Introspekcyjne - rozpoznawanie własnego głosu III
A potem pomyślałem, że jestem zmęczony. Po co miałbym tłumić w sobie złość i agresję. Mógłbym przecież być short temper, zapalać się na krzywe spojrzenia, gnoić i może przestałbym na moment tracić energię na samokontrolę. Ale wtedy byłbym taki jak on. Nienawistny, zły, przyjąłbym wszystko za atak. Wiem przecież, że moje reakcje emocjonalne są nieadekwatne, ale chwilami to już dobija, że człowiek czuje się ciągle jak ten dzieciak, którego ojciec bił i gnoił, a teraz? Gdy widzę, że ktoś jest zdenerwowany, moje ciało jest nie tylko napięte i czujne, ale przygotowane, że zaraz dostanie wpierdol.
Myślę o tym i ściska mnie w żołądku, mdli, oczy robią się łzawe. Teraz jednak nie mogę powiedzieć, bym czuł bezsilność, raczej niemożność. Nie mogę powiedzieć, że jest to bezsilność. Wstaję, robię swoje, ogarniam robotę, realizuję cele, tam, gdzie się boję, konfrontuje się z lękiem, tam, gdzie czuję dyskomfort, wchodzę w rzeczywistość głębiej lub bardziej albo zwyczajnie, chociaż moja psychika staje się krzykiem dziecka, na zewnątrz zachowuję spokój, chociaż nie jestem spokojny, ale nie jest to pozór, raczej opanowanie i moja siła. To już umysł, który nie rozwiązał problemu, ale znalazł rozwiązanie, jak z tym problemem funkcjonować. To ciało, które czuje niepokój, ale nie pozwalam rozpaść się reakcjom na te najbardziej pierwotne, jak poczucie krzywdy, płacz dziecka, myśli, że nie tak powinno to wszystko wyglądać. Pozostaje jednak niemożność, a w tym jest nawet pewna nadzieja. Niemożność zmiany, to niekoniecznie brak możliwości, a wyłącznie brak umiejętności. A te nieustannie rozwijam, może tylko zbyt mocno skupiłem się na tym, co dookoła, pominąłem to, co we mnie, próbowałem udowodnić na zewnątrz, kim jestem, nie rozumiejąc jeszcze, że to, co zewnętrzne nie zmieni tego, jak się czuję głęboko w sobie. Żaden, racjonalny dowód tego nie zmieni, bo może to nie jest kwestią dowodów. Czego zatem? Nie wiem.
Może teraz wcale nie chodzi o to, żeby coś zmieniać, ale wejść w ten stan mocniej, pozwolić mu wybrzmieć od środka, nie szukać żadnej zmiany, ani lekarstwa. Wejść w ten stan, jako w punkt wyjścia, ale nie wychodzić z niego, a iść razem z nim. Nawet nie wiem, co to do końca znaczy, ani jak to wytłumaczyć. Ale pewnie coś w stylu, że przestać na siłę to ukrywać, ale też nie okazywać za specjalnie. Po prostu pozwolić sobie na czucie tego, czego człowiek nie lubi lub nie chce poczuć. Po co? Nie wiem, ale ostatnio to jedyne, sensowne rozwiązanie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania