Krew na pościeli I "Oni"

Wysoka dziewczyna szła polną drogą w swej rodzinnej okolicy. Panował półmrok a nad polem unosiła się gęsta mgła. Nie wzbudzało to jednak w niej lęku ani nawet odrobiny niepokoju. Czuła tylko obojętność. Idealnie ułożone włosy w kolorze jasnego, karmelowego blondu rozsypywały się coraz bardziej z pomocą kropli deszczu i wiatru.

Nie zważała na to. Nie obchodziło ją to jak wygląda, mimo wszystko choćby wyglądała najgorzej zawsze czuła się jak królowa i stała z podniesioną głową... Jednak w tej chwili było jej ciężko. Serce Arlene Lyon cierpiało z miłości i cierpiała także jej duma. Nigdy nie przejmowała się opinią innych. Drwiła z głupich miłostek, ślepo zakochanych. Zawsze miała powodzenie jednak gdy wreszcie wśród tłumu adoratorów poznała kogoś kto poruszył jej serce, kogoś wyjątkowego czuła się jak w niebie. Czuła, że poznała swoją bratnią duszę a może i miłość życia... Jednak szybko do niej dotarło, że było to tylko złudzenie. Dowiedziała się o wszystkim co przed nią ukrywał w dniu swoich urodzin. Tego dnia widziała go także całującego się z jakąś dziewczyną i to przed imprezą urodzinową którą planował zrobić dla niej z znajomymi. Najgorsze było to że wszystkiego się wypierał. Była zawiedziona nim i sobą

- Jasna cholera - powiedziała, czując jak jej obcas wbija się głęboko w błoto. Pociągnęła nogą, jednak to nie pomogło. Zdjęła but i przykucnęła, próbując wyciągnąć go ze złością. Do jej oczu napłynęły łzy. Otarła oczy, jednocześnie brudząc swoją twarz rozmazanym tuszem i błotem. W końcu udało jej się. Odetchnęła z ulgą jednak w tej chwili zauważyła coś leżącego w gęsto rosnącym rzepaku. Przybliżyła się zaciekawiona. Poczuła strach zdając sobie sprawę z tego, że leżące tam "coś" wygląda jak... człowiek.

- Halo - szepnęła cicho - Słyszysz mnie?

Odpowiedzi nie było. Arlene podeszła bliżej, spoglądając na leżącą tyłem do niej postać o długich czarnych włosach i zdecydowanie kobiecej sylwetce. Wyciągnęła dłoń niepewnie.

- Proszę pani - powiedziała, dotykając delikatnie jej ramienia - Proszę pani...

Blondynka już chciała pobiec do najbliższego domu i poprosić o pomoc gdy nagle leżąca kobieta złapała ją mocno za ręce.

Odwróciła się a Arlene zobaczyła jej twarz... Nigdy w życiu nie widziała niczego straszniejszego. Była cała pocięta, wręcz zmasakrowana.

- Uciekaaaj - wydusiła kobieta, charcząc - Uciekaj... Umieram tysiąc razy, oni żywią mnie, zabijają, wskrzeszają... Uciekaaaj stąd!

Po chwili uścisk kobiety rozluźnił się i padła ona bezwładnie na drogę. Arlene poczuła że robi jej się słabo a serce podchodzi jej do gardła. Pobiegła przed siebie, prawie się przewracając.

- Pomocy! - zaczęła krzyczeć - Pomocyyyy!

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Bajkopisarz dwa lata temu
    „szła przez polną drogę.”
    Szła polną drogą (przez nie ma tutaj sensu)
    „rozsypały się coraz bardziej z pomocą”
    Rozsypywały
    „ją to jak wygląda”
    To zbędne
    „zrobić dla niej z znajomymi.”
    Ze znajomymi
    „oczu napłynęły łzy. Otarła oczy,”
    Oczu – oczy – powtórka niepotrzebna
    „podchodzi jej do gardła”
    Jej zbędne

    Trochę masz za dużo zaimków. W treści ok., taki wstęp może być, choć przydałoby się wyjaśnić, skąd Arlene wzięła się na tej polnej drodze. Ale to szczegół, ogólnie ten fragment zachęca do dalszych części.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania