Brum Butterfly: Zapach Ognia – Rozdział 2: Szlak przez góry (Część 1/2)

Rozdział 2: Szlak przez góry. Część 1

 

Brum i Max wyszli w końcu z dusznego saloonu. Gdy tylko pchnęli wahadłowe drzwi, w zęby uderzył ich sypki kurz, a w nozdrza ugodził smród rozgrzanego drewna i końskiego łajna. Stanęli na trzeszczącym tarasie, mrużąc oczy przed białym, południowym blaskiem. Przed nimi ciągnęło się morze rdzawego piasku i suchych krzaków. Powietrze nad pustynią drżało od upału.

 

Max poprawił pas z mieczem i spojrzał w dal. Potem przeniósł ciężki wzrok na chłopaka.

 

– To w którą stronę ta twoja Angolia? – zapytał krótko.

 

Brum podrapał się po karku, uciekając wzrokiem na bok. Poprawił kapelusz, starając się nie stracić rezonu.

 

– No... Właśnie nie wiem – mruknął.

Max zamarł. Spojrzał na nastolatka, a jego gęste brwi uniosły się wysoko.

 

– Jak to: nie wiesz? – powtórzył powoli, jakby upewniał się, czy dobrze usłyszał.

 

– Myślałem, że ty jako legenda będziesz wiedział – odgryzł się Brum i twardo oparł dłoń na kolbie rewolweru.

 

– To ty tam idziesz, nie ja! – warknął Max, tracąc cierpliwość.

Brum nie dał się zastraszyć. Postąpił krok do przodu i wyszczerzył zęby.

– Już nie ja, staruchu. Teraz my tam idziemy.

 

Drewniana barierka ganku aż zatrzeszczała, gdy Max zacisnął na niej dłoń. Przez długą chwilę stary łowca głów wyglądał tak, jakby żałował każdej sekundy spędzonej z tym szczylem i tego cholernego uścisku dłoni przy stole. W końcu westchnął ciężko, uniósł ramię i wyciągnął palec w stronę horyzontu.

 

Brum spojrzał w tamtym kierunku. Daleko stąd, ledwo widoczne w błękitnej mgle, majaczyły czarne, ostre szczyty.

 

– Widzisz te góry? – rzucił Max. – To idziemy właśnie tam.

– A co tam jest? – zaciekawił się Brum.

 

– Nic oprócz skał i wiatru – burknął starszy kowboj. – Ale tuż za nimi leży pewna mieścina.

 

– Kolejna dziura? A po co tam idziemy? -Zdziwił się chłopak.

Max, wyraźnie zmęczony gradem pytań, odwrócił się na pięcie w stronę stajni.

 

– Nie po co, mały, ale po kogo – rzucił przez ramię. – Żyje tam ktoś, kto jako jedyny na tym zapomnianym pustkowiu może nam pomóc dotrzeć do Angolii.

 

Brum odprowadził go wzrokiem, a na jego twarz wrócił gówniarzerski uśmiech. Poprawił pas z rewolwerami, które na moment cicho zasyczały, wydzielając zapach siarki. Broń reagowała na jego emocje.

 

– No to na co czekamy? Idziemy! – zawołał i ruszył w ślad za nim.

 

Max zatrzymał się gwałtownie i zgromił go wzrokiem.

 

– Nie tak szybko, narwańcze – uciął, kładąc dłoń na rękojeści miecza. – Najpierw zbierzemy zapasy. Pustynia i te szczyty nie wybaczają błędów. Zresztą zobacz, zaraz będzie ciemno.

 

Brum uniósł wzrok. Niebo powoli barwiło się purpurą nadchodzącego zmierzchu, a chłód nocy zaczynał już podwiewać pod płaszcze.

 

– Wyruszamy o świcie – zarządził stanowczo Max. – A teraz rusz tyłek. Spakuj mięso i napełnij bukłaki.

 

Brum skinął głową i poszedł w stronę sklepu ogólnego. Kiedy upchnął w torbach pęta słonego, suszonego mięsa i napełnił skórzane bukłaki wodą, wrócił do saloonu. Max zdążył już wynająć dla nich skromny, duszny pokój na piętrze, w którym śmierdziało starą naftaliną.

 

Nad osadą zapadła noc. Brum z rosnącym zaniepokojeniem obserwował przez okno zachowanie miejscowych. Ludzie w milczeniu ryglowali drzwi ciężkimi belkami, gasili lampy i w pośpiechu zabijali okna deskami. Po piaszczystych uliczkach niósł się tylko głuchy stukot młotków i zgrzyt żelaza. Całe miasteczko odcinało się od świata, jakby z nadejściem ciemności na trakt miało wyjść samo piekło.

 

Chłopak podszedł bliżej i wyjrzał przez wąską szparę w okiennicy.

 

– Bywałem w różnych dziurach –

odezwał się cicho Brum, nie odrywając oczu od pustej drogi. – Ale żeby aż tak barykadować się na noc? Pierwszy raz widzę coś takiego.

 

Max siedział na skraju łóżka i miarowo czyścił skórzane paski do butów. W dusznej izbie pachniało dziegciem i tłuszczem. Starszy kowboj na moment uniósł wzrok.

 

– I właśnie dlatego tu przyszedłem – mruknął.

 

Brum drgnął i odwrócił się mocno.

– Jak to?

 

Max odłożył rzemienie, oparł dłonie na kolanach i spojrzał mu prosto w oczy. W blasku dopalającej się świecy jego zacięta twarz wyglądała jak wykuta z kamienia.

 

-Kiedy gaśnie ostatnie światło, w tym miasteczku zaczyna się polowanie.

 

– Polowanie? – Brum poczuł, jak skóra cierpnie mu na karku.

 

– Co noc, gdy księżyc staje w zenicie, na trakt wychodzi mara. Nadchodzi bezszelestnie z lodowatym wiatrem i za każdym razem zabiera kogoś ze sobą. Nikt nie wie dokąd. Ani dlaczego.

 

Chłopak prychnął szorstko, próbując ukryć strach pod gówniarzerskim sceptycyzmem.

 

– Chyba nie wierzysz w duchy, staruchu? – rzucił z krzywym uśmiechem. – To pewnie bujdy, żeby dzieciaki nie włóczyły się po nocy.

 

Max nie mrugnął okiem. W jego spojrzeniu nie było ani krzty rozbawienia. Patrzył na chłopaka z tak surową powagą, że uśmiech Bruma momentalnie zgasł, a w ustach znów pojawił się gorzki posmak.

 

– Bujdy? – powtórzył cicho Max. – Nazywasz to bujdami, a sam nosisz przy pasie przeklęty ogień? Gówno jeszcze w życiu widziałeś, mały. Zjawy, Czarni Jeźdźcy, Zjadacz Pustyni... To nie są bajki. One krążą w ciemności, polują i karmią się strachem takich jak ty.

 

Brum poczuł, jak gardło mu się zaciska. Chłód na plecach zmienił się w twardy ciężar, który utrudniał oddychanie. Przełknął ślinę, a cała pewność siebie wyparowała z niego w sekundę. Szukał na zaoranym obliczu Maxa choćby śladu kpiny.

 

– Żartujesz sobie... – mruknął pod nosem, a jego głos po raz pierwszy zauważalnie zadrżał.

 

– Nie, mały. Nie żartuję – Max zniżył głos do szeptu. – Nie widziałem Jeźdźców ani Zjadacza, ale Zjawy Pustyni znam aż nadto dobrze. I uwierz mi, nie chcesz spotkać żadnej z nich na swojej drodze.

 

Mam tylko nadzieję, że to, co krąży wokół saloonu, to nie jest jedna z nich.

Max urwał. Słowa zamarły mu na ustach.

 

W pokoju z momentalnie zrobiło się lodowato. Płomień dopalającej się świecy skurczył się, a knot pokrył się białym szronem. Z ust obu kowbojów buchnęły gęste kłęby pary. Fala mrozu uderzyła w nich tak momentalnie, jakby drewniane ściany nagle wyparowały. Szyby w oknach zatrzeszczały – szkło zaczęło pokrywać się lodowymi, ostrymi runami. Brum otworzył usta, ale nie zdołał wydusić słowa. Z jego gardła uleciała tylko gęsta, biała smuga. Przerażony, przeniósł wzrok na towarzysza.

 

Max już działał. Zerwał się z łóżka i jednym twardym ruchem zapiął pas na biodrach.

 

– Na nas kolej, mały – rzucił krótko, a jego oczy niebezpiecznie błysnęły.

 

– Jak to: na nas? – wykrztusił Brum, dygocząc z zimna.

 

Wokół dłoni Maxa z głośnym szumem zawirował ostry, bolesny wiatr, odganiając mróz. Brum, choć serce waliło mu jak szalone, posłuchał instynktu starszego kowboja. Zacisnął zmarznięte palce na runicznych rękojeściach rewolwerów.

 

Poczucie strachu natychmiast zmieszało się z ciepłem broni. Metalowa klamra pasa rozbłysła krwistym żarem, a w powietrzu uniósł się zapach siarki, przynosząc chłopakowi chwilę ulgi.

 

Wypadli z pokoju. Zbiegli po trzeszczących schodach i pchnęli wahadłowe drzwi.

 

Gdy stanęli na tarasie, ulica była nie do poznania. Drogę spowijała gęsta, biała mgła, która pełzała po ziemi niczym żywa istota. Wokół śmierdziało ozonem i zamarzającą wilgocią. W absolutnej, głębokiej ciszy obaj kowboje słyszeli tylko bicie własnych serc.

 

Zeszli na środek piaszczystego traktu, bacznie rozglądając się wokół. Kilkanaście kroków przed nimi lodowaty opar zaczął gęstnieć i wirować. W samym środku białego tumanu powoli formował się zarys nieludzkiej postaci.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania