Poprzednie częściCień Areny - AKT I, rozdział 1.

Cień Areny - AKT I, rozdział 4.

Rozdział 4

Minął tydzień.

Lwów upadł w piątkowy poranek. Telewizje pokazywały jeszcze dymiące ruiny katedry św. Jura, rozdarte na pół trolejbusy i żołnierzy z nieoznaczonymi naszywkami stawiających blokady na obrzeżach miasta. Kilka godzin później Rosjanie wkroczyli do południowo-wschodnich dzielnic miasta z zadziwiającą łatwością. Trasa była już otwarta—teraz każdy wiedział, że kolejnym celem może być granica z Polską.

Powszechna mobilizacja ogłoszona została w nocy z soboty na niedzielę. Decyzja Prezydenta i Sztabu Generalnego została odczytana w radiu i telewizji z powagą, jakiej nie słyszano od dziesięcioleci.

„W związku z realnym zagrożeniem dla integralności terytorialnej Rzeczypospolitej Polskiej, zarządzam mobilizację powszechną. Wzywa się wszystkich zdolnych do służby obywateli do stawiennictwa w jednostkach wskazanych przez lokalne komisje wojskowe…”

W miasteczku zawrzało. Urzędy zaczęły pracować w trybie alarmowym. W parku, pod sklepami, w kolejkach na poczcie—wszędzie rozmawiano o jednym.

— Syn koleżanki już dostał wezwanie — opowiadała starsza kobieta przy warzywniaku.

— Z czego niby będą ich szkolić? Na czym? Mają pewnie kilka tygodni i rzucą dzieciaki pod czołgi? — denerwował się mężczyzna w kolejce po benzynę.

Kościół zapełnił się w niedzielę bardziej niż zwykle. Ludzie modlili się cicho, bez uniesień.

W wiadomościach pokazano kolumny wojsk NATO przejeżdżające przez kraj —amerykańskie transportery i wyrzutnie, niemieckie Leopardy i masa innego sprzętu. Lotniska zaczęto zabezpieczać, a niebo patrolowały samoloty F-16.

— Zacieśniamy współpracę w ramach wspólnego frontu obronnego — mówił w mediach rzecznik MON. — Jesteśmy częścią struktur NATO i nie jesteśmy sami.

Nie zmieniało to faktu, że wielu młodych ludzi z miasteczka szykowało się, by opuścić domy.

W oczach mieszkańców było coś więcej niż strach. To był cień nieuchronności — coś, co wcześniej wydawało się zawsze gdzieś daleko, teraz stało przed progiem.

Z powodu rosnących braków kadrowych i konieczności zabezpieczenia zaplecza frontu, Ministerstwo Obrony ogłosiło również nabór do korpusów pomocniczych. Ochotnicy mogli zgłaszać się do służby w jednostkach sanitarnych, transportowych, logistycznych i porządkowych. Szczególne zapotrzebowanie dotyczyło osób z przeszkoleniem medycznym, kierowców oraz pracowników technicznych. W szkołach i na uczelniach pojawiły się specjalne plakaty zachęcające do „czynnego udziału w obronie ojczyzny — również bez broni w ręku”. Dla wielu młodych ludzi, w tym dla Michała, była to forma działania, która łączyła potrzebę pomocy z poczuciem sensu w nadchodzącym chaosie.

Szkoła była już tylko cieniem samej siebie. Korytarze, które jeszcze miesiąc temu wypełniał gwar, teraz rozbrzmiewały głównie stukotem butów nauczycieli i pojedynczych uczniów, którzy z jakiegoś powodu jeszcze przychodzili — z przyzwyczajenia, obowiązku, albo żeby spotkać znajomych przed tym, co nieuchronne. Niektórzy zupełnie przestali przychodzić. Plotki mówiły, że część wyjechała z rodzinami na zachód, do Niemiec, Holandii, czasem dalej, do krewnych w Kanadzie.

Oceny wystawiono wcześniej niż zwykle, na polecenie kuratorium, które zaleciło szkołom przygotowanie się na ewakuację części placówek z terenów potencjalnie zagrożonych. Oficjalnie nie padło ani jedno słowo o wojnie, ale wszyscy wiedzieli, co to znaczy.

Ci, którzy zostali, mieli swoje powody. Jedni szykowali się do służby — w wojsku lub korpusach pomocniczych — ślęczeli nad regulaminami, pakowali plecaki, ćwiczyli na własną rękę. Inni przesiadywali w domach z rodzinami, jakby próbowali zatrzymać czas. Jeszcze inni spoglądali na wszystko z dystansem — jakby to wszystko działo się gdzieś obok, jakby nadal była to tylko medialna bańka.

Michał stał przy grobie dziadka, opierając się o betonowy mur okalający cmentarz, którego powierzchnia zaczęła już pękać od słońca. Cmentarz był pusty i cichy, jakby czas zwolnił tu bardziej niż gdziekolwiek indziej. Ciepły czerwcowy wiatr poruszał trawą i sztandarem wetkniętym w jedną z mogił wojennych. Czuł, że coś się kończy, ale jeszcze nie wiedział, co zaczyna się w zamian. Położył nowy znicz, odgarnął suchą gałązkę spod tabliczki i westchnął. Czuł, że musi tu być—zanim ruszy dalej, zanim wszystko się zmieni.

Po drugiej stronie alei, przy pomniku Obrońców Ojczyzny, stał ktoś w ciemnej marynarce, z rękami splecionymi z tyłu. Michał poznał go od razu — Jerzy Skalski, jego dawny nauczyciel historii z podstawówki. Broda już prawie całkiem siwa, postawa prosta jak zawsze.

— Dzień dobry, panie profesorze — odezwał się do nauczyciela.

Skalski odwrócił się powoli, jakby wybudzony z głębokiej zadumy.

— Michał… Radecki, prawda? Pamiętam cię. — Uśmiechnął się podchodząc do niego — Twój dziadek był porządnym człowiekiem. Często o nim wspominałeś w wypracowaniach.

— Tak, był… — Michał spuścił wzrok. — Przyszedłem się pożegnać.

— Ruszasz? — zapytał Skalski, choć nie musiał.

Chłopak skinął głową.

— Nie wiesz jeszcze, co cię tam spotka — powiedział nauczyciel spokojnie. — Ale to normalne. Wojna nie ma wzoru. Każde pokolenie myśli, że jej nie będzie. A potem przychodzi, jak świt: zimna, nieuchronna, cicha przez chwilę — zanim wszystko się zawali.

Michał milczał.

— Powiem ci jedno — ciągnął Skalski. — Odwaga to nie to samo co brak strachu. Prawdziwa odwaga to decyzja, by iść dalej, mimo że boisz się jak cholera.

— Co z nami będzie? Z naszym krajem? — zapytał Michał nagle. — Ma pan jakąkolwiek nadzieję?

Skalski uśmiechnął się gorzko.

— Nadzieja to luksus tych, którzy nic nie stracili. Ale wiara… Wiara w ludzi — tę warto mieć. Bo jeśli nie ty, Michał, jeśli nie twoi przyjaciele, to kto?

Zamilkli. Nad pomnikiem przeleciały ptaki. Michał skinął głową raz jeszcze — bardziej sobie niż rozmówcy — i odszedł w stronę wyjścia. W głowie miał słowa Skalskiego. I cichy, dźwięczny głos dziadka: "Zawsze patrz przed siebie. Ale wiedz, po co tam idziesz."

W domu panowała cisza. Tylko dźwięk gotującej się wody i szum pralki dobiegający z łazienki przypominały, że świat jeszcze się kręci. Michał wszedł do przedpokoju, zdjął buty i przeszedł do kuchni, gdzie matka siedziała przy stole z kubkiem herbaty.

— Wróciłeś. — Jej głos był chłodny, jak zwykle.

Skinął głową.

— I jak z ocenami? — zapytała beznamiętnie, nie odrywając wzroku od ekranu telefonu.

— Zdałem — odpowiedział krótko.

— Tyle? — Spojrzała na niego kątem oka. — Spodziewałam się więcej.

— Były dobre — rzucił, zerkając na zgaszony ekran telewizora. — Niewiele brakowało do czerwonego paska.

— Dawid zawsze miał pasek — westchnęła, bardziej do siebie niż do niego.

Michał nic nie odpowiedział. Odwrócił się i ruszył w stronę swojego pokoju. Wiedział, że ta rozmowa już się skończyła. Zresztą, nigdy tak naprawdę się nie zaczęła.

Wszedł do pokoju i wyciągnął się na łóżku ze słownikiem rosyjskiego. Dziadek zawsze powtarzał, że język wroga trzeba znać. Ojciec, że i tak wszyscy wylądują na robocie w Niemczech. A matka, że każdy powinien znać angielski. Michał do nauki języków miał pasję i dzięki temu porozumiewał się dobrze w każdym z tych języków: rosyjskim, niemieckim i angielskim. Teraz mogły mu się przydać, zwłaszcza ten pierwszy.

Telefon zadzwonił późnym popołudniem, gdy Michał leżał na łóżku, wpatrując się w sufit i słuchając swoich ulubionych kawałków muzycznych. Ekran zaświecił znajomym imieniem — Kuba. Odebrał bez słowa przywitania.

— Radi, ognisko dziś wieczorem. U mnie, nad stawem. Jak za dawnych lat.

— Ognisko? — zapytał cicho Michał.

— Takie pożegnalne, wiesz? — głos Kuby był spokojniejszy niż zwykle, ale w tle słychać było gwar przygotowań. — Może ostatnia taka szansa, żebyśmy byli wszyscy. Cała ekipa. Przychodzisz, nie?

Michał przez chwilę milczał.

— Kto będzie?

— Ja, Marcin, Sandra, Natalia i Ania. Tylko Wiktor już wyjechał. Po cichu, z rodzicami. Mówił, że się jeszcze odezwie, ale sam nie wierzę, że zdąży.

Michał przymknął oczy. Ognisko. Coś, co jeszcze niedawno było symbolem beztroski, teraz miało smak pożegnania.

— Będę — powiedział w końcu.

— Wiedziałem, że nie zawiedziesz.

Telefon się rozłączył, a Michał przez chwilę siedział w ciszy, trzymając aparat w dłoni. W głowie wybrzmiewało jeszcze wypowiedziane przez Kubę imię: „Sandra...”

Poczuł znajome ukłucie gdzieś głęboko w środku — ledwie zauważalne, ale nie do zignorowania. Coś pomiędzy niepokojem a ekscytacją. Miał okazję kilka razy w życiu powiedzieć jej „cześć”. Ostatni raz może miesiąc temu, a mimo to jej imię wciąż miało moc wybijania go z równowagi.

Sandra.

To wystarczyło, żeby spojrzał w lustro inaczej — jakby sprawdzając, czy nie wygląda na zbyt zmęczonego. Jakby chciał się upewnić, że nadal jest sobą, zanim znów stanie przed nią.

Nad stawem zapadał ciepły, majowy zmierzch, kiedy Michał dotarł na miejsce. Wiatr ledwie poruszał trawą, a dym z ogniska wznosił się wąską smugą ku niebu. Byli już wszyscy. Kuba siedział na rozłożonym kocu i opowiadał coś z przesadną gestykulacją, wywołując śmiech u Natalii i Ani. Marcin stroił gitarę, mrucząc coś pod nosem. Sandra siedziała nieco z boku, patrząc w taflę stawu, gdzie dogasały ostatnie refleksy słońca.

Michał przywitał się z resztą grupy. Zrobił to cicho, niemal niezauważalnie. Uśmiechnął się delikatnie do każdego, przybił piątkę z Kubą, skinął głową Marcinowi, wymienił szybkie „hej” z Natalią i Anią. Sandra spojrzała na niego z zaciekawieniem, jakby pierwszy raz naprawdę go dostrzegała.

Wymienił kilka zdań z chłopakami, ale nie rozsiadł się z nimi przy ognisku. Coś go ciągnęło na bok — może szum trzcin, może potrzeba chwili samotności. Odchodząc w stronę stawu, miał nadzieję, że nikt za nim nie pójdzie.

Usiadł na lekko wilgotnym brzegu, opierając ręce za plecami i wpatrując się w spokojną, ciemniejącą wodę. W oddali słychać było śmiechy przyjaciół, strzelanie ognia i brzęk butelki uderzającej o kamień. I wtedy usłyszał ciche kroki.

— Też tu uciekasz? — zapytał znajomy głos. Ciepły, miękki, spokojny.

Obrócił się powoli. Sandra.

— Chyba... — mruknął. — Potrzebowałem chwili ciszy.

Usiadła obok, nie pytając o pozwolenie, ale z jakimś naturalnym taktem, jakby wyczuła, że dokładnie tego mu teraz trzeba — obecności, ale nie presji.

— Ja też — powiedziała po chwili. — Lubię ludzi, ale czasem jest ich za dużo.

Nie odpowiedział od razu. Wpatrywał się w jej profil oświetlony ogniem, w oczy, które naprawdę patrzyły. Nie przelotnie. Nie oceniająco. Po prostu patrzyły.

— Jaki masz plan — zapytała w końcu — Zostajesz? Wyjeżdżasz?

— Pewnie pójdę — powiedział cicho. — Nie wiem, co z tego wyjdzie, ale… nie potrafię stać z boku.

Sandra skinęła głową.

— Ja też się zgłosiłam. Do korpusu sanitarnego. Chcę być tam, gdzie będę potrzebna. Może to głupie, ale… nie umiem inaczej.

Zamilkli. Przez chwilę słychać było tylko trzask drewna i nawoływania reszty grupy z oddali.

— Nie boisz się? — zapytał niepewnie.

— A ty? — odpowiedziała.

Bał się. Jak jasna cholera. Ale nie zamierzał o tym mówić. Milczał.

— Jeśli coś cię przeraża, to właśnie tam musisz pójść. — powiedziała po chwili — Tylko wtedy naprawdę żyjesz.

— Czyje to słowa? — zapytał. Myślał, że zacytowała właśnie jakiegoś filozofa.

— Moje. — odpowiedziała z uśmiechem. Takim, jakiego nigdy u niej nie widział.

Poczuł lekkie zawstydzenie i odwrócił wzrok.

— Ale nie o tym mieliśmy mówić, prawda? — odezwała się z energią w głosie. — Wystarczy tych poważnych tematów. W sumie… chyba nigdy nie rozmawialiśmy dłużej niż trzy sekundy.

— Rzeczywiście. Na długość powitania. — zaśmiał się krótko.

— Możemy to zmienić. Opowiedz coś ciekawego. O sobie.

— A jest coś do opowiadania? — rzucił z przekąsem, zerkając na wodę odbijającą światło ogniska.

— Każdy ma w sobie jakąś historię — odpowiedziała. — Ty wyglądasz, jakbyś miał ich z tuzin. Ale ukrytych.

— Może. — Michał spojrzał na nią kątem oka. — A ty? Masz jedną z tych historii, które wszyscy znają. Lubią cię. Wszędzie cię pełno.

— Czasem mam dość tej wersji siebie, wiesz? — powiedziała cicho. — Tej silnej, wiecznie ogarniętej. Czasem chciałabym po prostu… nie musieć być tą, na którą wszyscy patrzą.

— Ale dobrze ci to wychodzi — odparł, szczerze.

Uśmiechnęła się do niego — ciepło, ale z cieniem smutku.

— A ty? Czujesz się czasem niewidzialny?

Michał spojrzał na nią poważnie.

— Cały czas.

Zamilkli znowu, ale tym razem cisza była inna — miękka, nie krępująca.

— Dziękuję — powiedziała po chwili. — Że mnie nie zagadujesz o głupoty. Że nie próbujesz być kimś, kim nie jesteś.

— Może dlatego, że nie wiem jeszcze, kim jestem. — pomyślał.

Sandra wyciągnęła rękę i musnęła go lekko palcami po ramieniu.

— Tylko nie mów nikomu, że tak sobie z tobą szczerze pogadałam. Zepsujesz mi reputację.

Szczerze go to rozbawiło. Od tego momentu rozmowa się rozkręciła, dopóki z ogniska nie rozległy się nawoływania — „Hej! Sandra! Michał! Chodźcie, bo Kuba już zaczyna śpiewać!” Odeszli znad stawu powoli. Sandra jeszcze raz spojrzała na Michała.

— Fajnie się gadało, Michał. Dzięki.

Skinął jej głową z lekkim uśmiechem.

W jego sercu rozlało się ciepło, którego nie czuł od bardzo dawna.

Wrócili i usiedli wszyscy razem. Marcin grał coś na gitarze — prostą melodię z czasów dzieciństwa — a Kuba, jak zawsze, próbował przegadać Natalię, która raz za razem sprowadzała go na ziemię. Śmiali się, przekomarzali, a czasami milczeli w ciszy, która nie bolała.

W pewnym momencie to Sandra, z zaskakującą powagą, zaproponowała:

— Słuchajcie… jakkolwiek się to wszystko potoczy… obiecajmy sobie coś. Że będziemy o sobie pamiętać. Zawsze. Nawet jak się rozdzielimy.

Wszyscy skinęli głowami. Nikt nie musiał nic dodawać.

Michał tylko spojrzał w ogień i pomyślał, że jeśli to ma być ostatni wieczór dzieciństwa — to przynajmniej był piękny.

Następnego ranka świat zdawał się być zamglony i cichy, jakby nie do końca obudzony. Michał siedział w swoim pokoju w półmroku, plecak już spakowany, buty ustawione równo przy łóżku. Każdy ruch był wyciszony, uważny. Nie chciał nikogo budzić. Nie dlatego, że się bał. Po prostu nie chciał się żegnać. Nie umiałby.

Za oknem gęsta, poranna mgła rozmywała kształty ogrodu, domu sąsiadów, nawet własnego odbicia w szybie. Czy za kilka dni będzie pamiętał ten widok?

W plecaku miał tylko najpotrzebniejsze rzeczy: ubrania, trochę jedzenia, dokumenty, scyzoryk po dziadku i zdjęcie Dawida — jedyne, które zabrał z domu. Mały portret w skórzanym etui, lekko nadpalony na rogu, który nosił ze sobą od pogrzebu.

Wcześniej już zdecydował — stawi się nazajutrz w punkcie przyjęć do korpusu pomocniczego zgłaszającego się do obrony Warszawy. Nie mówił o tym nikomu. Nie chciał protestów, pytań, łez.

Spojrzał jeszcze raz na pusty pokój. Biurko, półka z książkami, łóżko, które jeszcze pachniało snem. Był pewien, że to ostatni raz, gdy widzi to wszystko tak… zwyczajne. Tak spokojne.

Zszedł po cichu na dół. Przechodząc przez kuchnię, zauważył matkę śpiąca na kanapie w pokoju gościnnym. Najwyraźniej zasnęła przed telewizorem. Przez chwilę zatrzymał się w progu, przyglądając się jej zmęczonej twarzy, śladom łez zaschniętym na policzku.

Chciał podejść. Chciał ją pocałować w czoło i szepnąć, że wszystko będzie dobrze. Ale nie umiał.

Chwilę później, kiedy mgła jeszcze nie opadła, wyszedł z domu i ruszył w stronę stacji kolejowej.

Sam. Bez pożegnań. Bez odwracania się.

Miał osiemnaście lat. W oczach—zbyt wiele pytań. W sercu—cichy bunt i pragnienie, którego nie umiał nazwać.

Ale wiedział jedno: nie wraca już do starego życia. I nie zamierza się cofać.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania