowi zapewnila dobre zdrowie i wyglad. Nadto Bartosz stronil od uzywek. Z alkoholu zrezygnowal niemal calkowicie po tym, jak w wieku lat pietnastu zalal sie w trupa na imprezie, a nastepie zostal pobity. Papierosow nie tykal, bo ojciec palil duzo i mu je obrzydzil. Za narkotyki sie nie bral.
Ale Bartosz tylko wygladem wygrywal ze swoim bratem. Cala reszta Bartlomiej bil go na glowe. Wyksztalcenie, dobra pozycja zawodowa. Zona, dziecko. Piekny dom. To wszystko dostalo sie jednemu bratu, Rowniez matka. Ja Bartosz tez w koncu zobaczyl podczas obserwacji, jakie prowadzil w okolicach domu brata. Rozpoznal matke bez problemu. Nie byli do niej za bardzo podobni, ale miala w twarzy cos, co oni obaj, takie zaciecie, grymas gniewu. Po wygladzie nie moglaby sie wyprzec zadnego z synow. A jednak to zrobila. Dlaczego zostawila Bartosza, a zabrala Bartlomieja? Czy da sie odpowiedziec na takie pytanie? Bartosz czul sie porzucony i to podwojnie, bo dla blizniaczego brata ta kobieta znalazla miejsce w swoim sercu i zyciu. Wychowala go, wyksztalcila. Oddala cala milosc i uwage, ktora miala byc dla nich obu. Wszystko przypadlo Barlomiejowi. Widac, ze nie szczedzila uwagi i pieniedzy na synalka. Dzis to wyksztalcowy czlowiek na stanowisku, ma rodzine i ma matke, ktora go regularnie odwiedza. Z zawiscia obserwowal ich na spacerkach, mamuska z synusiem, synowa i wnusiem, wspaniala cholerna rodzinka. Jakies klotnie tam miedzy nimi wybuchaly, to tez zauwazyl, ale zapewne szybko gasly, na pewno wszyscy bardzo sie kochali, a braciszek zawsze mogl liczyc na wsparcie rodzicielki. Bartosza zalewaly zal i nienawisc, gdy widzial takie ich rodzinne scenki. Z niejaka satysfakcja odnotowal, ze mamuska nie jest krysztalowa. Raz i drugi przyuwazyl, jak popija ze sprytnie ukrytej piersiowki i to na spacerkach z wnukiem! No coz, nikt nie jest doskonaly. Bartosz wybaczylby matce to popijanie, gdyby zechcialaby byc jego mama. Bo coz ta jego adopcyjna? Kura domowa, niby madra i wyksztalcona, a wybrala zycie “kaplanki domowego ogniska”. Kaplanka, dobre sobie. Sluzaca. I to darmowa sluzaca, bo ojciec, wielki professor uniwersytetu, kokosow nie zarabial. Co to za ojciec, ktory jednemu synowi nie zapewnil zadnej przyszlosci. Do dzis Bartosz musi kisic sie z matka w jednym mieszkaniu, majatku specjalnego tez po sobie nie zostawil, a ta niebieska Toyota, ktora niby po nim odziedziczyl byla juz stara, gdy ojciec ja kupowal. I tym rzechem musi sie on teraz tluc w poszukiwaniu jakiejs pracy, ale ostatnio spedzajac wiekszosc czasu na obserwowaniu kochanej, nowo odkrytej rodzinki. Mamuska moze i wypic lubila ale przy tej jego adopcyjnej wygladala jak krolowa. Elegancka, ladnie ubrana, czesto spedzala cale godziny w salonie kosmetycznym. Tak, taka matka moglby sie pochwalic, nie ta jego szara gosposia. Bartek szczerze nienawidzil brata i rodzicielki, a adopcyjna matka gardzil. Obwinial, ze przez nia i przez adopcyjnego ojca jest taki, bez zawodu, bez konkretnego wyksztalcenia, bez drugiej polowki, bez pieniedzy. A ten cholerny Bartlomiej ma wszystko. Malo mu rodziny, to jeszcze kochanke ma i to jaka ladna! Batrosz przyuwazyl, ze samotnie odwiedza drobna brunetke na Gramotach. Brunetka mieszkala sama i on ja sam odwiedzal, wiec pewnie romans kwitl w najlepze. Czasem wychodzili na spacer, tacy bliscy sobie, po oczach bila silna wiez ich laczaca. Ze sie ten caly Bartus nie bal, ze go zona przyuwazy. Pewnie zdziwilaby sie, ze kochanka jest taka do niej podobna, ten sam typ urody, niemal jak siostra. Ale Ilona, zona Bartlomieja miala teraz wieksze zmartwienia niz mezowskie romanse. To Bartosz tez wiedzial. Ze bratanek jest bardzo, smiertelnie chory. Nie czul satysfakcji, ze cos w koncu w zyciu znienawidzonego brata poszlo nie tak. To przeciez dziecko, niczemu niewinne. Zastanawial sie tylko, czy Bartlomiej ucieka w romans, zeby oderwac sie od domowych zmartwien. I po co mu to? Po co to tej pieknej samotnej kobiecie? Przeciez on nie zostawi dla niej rodziny, chorego syna. Moglaby sobie ulozyc zycie z kims innym. Na przyklad z drugim Bartkiem. Wyglada tak samo, nawet lepiej niz kochanek. I Bartosz czul, ze dla tej pieknej dziewczyny moglby sie zmienic. Znalezc prace, wydoroslec… Takie uczucia budzila w nim ta piekna drobna brunetka. Bartosz w wyobrazni widzial ich razem, mgliscie rysowala sie mu wizja dwoch rodzin: jego z ta kobieta i Bartlomieja. Jeszcze wszystko moglo tak pieknie sie ulozyc. Ale nie, tamta czekala na nieczeste wizyty kochanka i najwyrazniej to jej wystarczalo do szczescia. Czy wystarczalo Bartlomiejowi? Bartosza znowu zaczela zalewac nienawisc i rosla chec do zrealizowania planu odebrania bratu choc tej jednej radosci. Postanowil zniszczyc romans Bartlomieja. A to mogl zrobic zabierajac mu kochanke. Szybko doszedl do wniosku , ze zabrac ja moze tylko w sensie doslownym. To, ze zabije piekna brunetke zaplanowal najpierw. Plan wrobienia brata powstal pozniej, ale tak silnie sie wyklarowal, ze Bartosz wiedzial, ze nie ma juz odwrotu, musi go zrealizowac. I tak sie stalo. Tak dobrze mu poszlo. Wszytko punkt po punkcie sie spelnilo. Bartosz byl dumny z siebie. Tylko, ze dni mijaly, emocje sie uspokoily, a on czul, ze dla rownowagi musi zrealizowac jeszcze jeden zyciowy plan.
Komentarze (1)
A polskie znaki to gdzie? Poszły się narąbać jabolem pod groszek? I do tego jeszcze ta kategoria. Tak ciężko przeczytać, że to dotyczy tylko i wyłącznie prac konkursowych? A może autorka jest z tych śmieszno-mundrych, co wtórny alfabetyzm uznają za element, którym warto brylować?
Proszę iść przemyśleć swoje zachowanie, do kąta! xd
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania