Introspekcyjne - rozpoznawanie własnego głosu II

Nie wiem, od czego by zacząć. Zacznę więc od tego, że łeb rozjebany. Za każdym razem, jak próbuję do tego podejść myślami, to okazuje się, że myśli będą mniej lub bardziej oderwane. Mogą krążyć dookoła, ale nigdy nie są w stanie bezpośrednio uchwycić istotny, sedna, esencji, tego, co faktycznie w tym wszystkim ważne. Może to jakiś sposób, żeby umysł nie musiał się konfrontować z przeżyciem albo zwyczajnie tego przeżycia doświadczyć, a jednocześnie, jak krąży dookoła emocji, uczuć, reakcji, może od razu poddać je interpretacji, ocenie, a nawet wyrobić sobie jakieś stanowisko, co z pozoru wygląda, jakby emocjonalny problem został rozwiązany. Rzadko jednak okazuje się to rozwiązaniem, które potrafi realnie coś w człowieku zmienić. Teraz, to już nawet nie wiem, czy jakakolwiek zmiana jest możliwa i w zasadzie, to wolę myśleć, że nic nie wiem, niewiele rozumiem, jest tylko reakcja, jakieś odczucie i tyle, niż mieć konkretną myśl, która będzie stanowić rozwiązanie problemu.

 

Już w ogóle problematyczne okazuje się nazwanie tego, co jest głęboko w człowieku osadzone. Chodzi mi o to miejsce na wysokości mostka, w którym rozgrywa się prywatny, egzystencjalny świat człowieka i tamto miejsce nosi w sobie najbardziej realny obraz własnego ja. I przez realność nie mówię, że jest on jakoś szczególnie adekwatny. Przez realność mam namyśli pewną, emocjonalną i fizyczną bliskość, którą człowiek wykształcił pomiędzy tym wyobrażeniem na temat samego siebie, a swoim ciałem i emocjami. Jest to miejsce dość głęboko osadzone, pewnego rodzaju źródło tożsamości, jej podstawowy budulec, wszelkie przeświadczenia na swój temat. I jest tam tyle rzeczy, że nie wiem, jak to nazwać. Psychologia mówi, że to jaźń, ale do mnie ta nazwa nie przemawia. Nie przemawiają do mnie słowa takie, jak osobowość, psyche i tak dalej. Całe to nazewnictwo, nawet, jeśli sensowne, logiczne, a nawet faktycznie odzwierciedla to, co żywe w człowieku i przejawia się w funkcjonowaniu psychicznym człowieka, dla mnie jest obce emocjonalnie. A przez tą obcość słowo jest tylko słowem, zabawką rękach intelektu, sprytnym sposobem, żeby coś powiedzieć lub opisać, a jednocześnie ani trochę tego nie przeżyć lub doświadczyć. A wtedy wszystko, co powiem, to tylko wiedza, a nie mądrość, bo mądrość jest empiryczna i moja potrzeba empiryzmu jest na tyle silna, że sam muszę nie tylko wymyślić czasem koło, ale nadać mu własną nazwę, byle tylko poczuć relację emocjonalną z nazwą, bo wtedy ona jest moja i koło jest moje, a przez to, że są moje, nie tylko rozumiem, ale też czuję to, o czym mówię, a to pozwala mi głębiej rozumieć.

 

Mógłbym sobie wymyślić jakąś nazwę, ale czy na tym etapie to coś zmienia? Jest i tak sporo rzeczy, którym mogę się przyjrzeć. Rzeczy, które tam właśnie mają swoje miejsce. I czasem to frustruje, nie to, że się przyglądam, raczej to, że są pewne elementy, które wciąż pozostają niezmienne. Dlatego ciągłe pytanie, jak mogę to zmienić, lepiej, żebym odsunął na bok. Również dlatego, że nie wiem, czy to faktycznie dobre pytanie. Tym bardziej, że od dłuższego czasu wkrada się już spore zmęczenie, za zmęczeniem idzie frustracja, za frustracją bezsilność, za bezsilnością poczucie braku sprawczości, a to znowu powoduje taką cichą złość, agresję, chęć, by znaleźć winnego, powiedzieć, to przez to, że mnie całe życie gnoiłeś, teraz tak się czuję. A pod tym wszystkim jest coś więcej - uczucie ciągłego, fizycznego lęku, stresu, napięcie. I właśnie ten lęk i stres są elementami, które najmocniej scalają moje ja psychiczne z ciałem, tworząc w ten sposób najbardziej materialny rodzaj osobowości.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania