Poprzednie częściHrabia Ghuli [1]

Hrabia Ghuli [5]

"I obyś synu mój... nie. Ja zaklinam cię! Abyś naszemu mistrzowi,

Hrabiemu naszych żyć i losów, służył właściwie.

On bowiem naszym panem, my zaś sługami."

 

~ Sotnulot spod sztandaru Anbaynk, elf wysoki, radca Perkalgardu

 

***

 

Ellefae wzniósł zesztywniałą prawicę nad głowę. Szeregi obsiadłych mur łuczników uprzedziło jego rozkaz napinając nerwowo cięciwy. Zawiał wietrzyk, niosący odór zgnilizny nadciągającej fali trupojadów. Z wysokości baszty elf czuł unoszący się, gorący opar aż nazbyt dobrze.

 

- Ładuj piszczały! Cel góra! Wal żywo! - wykrzyczał opuszczając rękę.

 

Przymknął lekko oczy, zacisnął zęby. Wizg chmary wypuszczanych świerkowych gwizdków, był nieprzyjemny nawet dla istot rozumnych. A co dopiero dla ghuli. Niebo rozświergotało się nawałą rozpruwających je strzał. Dźwięk ten był dziwny, ni to wyrwany z piersi ptaka klekot, ni wykradzione z gardła rozłożonej na marach syreny rzężenie. Jakiś obeznany w bestiach tego świata uczony, z pewnością wlot określiłby owy jazgot jako godowy zaśpiew potworów zwanych welesnylami.

 

Choć na ziemiach Dwukrólestwa próżno było szukać takowych stworzeń, głęboko ukryte w plugawych cielskach ghuli antyczne jeszcze instynkty, od razu dały o sobie znać. Lawina wytraciła pęd, zawyła setkami gardeł, zaskowyczała obmierźle. Ledwo dosięgłszy właściwych falochronów z zasieków na przedpolu, sztorm uspokoił się niby ten zdzielony kijem bezpański kundel.

 

Strzały z piszczałkami szybko zakończyły swój lot znikając w półmrokach nocy, ghule jednak nie od razu rzuciły się do ataku. Kotłowały się jeszcze chwilę w swej morskiej masie, niepewne czy to miraż czy prawda je zdezorientowała. Zapewne pierwsze wici swędu welesnylowego zaczynały już przesączać się przez wrota, wzmagając niepokój śród zwierząt.

 

Dało to wystarczająco czasu, by łucznicy dobrze przycelowawszy, oddali potężną salwę a ustawione na basztach balisty huknęły swymi wielkimi oszczepami. Ghule na powrót się rozjuszyły a bramy miasta zostały otwarte im na powitanie.

 

Okropne cienie padły na mury, krzywe, chybotliwe i skwiercząco tłuste. Duszony płomieniami pisk kilkunastu ognistych wieprzy wdzierał się nawet pod spoiwa cegieł. Furkoczący baon wleciał w szeregi ghuli, dzieląc się szczodrze obejmującym je ogniem. Żarem buchnęła zarosła fosa, pochodniami stały się zasieki. Nic to, trupojady ogłupiały ze szczętem.

 

Pierw wizg, później łuki i balisty, fascynujący widok a zapach żywej pieczeni li coraz to bardziej przejmujący odór welesnyla.

 

Za świniami wyszli z miasta zbrojni Hetmana. Ludzie, elfy wysokie, ogry leśne, orkowie, nawet kilku psiogłowców, wulwerów o futrach do cierpkości nosów nasączonych wyciągiem alchemicznym. A w awangardzie owej menażerii, na tyłach oddziału ogniowego, galopował sam Hetman. Lśnił selenitem, czernią swej zbroi. W diademie wyglądał niczym baśniowy książę upiorów, Król Olch dosiadający jednorożca okutanego w kolczugę i z odciętym rogiem zastąpionym jaśniejącą szablą z selenitu.

 

Hetman zakrzyknął coś, słowa jego jednak utonęły w nieboskim harmidrze. Najemnicy jednak zrozumieli rozkaz, unieśli broń i wpadli w szamoczącą się kipiel padlinożerców by rąbać a ciąć. Szpony zbijały miecze, młoty wybijały kły. Bryzgi ludzkiej krwi przypominały proporce, pękające brzuchy ghuli pełne padliny były niczym koszmarne mozaiki. Ryczeli orkowie siekając jak opętani, jazgotały kwieciste paszcze wżynając się w przerwy na zbrojach jak piły rozpoławiające pień drzewa.

 

Już w pierwszym uderzeniu, zuchwałość i brawura zgubiły z tuzin najmitów. Ktoś stracił głowę, ktoś został stratowany, inny oberwał zbyt zamaszystym ciosem partyzany wymierzonym oryginalnie w ghula. Hetman jednak nie wydawał kolejnych rozkazów, samemu zatracił się bez krzty rozsądku w grząskim trzęsawisku szponów i kłów. Na swym jednorożcu przypominał jakowegoś wielorybnika, co płynąc przez wiry pozornie na oślep ciska harpunami w błyskające pod wodną pianą ślepia Krakena.

 

Wierzchowiec co rusz stawał dęba, walił kopytami niekończącą się powódź trupojadów. Miecz zataczał szerokie kręgi odcinając ozory czy ćwiartując pasma głów. Blask kryształów selenitu był zimny, okrutny. Im więcej zgniłego szkarłatu przeleżałej, zmętnionej trawieniem juchy wylewało się z obrzydliwych bestii, tym widmowa biel księżycowych kamieni zdawała się czystsza, potężniejsza.

 

Rozcapierzone łapska wreszcie dosięgnęły pod kolczugę. Złapały za koński zad, utrafiły w najobfitsze sploty mięśni. Jednorożec zawalił się pod Hetmanem, w strugach krwi okręt szalonego wielorybnika oddał się na pastwę pazurzastych grzywaczy o spiralnych pyskach.

 

Kilku pancernych widząc upadek wodza, jak spadając z siodła ułamuje selenitową szablę ze łba konia, rzuciło się na ratunek nie zważając na swoje bezpieczeństwo. Daremny był ich wysiłek, mrowie ghuli przykryło jednorożca, wypatroszyło go w mgnieniu oka.

 

Hetman nie przepadł jednak. Powstał o własnych siłach rąbiąc mieczem a szablą z siłą wielką niby wchłonął witalną energię poległego ogiera. Diadem łypał lodowatymi refleksami, ostrza zostawiały za sobą malowane smugi. A zza szmelcowanych blach hełmu wydobywał się frenetyczny chichot. Z każdym zabitym ghulem jakby bardziej oderwany od ciała a hipotetycznego ducha Hetmana.

 

***

 

Wtem, powietrze przeszył wibrujący skrzek echem wzmocniony, w uszy godzący niby szerszenia żądło. Zaraz za tym, podniosły się ochrypłe gardłowania osłupiałych ze strachu obrońców.

 

- Demon! Trwoga!

 

- Wiwern! Śmierć!

 

- Biada nam!

 

Nad Perkalgard bowiem nadleciał ogromny nietoperz, potwór nie zwierz. Skrzydłami jak rozwianymi końskimi kropierzami, załopotał tak silnie, że aż cięciwy w łukach zadrżały niby struny kontrabasu. Z hukiem wylądował na murze w polana roznosząc krenelaż i spychając na twarde, brukowane podmurze li kilka dachów, gro obrońców.

 

Zarzucił łbem, zaskrzeczał ponownie. Napiął kłąb zarosły strzępami malachitowego futra, w półksiężyce zagiął kościste skrzydła. Przeraził najbliżej stojących łuczników śmiertelnym szkarłatem ślepi, kłapnął karmazynowym pyskiem o równie krwistych kłach i po owych elfach ostały się oderwane od korpusów członki.

 

Widzący to wszystko z wysokości baszty, Ellefae zagotował się pierwotnym gniewem. Wszystko zaplanowane, wyliczone co do jednej strzały i płonącego wieprza. A tutaj szyki mu przetrzebia dzika karta ubabrana w guanie.

 

Porywając zapasowy łuk z pobliskiej skrzyni, wypuścił w poczwarę trójkę strzał w krótkich odstępach. Nietoperz zamachnął się skrzydłem i odbił pociski bez trudu. Elf zagryzł zęby, odrzucił łuk do skrzyni i zatrzasnął przyłbicę salady.

 

- Trzymać pozycje! Strącać tych co wspinają się po murze! Później osłaniać naszych! Podajcie rozkazy dalej! - poinstruował sterczących w przerażeniu milicjantów i zeskoczył z baszty na mur.

 

Padł zwinnie niby kot, przeturlał się w biegu dobywając katany. Stanął wyprostowany, zwarty i gotowy, ze skroniami rozsadzanymi przez gniew. Blachy półzbroi zbrukał o strzępy jelit i kałuże juchy gęsto zalegające na murze. Ujął rękojeść miecza obiema dłońmi, pewnym krokiem ruszył na potwora.

 

Nietoperz szalał, okręcając się na parapecie niby kura na grzędzie. Ot tak, wyczyścił cały odcinek muru. Trzepotał skrzydłami napinając mięśnie niby w prześmiewczym pokazie. Drwił z tkwiących na basztach łuczników wyciągając wysoko łeb i prężąc szyję o pulsującej tętnicy. Zbliżył się właśnie do onego bastionu, gdzie spanikowani strażnicy bezskutecznie próbowali przekręcić olbrzymi ciężar balisty by ustrzelić potwora. Szpony wielkie jak lance, świsnęły nad niskimi blankami baszty i rozdarły elfów.

 

Monstrum powstało na przypominające żelazne pręty nogi i jęło przygotowywać się do lotu. Ellefae jednak już był przy nim. Wślizgnął się pod baldachim skrzydeł i wyprowadził pchnięte prosto we włochaty kołtun między pachwinami.

 

Gigantyczny gacek wyskoczył w powietrze jak oparzony. Machnął skrzydłami jeno raz, przekoziołkował z powrotem obok rozbitego przez siebie krenelażu i rozglądając się owładniętymi szaleństwem oczyma, zobaczył nacierającego nań najemnika.

 

Wrzasnął trzepocząc uszami, sieknął łapskiem od dołu, ułamując ceglane zręby z muru. Ellefae zanurkował pod szponami ślizgając się o krwawy ochłap będący doniedawna czyjąś wątrobą. Dostrzegając że druga łapa wyrywa się do ataku, uprzedził jął tnąc po przedramieniu. Żylaste ciało rozstąpiło się uprzejmie pod hardym ostrzem katany.

 

Ku zaskoczeniu Ellefae, z ran nie wylała się krew jeno zniekształcający powietrze, buzujący gaz przyprawiający o mdłości. Opar buchnął wprost na najemnika a ten zatoczył się czyniąc desperacką zastawę kataną. Nietoperz nie zwlekał, wyciągnął paszczę do przodu i kłapnął nią niby ten bocian uśmiercający najsłabsze pisklę z gniazda.

 

Czerwone kły chwyciły jednak ino za podbródek przyłbicy. Otumaniając elfa, nietoperz zerwał mu z czerepu hełm i myśląc zapewne iż pochwycił całego najmitę, uderzył nim o parapet sprasowując saladę w dekiel.

 

Ellefae krwawiąc ze szram po zerwanych rzemieniach spróbował zadać kolejny cios. Tym razem nie udało się. Nietoperz złapał ostrze katany w szpony, zgrzytnął o nie i przełamał niemal przy samym jelcu. Szrapnel zniszczonej klingi jakimś przeklętym, magicznym sposobem wbił się w najsłabsze elementy półzbroi i okolił twarz elfa dodając mu nowych blizn. Najemnik padł na wznak, mrok roztoczył mu się przed oczyma, ból rozpętał burzę pod skórą.

 

Nad sobą zobaczył rozdziawiającą się paszczę gacka, krwista czerwień objęła całe jego pole widzenia, wrzące nitki śliny spadły na jego lico wżerając się w rany pospołu z metalowymi drzazgami. W myślach, Ellefae zmówił modlitwę do Bogini Matki.

 

- Co tu się kurwa dzieje!? - zaskrzeczał dobrze mu znany krokodyl na dwóch nogach.

 

Łeb nietoperza cofnął się gwałtownie gdy szpic halabardy wbił się w jego czoło. Jaszczurat zaparł się łapami a ogonem i stękając wyrwał broń o mało co jej nie tracąc. Nie spuszczając wzroku z bestii, pomógł wstać elfowi.

 

- Wracaj na posterunek Szisza! To rozkaz! - fuknął Ellefae.

 

- Pod ogon mogę sobie taki rozkaz włożyć! - wysyczał jaszczur. - To ja ci tu w sukurs przychodzę a ty mnie odsyłasz!? Goblin twoja mać, Elle! Bierz mój kord i razem na mendę!

 

Elf uczynił zgodnie z sugestią i z towarzyszem u boku naparli na zarzucającego łbem stwora. Ten mimo dziury we łbie świszczącej od ulatniającego się gazu i ran na przedramieniu li kroczu sypiących się w proch, oprzytomniał na tyle by kontynuować walkę.

 

Drobił krzeszącymi ceglany pył łapskami to raz wycofując się, to wypadając do przodu. Z ograniczonej przestrzeni muru czynił doskonały użytek w pełni osłaniając się płachtami skrzydeł czy miotając w najemników roztrzaskanym krenelażem. Ci dzielnie nie ustawali w ofensywie. Halabarda i kord działały w harmonii, jak dwóch tancerzy w walcu, jak dwie marionetki w jednej dłoni kuglarza. Elf kaleczył łapska nietoperza, ten się kuląc obrywał toporowym ostrzem halabardy. Sprężysta powierzchnia skrzydeł wzburzana była potężnymi rąbnięciami nadziaku po drugiej stronie halabardy, wyginając się do środka ukazywała małe szczeliny w obronie, które kord wykorzystywał bezlitośnie.

 

- Ghule wdarły się na zachodni mur, ale już się ich pozbyliśmy. Hetman tańcuje se z nimi ładnie, kurwa, zasieki się dwa razy większe zrobiły, tyle tych trupów ścierwojadów! Chyba... o ja pierdole, moja pikawa... chyba wygrywany! - raportował Szisza.

 

Ellefae chciał zgryźliwie odpowiedzieć jaszczuratowi, jednak nie zdążył. Głowica halabardy zatopiła się w paszczy nietoperza grzechocząc po kłach, rozcięła policzki, werznęła się głęboko dyslokując żuchwę. Iskra rozbawienia zapełgała we ślepiach potwora. Wraz z szarpnięciem łba bestii, Szisza wydarł się i poleciał na dachy zabudowy jak wystrzelony z procy.

 

Nim elf w pełni pojął co się stało, drzewce halabardy zdzieliły go w czerep. Upadł w drgawkach, krew buchnęła mu z nosa. I znów leżał na wznak a przez zaszklone oczy widział jak nietoperz wypluwa broń za mur, jak rozsadzana przez ulatniający się gaz paszczęka kłapie furiacko. Zaciśnięte w gruzłowata pięść łapsko opadło na kirys Ellefae, zbroja pękła jak skarabeusz w szczypcach skorpiona. Elf wysoki zajęczał, zacharczał czując niemal każde złamanie na żebrach.

 

Horrorowy gacek wyprężył się, szczęka zabujała się jak zerwany łańcuch u szyi wściekłego wyżła. W tryumfie przeszkodził mu nagły świst powracającej halabardy. Broń przeszyła jego pierś na wylot wypruwając kości li wnętrzności. Ognisty szkarłat pyska przysłoniły kłęby falującego oparu.

 

- Prze... klęte elfy... - wyrzęziło monstrum z wielkim trudem.

 

Nietoperz jął szarzeć, spopielać się i zapadać w samego siebie. Wyrzuty gazu roztłukły go od środka w mgnieniu oka, pozostawiając jego kilka kłaków malachitowego futra zagrzebanych w kopczyku pogrzebowych prochów.

 

Ellefae nie chcąc dać się zasypać w popiele zezwłoku, znalazł w sobie siły by odczołgać się i spojrzeć za zniszczone blanki. Uśmiechnął się szeroko mimo bólu trawiącego mu twarz.

 

Na przedpolu dogasały wieprze a fosa ledwo już dymiła. Ghuli było więcej rozćwiartowanych niż szamoczących się jeszcze wśród trupów. Jego towarzysze broni pospołu ze strażnikami przeczesywali już pobojowisko dobijając padlinożerców i pomagając rannym.

 

Hetman stał przy zasiekach uginających się od ciał ghuli. Głowę miał zadartą na mury a Ellefae czuł na sobie selenitowy wzrok swego herszta. Chciał zasalutować po elficku ale przypomniało mu się że upuścił miecz. Wobec tego uśmiechnął się jeszcze szerzej.

 

***

 

Aknullota znaleźli w jego gabinecie na najwyższym piętrze pięknej posiadłości sztandaru Anbaynk w sercu miasta. Siedział zatopiony w hebanowych fotelu za okutym złotem biurkiem, cichy a posępny. Jak mędrzec w wieży z kości słoniowej, eremita pogrążony w modlitwie gdzieś na dnie mrocznej jaskini. Wśród regałów uginających się od ksiąg i zwojów, zakurzonych bibelotów z wszelakich kryształów i kilku popiersi zacnych przodków, wyglądał okropnie.

 

Trochę jego zielonych włosów leżało na perłowym przycisku do papieru, kilka kudłów zwisało z kandelabru u kasetonowego sufitu. Mózg przemielony w ścierwową papkę oblepiał haftowane w mitologiczne sceny zasłony, łupiny rozniesionej czaszki tkwiły w boazerii ścian. Dwie śluzaste smugi jakie były zapewne oczyma, przecinały zalany krwią frak znakiem krzyżyka. Jakby jakaś żartobliwa moc zostawiła ten symbol by odhaczyć Aknullota ze swej listy indywiduów do uboju.

 

W kącie, pod wypchanym lwem na marmurowym postumencie, kulił się sekretarz nieodżałowanego radcy. Trząsł się jak osika i śmierdział odchodami nie mniej niż trup swego chlebodawcy.

 

Hetman przykląkł nad nim łomocząc zbroją. Szisza splunął i gładząc się po obandażowanym łbie zaczął oględziny denata. Sekretarz wybełkotał coś kompletnie niezrozumiałego.

 

- Co tu się stało? - spytał Hetman żelaznym głosem.

 

Elf wystawił drżącą dłoń ku bezgłowemu Aknullotowi.

 

- Wy-wy-wybuchła! Gło-o-owa mu wybuchła! Bogini Matko ra-ra-ratuj! - wyjąkał i zacisnął powieki tak mocno jak potrafił.

 

- Czary. Dam sobie ogon odciąć - wymruczał Szisza.

 

- Bardzoś spostrzegawczy - rzucił Hetman wstając.

 

Rozejrzał się po pomieszczeniu, niby wiedząc czego szuka. Nagle zaklekotał pancerzem wyrzucając rękę w powietrze, zacisnął dłoń ze chrzęstem metalu. Przystawił pięść do hełmu i wysyczał:

 

- Powiedz Hrabiemu, żeby nakrył do stołu. Będzie miał bowiem gości.

 

Zaskoczony jaszczur odwrócił się do Hetmana z pytającym wyrazem paszczy. Rycerz jednak nie zaszczycił go wyjaśnieniem, roztarł coś w dłoniach i wyrzucił na podłogę po czym wyszedł z gabinetu.

 

Kiedy tylko przekroczył próg, Szisza przypadł do podłogi zaaferowany. Nie znalazł nic ciekawego, może prócz muszych skrzydełek.

Następne częściHrabia Ghuli [6]

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania