Poprzednie częściKRES - Rozdział 1

KRES - Rozdział 7

– Gare. – Lara skłoniła się przed wychodzącym jej naprzeciw wartownikiem. – Ferdo – rzuciła do drugiego, gdy wychylił się ze stróżówki, ordynarnie szacując wzrokiem odkryte szczegóły kobiecego ciała. Widocznie, obrzydliwy nawyk tak wszedł mu w krew, że nie zdawał już sobie sprawy z niestosowności swego postępowania. Z całą pewnością, żaden z nich nie był odpowiednią osobą na piastowane stanowisko. Skąd oni ich wzięli? Z łapanki? Zastanawiała się wielokrotnie, mijając bramy Wooley.

 

– Znowu wybieramy się do Castonów?

 

Przez pytanie rzucone z ust Garea, przebrzmiewała drwina. Przewidywała, że tak będzie. Strażnicy doskonale orientowali się w życiu prywatnym bogaczy i nieobce były im szerzące się z prędkością błyskawicy plotki o aranżowanym małżeństwie. Lara postanowiła nie reagować na szyderstwa. Udała, że nie odnotowała kpiny w głosie Garea. Zamiast tego odparła leniwie, niby bez zainteresowania:

 

– Owszem. Jestem umówiona na spotkanie z paniczem Bredo.

 

Wspomnienie starszego z braci, najwyraźniej zbiło z pantałyku mężczyznę, bo opuścił głowę ku rozmówczyni, jak gdyby nie dosłyszał, co powiedziała. Zawarł też gębę z braku składnej myśli do wyartykułowania. Z pomocą przybył mu obserwujący wszystko z ubocza, kolega.

 

– Informowano nas z rana o pani wizycie.

 

Pani wizycie? To już nie panienki? Czyżby jakieś profity z hipotetycznego zamążpójścia? Zakołatało jej w głowie. Nie powiedziała jeszcze sakramentalnego „tak”, a już, na wszelki wypadek zwracano się do niej z pewnym szacunkiem? A przynajmniej robił tak ten podstarzały zboczeniec Ferdo, bo Gare niezmiennie od objęcia posady strażnika, pozostawał dupkiem.

 

– Nie będziemy kłopotać podkomendnych do eskorty – kontynuował tymczasem Ferdo. – Chyba że życzy sobie pani takowej? Możemy nawet podstawić karetę, co by zapewnić nieco ukojenia od dzisiejszej, bądź co bądź, uciążliwej aury.

 

– Nie... Dziękuję – wykrztusiła z siebie nieporadnie, nieprzyzwyczajona, że ktoś w tej okolicy może liczyć się z jej opinią, a do tego zaskoczona zadziwiająco składną wypowiedzią wartownika. – Pójdę pieszo – dodała, aby zakomunikować, iż niezwłocznie zamierza się oddalić.

 

Straż przepuściła ją w bramie rutynowym ruchem krótkich halabard. Nie tracąc czasu, ruszyła ku willi.

 

Tego dnia ponownie włożyła sukienkę. Sama nigdy nie kupiłaby sobie czegoś, co nie ma nogawek, ale matka systematycznie i uparcie wciskała jej jakieś kiecki z nadzieją, że ta kiedyś postanowi nosić się bardziej kobieco. Poniekąd jej upór okazał się przydatny. Tym razem, ze stosu maminych prezentów, wybrała czerwoną sukienkę, nie za długą, bardziej dystyngowaną, ale i nieco zadziorną, wyraźnie podkreślającą atuty kobiecego ciała. Lara doskonale zdawała sobie sprawę z atrakcyjności własnej sylwetki, ale nie chodziło o to, aby tym wyborem komuś się przypodobać. Co to, to nie. Taki krój miał zaznaczyć, że jest odważna. Poza tym nie chciała po prostu robić wrażenia nielotnej intelektualnie, małomiasteczkowej dziewki, która przyodziana w łachmany, daje sobą pomiatać i rozstawiać się po kątach. Być może swoim wycofaniem i niepewnością nie zrobiła najlepszego pierwszego wrażenia, jednak postanowiła sobie, że odtąd musi być twarda, wychodzić naprzeciw trudnościom, a nie kulić się zalękniona niczym mysz pod miotłą. Ostatni krótki wybuch w odniesieniu do ogromu sromotnej porażki, jaka jej się tutaj przytrafiła, był bowiem niczym innym, jak pokazem przykrej bezradności.

 

Zastukała obleśną kołatką, jednocześnie poprawiając elegancką fryzurę, ozdobioną frezeońską wsuwką, cenną pamiątką po babci, osobistym skarbem, normalnie trzymanym głęboko pod podwójnym dnem szafy. Wyprostowała się. Pewnie wypięła piersi, subtelnie wychylając ich skrawki ponad dekolt wykrojony w literę V. Gotowa na konfrontację z Marwą oparła dłoń na biodrze. Czekała. Początkowo nie myślała, by przyjąć zaproszenie Breda. Aż do świtu bliska była rezygnacji, ale przemyślała wszystko kilkukrotnie i uznała, że być może ma przed sobą jedyną szansę na doprowadzenie najważniejszych spraw do końca. Bredo mógł być jej przepustką do Pogranicza. Sęk w tym, że nadal nie podjęła decyzji, jak wiele gotowa będzie mu powiedzieć, aby osiągnąć zamierzony cel. Nie miała też planu.

 

Drzwi otworzyła Amara, co przez ułamek sekundy naruszyło hardą postawę Lary. Dopadło ją idiotyczne wrażenie, że pani domu odczyta jej myśli i przejrzy faktyczny powód odwiedzin. Zaraz jednak wzięła się w garść. Amara nie zauważyła momentu zawahania w wyrazie twarzy dziewczyny. Sama również stała w wejściu oniemiała, z braku słów poruszając dolną szczęką, jakby chyłkiem przeżuwając kawałek suszonego mięsa. Głos niby chciał z niej ujść, ale z braku treści do wyartykułowania, zapodział się gdzieś w głębi krtani.

 

– Dzień dobry – odezwała się Lara, natychmiast zdobywając przewagę nad przeciwnikiem. Dygnęła kurtuazyjnie i uśmiechnęła się szubrawie, aczkolwiek nadal z klasą.

 

Dostrzegła, jak Amara przełyka ślinę. Nieprawdopodobne, ale udało się jej przejąć kontrolę, nie przekraczając nawet progu.

 

– Syn nie przekazał pani, że złożę dziś wizytę? Otrzymałam od niego zaproszenie. – Udała zakłopotanie, pełną napięcia reakcją pani domu.

 

– Nie. Gyles nic mi nie mówił. Nie ma go nawet w domu. – Amara wyglądała na przejętą. Wyraźnie też rodziło się w niej coś, na kształt zaintrygowania, a gdzieś na skraju świadomości nieśmiało budził się ledwo dostrzegalny cień podejrzliwości.

 

– Nie mówię o Gylesie. Zaprosił mnie Bredo.

 

– Bredo? – Kobieta powtórzyła jak echo. Najwyraźniej doznała chwilowego szoku. Cud, że w ogóle była zdolna wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, biorąc pod uwagę, jak duże zrobiły się jej oczy na dźwięk imienia starszego syna. Widać wierzyła w rozwiązanie problemu małżeństwa na korzyść Gylesa, w ogóle nie biorąc pod uwagę innej opcji. Zgodnie ze światopoglądem wyższych sfer, winno przecież brać się jedynie to, co w mniemaniu ogółu, bliższe jest perfekcji.

 

Niczym woda na młyn Lary. Teraz dokładnie wiedziała, w jakim kierunku powinna pójść dalsza rozmowa.

 

– Dokładnie. Odwiedził mnie wczoraj...

 

– Odwiedził cię? – Amara mówiła cicho i wolno. Widocznie pomagało jej to przyswoić usłyszane informacje. Po sposobie, w jaki stężały jej rysy, Lara wywnioskowała, że w przypadku Breda, samo opuszczenie przez niego rezydencji traktowano tutaj bardzo wyjątkowo. Ciekawe, że nikt nawet nie spostrzegł nieobecności starszego z braci. Zapatrzeni w siebie Castonowie, coraz mniej jej się podobali.

 

– Tak. W moim mieszkaniu.

 

– W twoim mieszkaniu. – Amara zapętliła się w osobliwej grze „słuchaj-powtarzaj".

 

– Całkiem straciliśmy rachubę czasu. Rada jestem zauważyć, że pani syn okazał się niezwykle szarmanckim mężczyzną. Sam zreflektował się na nader późną porę i uznał, że warto by dokończyć rozmowę za dnia, co by plotek za wcześnie nie szerzyć i złej opinii mi nie robić – mówiła, starannie dobierając słowa.

 

– Nie rozumiem.

 

Oczywiście, że nie rozumiesz. Czuła się wspaniale, mogąc grać Castonowej na nerwach. O to mi właśnie chodzi. Niech głowę zaprzątają ci niestworzone teorie. Może i działała troszkę niesprawiedliwie względem pani domu. W końcu ta ostatnim razem była dla niej raczej miła. Z drugiej strony miała swój udział w spisku, być może nawet większy, niż można przypuszczać. No i przy okazji swoista gra, doskonale sprawdzała się jako forma odreagowania ostatnich trudnych dni.

 

– Mamo, wpuść Laryienę do środka.

 

Na schodach pojawił się Bredo. Zszedł raptem parę stopni. Widać na uwadze miał, że i tak zaraz będzie musiał wspinać się z powrotem. Pamiętając, ile czasu zajęło mężczyźnie dostanie się na piętro domu Ingi, wcale się mu nie dziwiła.

 

***

 

– Co to miało być? – zapytał, gdy zamknęli się w pokoju.

 

Zatrzymali się niecałe dwa kroki od wejścia. Bredo odgrodził ją od pomieszczenia, rozstawiając szeroko kule. Czyżby rozgniewała go niewinną z jej punktu widzenia wymianą zdań z Amarą? Nie umiała nadążyć za tą rodziną.

 

– Dałam jej do myślenia. – Spróbowała się wytłumaczyć, zakładając, że o to właśnie chodziło. – Niech sądzi, że dokonuję nieoczekiwanego wyboru. Nie wydaje ci się to lepsze niż dochodzenie, co właściwie tutaj robię? Poza tym… – Nabrała powietrza. Bo w sumie, to czemu mu się tłumaczyła? – Dlaczego tak jej bronisz?

 

– Dlaczego? – Uniósł brwi. – To moja matka, Laryieno. Jakakolwiek by nie była, nie mogę pozwolić, aby obca kobieta od wejścia robiła jej wodę z mózgu. – Wgapił się intensywnie w jej twarz. Brodę miał przystrzyżoną staranniej niż poprzednio i pachniał przyjemnymi, piżmowymi perfumami. Spostrzegła też, że był ubrany bardziej elegancko niż wcześniej. Czyżby wyszykował się dla niej? A może po prostu zwykł dbać o siebie we własnym domu, kiedy nie wstawał akurat lewą nogą. – Nie sądziłem, że jesteś taka... – Szukał odpowiedniego określenia.

 

– Jaka?

 

– Wyrachowana. Zupełnie jak oni.

 

Teraz to Lara się zdenerwowała. Bardzo łatwo jej to ostatnio przychodziło, zwłaszcza w tych murach.

 

– Chyba trochę przesadzasz. Nie zrobiłam Amarze nic złego. O co ci chodzi? Nie odpowiadają ci moje wyjaśnienia? Mi wydają się dość logiczne.

 

– Odpowiadają. Tyle że... – Przygryzł wargę. – Sam już nie wiem. Może masz rację, ale mimo wszystko nie podoba mi się sposób, w jaki wcielasz pomysły w życie.

 

Przez moment milczała. W końcu wzniosła dłonie przed siebie, tym samym odpuszczając dalszą sprzeczkę.

 

– No dobrze. Przepraszam. Zadowolony? Mogę teraz przejść dalej, czy będziemy tak tutaj stali?

 

Zreflektował się, że przytłoczył kobietę, niemal dosłownie przypierając ją do ściany. Zmieszany poprosił, by wybrała sobie miejsce stosowniejsze, niż fragment podłogi przed framugą.

 

Jak wszystko w willi, pokój Breda prezentował się bardzo okazale. Większy od całego jej mieszkania, z bielonymi ścianami, dużymi oknami, gustownymi meblami i całą masą przeróżnych obrazów. Teraz, kiedy je dostrzegła, z podziwu niemal wrosła w ziemię. Wisiały wszędzie, sięgały niemal pod sam wysoki sufit, leżały na komodzie, stały oparte o meble, ściany, niektóre, niedokończone spoczywały na sztalugach, otoczone słoiczkami z farbą i stosami brudnych pędzli.

 

– Ty je namalowałeś? – zapytała, wyrażając swoje zafascynowanie w pełnym emocji tonie.

 

Przytaknął.

 

– To chyba jedyne, co mi w życiu wychodzi – stwierdził, patrząc na portret starego człowieka, któremu i Lara się przyglądała.

 

– Namalowałeś je wszystkie? Co do jednego?

 

– Miałem na to wiele lat. Większość mojego życia w zasadzie.

 

– Są niesamowite.

 

Nie musiała udawać zachwytu. Talent mężczyzny był wręcz powalający. Chodziła po pomieszczeniu, rozglądając się podekscytowana pięknem sztuki. Zajęta oglądaniem barwnych płócien, zapomniała na chwilę, gdzie się znajduje, zapomniała o Castonach oraz samej intencji wizyty. Dotykała drogich, masywnych ram, muskała cieniutkie, proste ramki, przy niektórych malunkach zatrzymywała się na dłużej, śledząc zawarte na nich drobne szczegóły, z fascynacją przejeżdżała opuszkami palców po zaschniętej farbie.

 

– Zakładam, że nie zdajesz sobie sprawy... ale roznosisz czerwoną porzeczkę po posadzce.

 

– Słucham? – Zatrzymała się wpół kroku. – Jaką porzeczkę?

 

Wycelował palcem pod jej nogi. Na kaflach z piaskowca odbijały się czerwone ślady butów. Nakreśliła za sobą calutką ścieżkę. Sądząc po tropach, okrążyła pokój trzy razy. Gdzieś po drodze musiała wdepnąć w rozlaną farbę. Dostrzegła nawet owe pechowe miejsce, kałużę utworzoną przy przewróconym słoiku. Przechodziła po niej za każdym okrążeniem. Wobec dokonanej bezwiednie czerwonej makabry, utknęła w miejscu w dziwnym rozkroku, nie chcąc poczynić większych zniszczeń.

 

– Co mam teraz zrobić?

 

Bredo, nie odzywał się. Sterczał obok posadzonego w donicy drzewka i wsparty na kulach gapił się na nią udając zdenerwowanie. Oczywiście nie wytrzymał długo w zmyślnym blefie i koniec końców wybuchnął śmiechem. Wyglądała bowiem komicznie, rozkraczona przed malunkiem pląsających wesoło nimf.

 

– Bredo, na bogów, to nie jest zabawne – fuknęła. – Chcesz, żebym doszczętnie ubabrała podłogę? Przestań rechotać i powiedz mi, co mam robić.

 

Normalnie nie przejęłaby się podobnie spektakularną wpadką, ale w domu Castonów, mimo wszystko powinna była uważać. Poza tym, właśnie zniszczyła pokój istotnemu dla swoich planów pionkowi. Nie miała bladego pojęcia, czy farba należała do łatwo zmywalnych. Czy w ogóle była zmywalna. – Co, jeśli nie? – Pomyślała. Co, jeśli Hegert obarczy ją kosztami remontu? – Może Bredo za mną stanie? – Przyszło jej do głowy. Tyle że to jego pokój zniszczyła. Sama by się wkurzyła, gdyby jej mieszkanie tak "udekorowano" i to nawet pomimo panującego tam syfu. – Inga. – Obraz właścicielki budynku stanął jej przed oczami. – Inga chyba wyszłaby z siebie i powiesiła mnie na sznurze do prania za taki numer.

 

– Zdejmij buty. Zaraz po kogoś zadzwonimy i się tym zajmie.

 

– Łatwo powiedzieć. – Z powątpiewaniem oceniła wiązane na łydce sandały i całkiem solidnie wysmarowaną posadzkę wokół siebie. Gdyby nie wpatrywała się tak we wszechobecne dzieła i nie kręciła jak zawszona w kroku nierządnica, może gdyby stała normalnie, nie miałby teraz problemu, a tak...

 

– Pomóc ci? – zaproponował wyraźnie poweselały.

 

– Proszę. – Wściekła na własną nieporadność, skrzywiła się, wyrażając bolesnym grymasem oczywistość.

 

– Zaczekaj chwilę. – Podszedł do osobliwej, wpuszczonej w niewielki ścienny otwór linki, przewleczonej przez oko wbitego tuż nad okrągłym otworkiem pręta, którego wcześniej nie zauważyła. Pociągnął za przyczepione na końcu wahadełko. – Po drugiej stronie jest dzwonek – wyjaśnił. – Ktoś powinien zaraz przyjść.

 

– W końcu rozumiem, o co chodzi z dzwonieniem. Ostatnio też mówiłeś o dzwonieniu po służbę. Cholernie mnie to gryzło od tamtego czasu.

 

– Poważnie? Wiesz, masz niezłą pamięć. Chyba zresztą już ci to mówiłem. Chylę czoła.

 

– Mhm... To pomożesz mi, czy mam zostawić kilka dodatkowych śladów?

 

Bredo ubawiony nieoczekiwanym zajściem, w swoim własnym, niespiesznym tempie ruszył po kawał pustego płótna. Po prawdzie kilka dodatkowych plam nie zrobiłoby mu większej różnicy, ale wolał ciągnąć kuriozalną scenę po swojemu. Dawno nie bawił się równie przednio. Rozłożył materiał tuż przed stopami gościa, zakrywając brudne kafle. Uśmiechnięty, wyciągnął rękę, aby nie straciła równowagi, pozwalając jej swobodnie rozwiązać rzemienie. Upokorzona, chwyciła pomocną dłoń. Ściągnęła oba sandały, stając boso na czystym materiale. Do pokoju, uprzedzając się pukaniem, weszła służka. Młoda dziewczyna na widok bałaganu, stojącej na płótnie bosej, atrakcyjnej kobiety i uśmiechniętego syna Hegerta trzymającego ją za rękę, pogubiła się w słowach.

 

– Paniczu, przyszłam, wołałeś, to znaczy, dzwoniłeś... Co tu się... Wszystko w porządku? – Musiała rozejrzeć się po pokoju ponownie. – To ja pójdę po wodę. Paniczu. – Dygnęła. – Paniiiienko – dodała przeciągle, niepewna jak winna zwracać się do nieznanej kobiety, po czym wyszła, nieumyślnie trzaskając drzwiami.

 

– Daruj. Jest relatywnie nowa – odparł Bredo, widząc spłoszoną minę Lary.

 

Pokiwała głową, sygnalizując, że rozumie. Bredo tymczasem pozwolił jej zejść z płótna. Przytrzymała się zaskakująco silnego przedramienia, by nie potknąć się o zawinięte rogi materiału. Choć nogi miał słabe, ręce wyćwiczone przez lata opierania się na kulach, stały się krzepkie jak u kowala. Puściła pomocną dłoń, dziękując skinieniem.

 

Kafle okazały się przyjemnie chłodne. Miła odmiana od panującej w pomieszczeniu duchoty. – Można by otworzyć okno i wpuścić nieco świeżego powietrza – zauważyła bezgłośnie. Miała właśnie powiedzieć to gospodarzowi, kiedy ten się odezwał:

 

– Mam propozycję, abyśmy udali się do sypialni.

 

Zafrasowana tą nagłą i jakże bezpośrednią petycją, niemal na powrót cofnęła się w czerwony kipisz. Nie przywykła do tego typu sugestywnych propozycji. Mężczyźni raczej podchodzili do niej z ostrożnością i to w jej gestii leżało poczynienie pierwszego kroku.

 

– Ej. Czekaj. Nie o to mi chodziło. – Wystraszył się na widok jej miny. – Tam po prostu będzie nam wygodniej rozmawiać. Pozwolimy Klarze w spokoju posprzątać. – Prawie się zapowietrzył, tłumacząc się z wynikłego nieporozumienia. Od razu też cały poczerwieniał, mimo iż z jej punktu widzenia nie było ku temu powodu.

 

– Myślałam, że to jest twój pokój – powiedziała, żeby prędko rozładować dziwne, niepotrzebne napięcie. Sama czuła się trochę głupio przez wzgląd na swoją impulsywną reakcję.

 

– To pokój dzienny. Taka jakby pracownia. – Bredo wyraźnie się uspokoił. Rzeczowy ton Lary sprawił, że paleta barw na jego twarzy, powróciła do bardziej naturalnych kolorów. – Sypialnia jest tuż obok.

 

Teraz, gdy o tym wspomniał, zdała sobie sprawę, że w pomieszczeniu brakowało łóżka.

 

– A co z moimi butami? – Zmartwiła się, bo posiadała raptem dwie pary letniego obuwia, a wiązane na rzemienie sandały lubiła najbardziej.

 

– Nie martw się. Klara je wyczyści, wysuszy i za góra dwie godziny będą jak nowe.

 

– Trzymam cię za słowo. To dobre buty.

 

Klarę minęli na korytarzu. Młoda służka ciągnęła na wózku dwa wypełnione wodą wiadra, obok których piętrzył się stosik szmat. W połowie holu celowo zwolniła kroku, aby przyjrzeć się, dokąd zmierzają. To, że zniknęli w sypialni, miało zapewne błyskawicznie roznieść się po rezydencji. Nie żeby Larze jakoś specjalnie to zawadzało. Może to i lepiej, jeśli tutejsza społeczność uskuteczni wymowę plotki, którą sama chciała przecież rozsiać poprzez Amarę.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania