Poprzednie częściHrabia Ghuli [1]

Hrabia Ghuli [2]

"Tyran zachowuje głowę tak długo, jak uciskany lud własnej głowy nie podnosi."

 

~ Karuk z klanu Druzy, krasnolud, rewolucjonista

 

***

 

Tron znajdujący się na zamku był wydobyty z litego słupa gagatu, pochwyconego gdzieś w podziemnych czeluściach starożytnych kopalni. Kiedyś symbol władzy świecił się miriadami ametystów, czarnych diamentów i inszych klejnotów, dziś jednak przypominał zbezczeszczony przez barbarzyńców modlitewny obelisk. Był wciąż jednak duży, potężnej masy, groźnego konturu. W istocie, rozmiarami przewyższał nawet swego właściciela, Kutrub bowiem musiał stawiać na tronie skromne krzesełko nieśmiało rzeźbione w skolopendry, i dopiero tak dosiadać królewskiego atrybutu.

 

Nie tylko rozmiarami pan na zamku zdawał się nie przystawać do swego domostwa, popielny kolor skóry odcinał się od wszędobylskiego mroku bolesnym kontrastem, ciche słowa zawsze podkute zmęczeniem, nie współgrały z szumem much czy kawalkadą dźwięków wiecznie rozszczekanych ghuli.

 

Te ostatnie, z daleka zwęszywszy swąd żywego ciała, harcowały wyjątkowo żwawo. Pod rozległymi kratownicami sali tronowej szło ujrzeć taplające się w swej ciemnej kloace bestie, skaczące jedne przez drugie, skrobiące szponami, kłapiące kłami, błyskające nienawistnymi, rozżarzonymi jak spalany węgiel ślepiami. Jazgot padlinożerców nie mogących strzymać popędów podnosił się coraz bardziej, zagłuszył nawet kotłujące się na licznych bezgłowych posągach li zżartych rdzą zbrojach muchy.

 

Co rusz jakiś chwacki buhaj zdoławszy doskoczyć kratownicy, wyzierał spomiędzy prętów. Czy to łoskotał gnącymi mu łapska szponami, czy też wył rozdziawiając nieproporcjonalnie małą łepetynę. Sceneria przywodziła na myśl jakowyś ogród. Sad przez upadłe anioły doglądany, gdzie kwiaty na nasieniu czartów rosną a owoce miąższ mają z plwociny demonów. W grządkach wychylały się te okropne, rozpoławiające się nietoperzowe łby ghuli. Tworzyły rabatki wachlujących pazurzysk, za silniejszymi łomotaniami po kracie krzesiły się skry, nikłe a chorobliwie blade, udające niewinne pyłki.

 

Stwory nocy z chwili na chwilę przekraczały kolejne granice kakofonii, zgrzytały siekaczami zakleszczając swe rozpruwające własne łby paszcze na prętach, ujadały przeciągle odczyniając bójki między sobą. Wnet Kutrub uniósł swą wielką dłoń a rękaw czarnej szaty osunął się z nikłym szelestem.

 

- Cisza - rozkazał spokojnym tonem.

 

Jak powiedział, tak się stało. Błyskawicznie, bez ociągania a tym bardziej szemrania, zamarły w bezruchu bandy uwięzionych w kojcach ghuli, zastygły szwadrony much. W samą porę, oto wrota na końcu sali zostały uchylone skrzypiąc cierpiętniczo. Pierw do środka wszedł słaniający się na nogach Ehoa. Kurczowo trzymając się wrót, golem odczłapał w bok pozwalając wejść gościom.

 

Było ich trzech, wszyscy mężczyźni z rasy elfów wysokich. Dwóch zbrojnych, zakutych od stóp do głów samurajów z obnażonymi katanami, przezornie ozdobionymi modlitewnymi kartkami u jelców. Ponurzy ci panowie, kryjący swe pewnikiem zastraszone twarze pod silącymi się na groźne grymasy maskami od hełmów, sztywnym krokiem podążali za wyjątkowo niskim elfem. Swym chlebodawcom z rady miejskiej.

 

Zmarszczone czoło, cera nasycona kolorem miodu i złote kolczyki dodające ostrości i tak przecież spiczastym uszom. Ubiór na kosmopolityczną modłę, zielony frak dopasowany do nefrytowych włosów i pludry ze złotogłowia grzybowym kapeluszem wiszące nad pastowanymi, jeździeckimi butami. By dodać sobie wzrostu ponad grube obcasy, trzymał nad uczesaną głową pochodnię co zuchwale roztrącała ciemność.

 

Kutrub skrzywił się czując ogarniającą jego wątpia pogardę dla tej zadufanej rasy co sama siebie określa wysoką. Pogarda zwinnie przeszła w gniew, kiedy to żaden z elfów nie padł na kolana, nie ukłonił się czy choćby nie jął błagać o przebaczenie za mącenie miru.

 

- Nachodzisz mnie w mym domostwie nieproszony, a do tego pod bronią. Czy twa bezczelność ma jakieś granice, Aknullot? A może powoduje tobą głupota, owych granic pozbawiona? - zapytał głosem choć dudniącym, to ospałym.

 

Złożywszy głowę na prawej dłoni wbił martwe ślepia niemal zapadające się w głąb oczodołów, wprost w radcę. Ku zdziwieniu Kutruba, elf nie struchlał od ciężaru jego wzroku. Wręcz przeciwnie, radca Aknullot ozwał się żywo, z niemile widzianą werwą. Lecz co najważniejsze, bez zachowania zasad etykiety co przyprawiało pana na zamku o zrezygnowany opad powiek.

 

- Kutrub! Złamałeś układ! Twoje kundle już trzeci miesiąc łażą gdzie chcą, bezczeszczą nie tylko żalniki ale i kaplice! Zachodzą nawet pod Perkalgard i... i zjadają żywych. To nie do przyjęcia!

 

Popielna istota wystawiła wprzódy wolną rękę, obserwowała chwilę jak wpadające do sali lunarne światło jest łapczywie wypijane przez aksamitny materiał. W końcu, Kutrub przemówił. Niby powoli, być może flegmatycznie nawet, jakby zmuszając się do każdego słowa. Zdecydowanie jednak, nie znajdował żadnej uciechy w dialogu.

 

- Co te krzyki mają niby znaczyć? Twój ojciec nie tak cię wychował, Aknullocie. Pewnie byłby zawstydzony żeś taki wulgarny podczas odwiedzin u suwerena. Może każę wygrzebać go z grobu i zapytam starego Sotnulota osobiście?

 

- Mój staruszek nie ma tu już nic do gadania! On może się przed tobą płaszczył kiedy łamałeś zasady ale... ale ja nie będę bezczynnie siedział kiedy umierają obywatele mojego miasta! - rozkrzyczał się elf ubiegając Kutruba który już rozwarł paszczę by dalej drwić ze zmarłych.

 

Głęboki, gardłowy warkot rozbrzmiał spod kratownic. Złowrogi, zgrzytliwy bzyk opadł z powały. Garbiący się koło wrót Ehoa zarzęził chrzęstliwie, całkiem zlękniony. Dwór wyczuwał rosnący gniew swego władcy.

 

- Nie zapominaj, śmiertelna istoto, kto twym przodkom użyczał... kundli, jak to obelżywie nazwałeś mych poddanych. Pamiętaj dzięki komu twój sztandar, ród o umysłach więdnących z pokolenia na pokolenie, dorwał się do władzy.

 

Jakby pod wpływem zaduszającego zdrowy rozsądek narkotyku, Aknullot nie zląkł się. Katany w rękach samurajów zachybotały, wymienili oni rozlatane spojrzenia zza masek, pod którymi robiło nieznośnie duszno od wrzących oddechów. Radca miejski kontynuował, ku przerażeniu przybocznych i na pożywkę stalowo zimnej złości Kutruba.

 

- Cyrograf brzmiał jasno. Moja rodzina dostaje władzę i złoto, ty i twoja wataha macie cmentarze i przesyłki z kostnic li więzień. A do tego możesz żerować na wszystkich wsiach szogunatu! Czyżbyś zapomniał że Perkalgard miał być nietykalny?

 

Cienkie jak grafitowe kreseczki w szkicowniku obłąkanego portrecisty, wargi rozchyliły się ukazując ściśnięte niczym niewolnicy w podpokładach jakowejś plugawej fleuty, wilcze kły. Głos pożeracza zmarłych wciąż udawał spokój, czynił to jednak z wyraźniejszymi błędami, przesączającymi się między sylabami, truciznami emocji

 

- Nie pasuje ci ten układ? Cóż mogę rzec... było się nie bratać z siłami nieczystymi. Czy jak to wy, bogobojni śmiertelni tam się straszycie, z wampirami. Nikt twoim antenatom nie kazał podpisywać paktu, a już na pewno nie krwią. Pamiętam doskonale, prapradziad ochoczo a jakże gorliwie, samookaleczył się by w żyle móc brodzić piórem. Skąpiec, zaprawdę. Atrament nie był w tamtych czasach jakiś bardzo drogi. Ponadto, nie ma dla mnie rzeczy nietykalnych. Ponad i to... przeszłości nie zmienisz Aknullot. Ja pan, ty sługa.

 

- Przeszłość już minęła, Kutrub. Teraz jest inaczej, teraz pokazujesz iż nie jesteś w stanie panować nad tą plagą! Zastanawiam się, kto tu naprawdę jest tym panem, upiór od dziesięcioleci tkwiący w letargu, czy hasające samopas kundle? Rozkazuję ci, jako dziedzic sztandaru Anbayk, na mocy tego przeklętego po tysiąckroć cyrografu, zajmij się swoim bajzlem... do kurwy nędzy!

 

Aknullot dyszał jak po podtapianiu, włosy opadały na boki jego twarzy w nieładzie a zmęczona trzymaniem żagwi ręka oklapła. Pot perlił się na czole, wargi drżały, z wolna, tempem nieboszczyka, radca uświadamiał sobie wagę swych słów.

 

Pan na zamku zdjął podłużną głowę z pajęczej dłoni i zaraz potem, zniknął.

 

Mętna smuga rozwianych szat podążyła zygzakiem odpowiednim dla rozjuszonej żmii, rozcinając zatęchłe powietrze ogłuszającym łopotem. Wirującym lotem tworząc optyczna iluzję czegoś na kształt meduzy tkniętej paroksyzmami szału, wylądowała grobowa smuga z hukiem płacht ubioru i łupnięciem roztrzaskanej w kalejdoskop posadzki.

 

Popielata istota stanęła tuż za jednym z samurajów, górowała nad wojem mimo jego wielkiego hełmu obwieszonego ceremonialnymi rogami li kitami. Katana upadła z brzdękiem, łkanie wypełzło spod niewzruszenie rozgrymaszonej maski. Dłoń Kutruba wybijała z piersi elfa, cała karmazynowa od lejącej się posoki. Okolona wyrwanymi w pogięte paski blachami pancerza, wyglądała jak serce kwiatu.

 

Kutrub wyrwał rękę ze zbrojnego a ten osunął się bez życia. Swe puste niczym trumna ożywieńca oczy, zwrócił ku drugiemu samurajowi. Ten bez wątpliwości oszalawszy, uniósł miecz do rozpaczliwego sieknięcia. Długa, owadzia w swej makabrycznej rachityczności, kończyna świsnęła po skosie. Klinga katany rozleciała się w więcej opiłków niż drzazg a w ślad za nimi podążyły bujające się, zwichrowane bez litości ręce elfa. Gdzieś przez kraty, w doły z ghulami wpadł solidny kawał wyrwany z szyi szpicouchego.

 

Zalewając się jaskrawą juchą, zatoczył się poza stabilny grunt posadzki. Z chwilą stuknięcia pancernym butem o pręty krat, objęły go kostropate łapska. Wciągnęły nogi gruchocząc je, wbijając zbroję aż do kości. Sięgnęły połamanych rąk, wpiły się w przyciskany do kratownicy korpus, zakleszczyły ghule swe głowopaszcze na czerepie konającego. Trwało to chwilę, bo i więcej padlinożercy nie potrzebowali by, wciąż posłuszni rozkazowi ciszy, rozpruć elfa na ćwierci, na garmażeryjne pomyje i wciągnąć, wchłonąć go w mroczne przedsionki swych kojców.

 

Kutrub odgarnął na kratownicę pierwsze truchło by jeszcze raz podziwiać rzeźnicką maestrię swych poddanych. Nagle, niby przypomniawszy sobie że oto został jeszcze trzeci przeklęty skośnooki, szpicouchy elf, sięgnął do szyi Aknullota. Radca zajęczał chrapliwie, wypuścił pochodnię a ta wraz zgasła. Dym jaki uniósł się od sczerniałej żagwi był niczym w porównaniu z warkoczami oparu jaki jął wydobywać się spod zaciśniętej niczym obroża, dłoni Kutruba.

 

Uniósł elfa wysoko, wwiercił się weń spojrzeniem opitego krwią albatrosa zamierzającego podręczyć świeżo wyklutego żółwika przez pożarciem. Trwał tak dłuższą chwilę, rozkoszował się migoczącym życiem w zapłakanych oczach elfa, aż nie przemówił. Tym razem głos miał wzburzony, gorący od gniewu a oburzenia.

 

- Grozisz mi? W mym własnym domostwie? Bezczelne, zaprawdę, bezgranicznie głupie. - Chwyt na gardle elfa wzmocnił się, zapiekł nową okrutnością a swąd palonego mięsa powodował torsje. - Byłem tu, tysiące lat temu. Widziałem jak pierwsze elfy szlachtują plemiona ogrów ledwo wylądowawszy swymi łupinami, szumnie zwanymi okrętami. To ja odbierałem od watażków owych ogrów daniny za błogosławieństwa, kiedy to szli mordować centaurów. Jam był tym, który pił krew półkoni wczas poddańczych rytuałów u zenitu ich cywilizacji. Byłem tu, od zawsze. Pamiętam lata kiedy inne księżyce ganiały się po firmamencie, kiedy starsze Słońce paliło wody świata. Znane mi są czasy, kiedy żadne ze stworzeń jakie znacie nie było jeszcze myślami w umysłach waszych bogów. Byłem tu, kiedy nawet oni nie istnieli! - Hałastra ghuli rozszczekała się, muchy jęły szaleć nisko w powietrzu. Wilcze kły błysnęły jak katowski topór. - Przeżyłem tyle królestw, ile gwiazd jest nocą! Odebrałem tyle hołdów, ile jest ziaren piasku na pustyni! Pożarłem tyle żywotów, ile kropel w Oceanie! Tylu martwym odebrałem prawo do spoczynku, ile uderzeń serca świat już stoi! - Huk bijącej jak skrzydła szaty rozgonił insekty po kątach. Wylewający się z potwora, żrący gniew samą barwą głosu zastraszył, zapędził w nory ghule. - Jestem wieczny, elfie, jestem, byłem i będę. Ja, Kutrub, Nawlekacz, Krwiopijca, Trupojad! Nieśmiertelny li przedwieczny, niepokonany li pradawny! Pan na Zamku Hongweur Zachrd, Hrabia Ghuli!

 

Z wrzaskiem ostatnich słów, rzucił Aknullota na jedną z kratownic. Wokół wlot zakwitły łby padlinożerców, lecz nie ruszyły radcy. Pieniące się parującą krwią, splugawione martwicą piętno zacieśniające się wisielczym strykiem na jego szyi mogło mieć tu coś do rzeczy.

 

Mimo iż opadł z sił a łzy i ból mąciły mu mowę, Aknullot zdołał się odezwać.

 

- Nic nie jest wieczne. Nawet bogowie o których mówiłeś. Kiedy śmiertelnicy przestają w nich wierzyć, ci odchodzą. A któż jeszcze wierzy w ciebie, Kutrub?

 

Hrabia wywalił kolczasty ozór niby w dziecinnej drwinie, i zlizał ze swego trupiego lica krew zabitych.

 

- Jestem ponad bogami, nie potrzebuję waszych kłamliwych modłów. Dla mnie to wy jesteście pożywieniem.

 

- Jesteś stary Kutrub... najstarszy, ha! Mumia z ciebie, kiedym tu był ostatnio wyglądałeś lepiej. Cóż to? Zgniłe mięso nie służy? A może za słabo gnaty żujesz? W stawach jeszcze nie strzyka? Nie bój się, za niedługo zacznie. To kłamstwo, wszystko kłamstwo. Nie ma rzeczy nietykalnych.

 

Głos nagle uwiązł Aknullotowi w zmaltretowanej gardzieli. Nie wypowiedział już ani jednego zrozumiałego słowa, zacharczał jego, zaskrzeczał żałośnie. Hrabia Ghuli zmarszczył haczykowaty nos, cień rozbawienia przemknął po jego popielatym licu. Skwitował próby mowy w wykonaniu napiętnowanego krótko:

 

- Ehoa, wyprowadź to ścierwo za mur, niechaj wraca do swej wstrętnej sadyby i niech liże rany. I obyś przez blizny pamiętał, kto jest kim. Ja panem, reszta niewolnikami.

 

Po czym odwrócił się i kontynuował oblizywanie. Obnażywszy prawicę ze zmoczonej czerwienią szaty, owinął ją szczelnie ozorem. Cierniowate kolce zachrzęściły na popielnej skórze, suchej jak kreda naniesiona w demonicznym sigilu na chropowaty kamień lochu. Smak świeżej juchy zagryzł Kutruba w paszczy, żrący tuman zawirował mu pod sklepieniem podłużnej czaszki. Dawno, bardzo dawno, nie kosztował żywych. Pożałował od razu że strącił zamordowanych ghulom na pożarcie, samemu nabrał ochoty na napinające się mięśnie, trzepoczące serca, nadymane płuca...

 

Wystawiwszy jęzor aż do przegubu dłoni, zauważył coś dziwnego. Zaprawdę niezwykle niepasującego, do absolutnie niczego. Otóż, mały palec prawicy leżał położony po grzbiecie owej dłoni, zgarbiony, zmięty wskazywał kierunek zupełnie odwrotny od tego właściwego.

 

Nie przypominał odnóża pajęczaka, lecz konar krzaku uwięzionego w pustynnej kanikule. Marszcząc noc, chwycił wpół wyłamanego palca i szarpnął nim do przodu. Mokre chrupnięcie odbiło się echem po zamuszonych ścianach sali tronowej. Gdzieś za plecami Kutruba zaświszczał dławiący się własnym, zniszczonym gardłem Aknullot.

 

Hrabia Ghuli bez słowa znikł, a czyniąc to, zdał się północną marą.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania