Krótki wywiad z paskudnym człowiekiem #47
„Czytałem to już wcześniej”
PYTANIE: Dlaczego akurat kawiarnia?
ODPOWIEDŹ: Bo bar byłby zbyt oczywisty.
To znaczy, proszę mnie dobrze zrozumieć, nie mam nic przeciwko barom. Po prostu w barze człowiek przychodzi po coś, czego się nie da aż tak łatwo nazwać inaczej. Przychodzi pić. Spotkać kogoś. Być zauważonym. Uciec od mieszkania. Cokolwiek. W kawiarni natomiast można zawsze powiedzieć, że przyszło się "czytać".
I to jest zasadnicza różnica.
Czytanie jest rodzajem moralnego alibi.
Siedzisz sam przy stoliku z książką i nawet jeśli od czterdziestu minut nie przeczytałeś ani jednego zdania, ponieważ przez cały czas kątem oka obserwujesz dziewczynę trzy stoliki dalej, która ma może dwadzieścia dziewięć lat, może trzydzieści dwa, i właśnie poprawia włosy w sposób, którego — racjonalnie rzecz biorąc — nie robi dla ciebie, bo nawet nie wie, że istniejesz, to przecież z zewnątrz nadal jesteś "mężczyzną czytającym książkę".
Nie mężczyzną gapiącym się na młodą kobietę.
Mężczyzną czytającym książkę.
To kolosalna różnica wizerunkowa.
---
PYTANIE: Jaką książkę?
ODPOWIEDŹ: No właśnie to jest ważne.
Nie możesz przyjść z czymś zbyt ostentacyjnym. „Ulisses” byłby nie do zniesienia. Od razu widać zamiar. „Ulisses” w kawiarni mówi: proszę zauważyć, że czytam Ulissesa. Człowiek, który naprawdę czyta „Ulissesa”, robi to raczej w domu, w spodniach od dresu, z ołówkiem, słownikiem mitologii i narastającą niechęcią do Jamesa Joyce'a.
Proust też odpada.
Proust sugeruje, że masz ogromną ilość wolnego czasu albo odziedziczyłeś kamienicę.
Houellebecq jest z kolei niebezpieczny, bo jeżeli próbujesz poderwać młodą kobietę, trzymając Houellebecqa, wysyłasz komunikat mniej więcej taki jak mężczyzna w parku stojący obok otwartego bagażnika samochodu.
Nie twierdzę, że coś się wydarzy.
Ale człowiek zaczyna zachowywać ostrożność.
David Foster Wallace jest idealny.
Wallace mówi: jestem inteligentny, ale cierpię z tego powodu.
To niezwykle erotyczny komunikat dla pewnej bardzo wąskiej grupy kobiet.
Przynajmniej tak sobie wyobrażam.
Mam naturalnie świadomość, że wyobrażenie sobie bardzo wąskiej grupy kobiet, dla których człowiek taki jak ja stanowi erotyczny komunikat, jest samo w sobie jednym z bardziej skomplikowanych mechanizmów obronnych, jakie udało mi się wykształcić w ciągu życia.
---
PYTANIE: Człowiek taki jak pan?
ODPOWIEDŹ: Człowiek w moim wieku musi zarządzać informacją.
Kiedy masz dwadzieścia pięć lat, możesz wejść do kawiarni w T-shircie i być po prostu człowiekiem w T-shircie.
Kiedy zbliżasz się do pięćdziesiątki...
PYTANIE: Ma pan pięćdziesiąt lat?
ODPOWIEDŹ: Nie chodzi o konkretną liczbę.
PYTANIE: Ale...
ODPOWIEDŹ: Chodzi o kategorię metafizyczną.
Kiedy jesteś w tej kategorii, każdy element ubrania staje się komunikatem. Dobre buty oznaczają, że jeszcze się nie poddałeś. Złe buty — że już tak. Koszula oznacza albo gust, albo dział sprzedaży. Marynarka bez krawata może oznaczać włoską sprezzaturę albo rozwiedzionego menedżera po spotkaniu z prawnikiem.
Kluczowe są szczegóły.
Marynarka powinna być wystarczająco dobra, żeby sugerować pieniądze, ale nie tak dobra, żeby wyglądało, że pieniądze próbują zastąpić osobowość.
Zegarek podobnie.
Nie możesz wyglądać na człowieka, który "chce pokazać zegarek".
Musisz wyglądać na człowieka, który przypadkiem ma zegarek, ponieważ czasami zdarza mu się sprawdzać godzinę między jednym interesującym doświadczeniem życiowym a drugim.
Tak samo książka.
Wszystko musi wyglądać na przypadek.
Najbardziej pracochłonną rzeczą jest wyglądanie na człowieka, któremu nic nie sprawia wysiłku.
---
Przychodzę więc około siedemnastej.
Piątek.
To istotne, bo piątek o siedemnastej różni się od wtorku o siedemnastej w sposób, którego nie sposób wyjaśnić komuś, kto nigdy nie siedział samotnie w kawiarni, udając przed sobą, że jest tam z wyboru.
W piątek wszyscy gdzieś zmierzają.
Ludzie mówią trochę głośniej. Kobiety mają rzeczy, które robią potem. Mężczyźni sprawdzają telefony. Kelnerki zaczynają wyglądać jak osoby obserwujące z bezpiecznej odległości katastrofę cywilizacyjną.
Ja natomiast mam Wallace'a.
Kładę go na stoliku okładką do góry.
Nie demonstracyjnie.
Po prostu tak się jakoś kładzie.
To znaczy, oczywiście mógłbym położyć odwrotnie.
Ale dlaczego miałbym kłaść książkę odwrotnie?
Książki mają okładki.
---
PYTANIE: Czyli chce pan, żeby ktoś zobaczył tytuł.
ODPOWIEDŹ: Nie.
Chcę tylko nie uniemożliwiać komuś zobaczenia tytułu.
To bardzo ważne rozróżnienie.
Całe życie społeczne ludzi takich jak ja składa się z tego rodzaju rozróżnień.
---
Zamawiam espresso.
Potem uznaję, że espresso jest zbyt agresywne.
Espresso mówi: mam rzeczy do zrobienia.
Cappuccino byłoby zbyt miękkie.
Flat white?
Tak.
Flat white sugeruje człowieka, który wie, czym różni się flat white od cappuccino, ale nie uważa, żeby trzeba było o tym rozmawiać.
Mówię więc:
— Flat white, proszę.
I natychmiast słyszę siebie mówiącego „flat white” i czuję do siebie pogardę.
To dobry znak.
Człowiek pozbawiony autoironii byłby naprawdę niebezpieczny.
Ja natomiast jestem tylko umiarkowanie niebezpieczny.
Głównie dla własnej godności.
---
Przy stoliku pod oknem siedzi dziewczyna.
Młoda, ale nie absurdalnie młoda.
To także istotne, ponieważ istnieje wiek kobiety, przy którym moja obecność zaczęłaby wyglądać nie jak flirt, tylko jak rozmowa przedstawiciela banku hipotecznego z klientką.
Ta jest, powiedzmy, około trzydziestki.
Czyta coś na laptopie.
Ma okulary.
Okulary są bardzo dobrą wiadomością, ponieważ pozwalają mi natychmiast stworzyć na jej temat całą biografię intelektualną.
To groteskowe, wiem.
Może oglądać ceny lamp na Allegro.
Ale dla potrzeb mojego życia wewnętrznego kończy właśnie doktorat z antropologii wizualnej.
---
PYTANIE: I co pan robi?
ODPOWIEDŹ: Czytam.
PYTANIE: Wallace'a?
ODPOWIEDŹ: Jedno zdanie siedem razy.
Nie dlatego, że jest trudne.
Dlatego że nie jestem w stanie utrzymać uwagi.
Tu dochodzimy zresztą do tragicznego paradoksu całego przedsięwzięcia: książka, która ma sygnalizować moją zdolność do głębokiego skupienia, uniemożliwia mi skupienie, ponieważ cały czas zastanawiam się, czy ktoś zauważył, że ją czytam.
Przewracam stronę.
Za wcześnie.
Wracam.
To bardzo źle.
Jeżeli dziewczyna patrzyła, mogła zauważyć.
Więc teraz przez kilka minut nie przewracam strony wcale.
To również źle.
Może pomyśleć, że nie rozumiem.
Cała moja erudycja zaczyna zależeć od właściwej częstotliwości przewracania kartek.
---
W pewnym momencie dziewczyna podnosi wzrok.
Nasze spojrzenia spotykają się.
Nie wiem, czy na pół sekundy, czy krócej.
To wystarczy.
Uruchamia się cały aparat analityczny.
Czy spojrzenie było neutralne?
Czy było lekko zainteresowane?
Czy zauważyła książkę?
Czy spojrzała na mnie, ponieważ spojrzałem na nią?
Czy spojrzała na mnie, ponieważ czuła, że ktoś się na nią patrzy?
Czy to ostatnie pytanie nie powinno mnie raczej skłonić do natychmiastowego opuszczenia lokalu?
Oczywiście powinno.
Ale człowiek potrafi przekształcić prawie każdy materiał empiryczny w argument na rzecz własnych pragnień.
To jedna z naszych najważniejszych zdolności poznawczych.
---
PYTANIE: Podchodzi pan?
ODPOWIEDŹ: Nie jestem idiotą.
Mam cały system.
Nigdy nie podchodzę bez sygnału.
PYTANIE: Jakiego?
ODPOWIEDŹ: Drugiego spojrzenia.
Pierwsze spojrzenie może znaczyć wszystko.
Drugie zaczyna być informacją.
Trzecie to właściwie memorandum of understanding.
PYTANIE: Było drugie?
ODPOWIEDŹ: Było.
Po mniej więcej siedmiu minutach.
PYTANIE: I?
ODPOWIEDŹ: Poszła do toalety.
PYTANIE: To był sygnał?
ODPOWIEDŹ: Nie.
Ale przechodziła obok mojego stolika.
PYTANIE: Spojrzała na książkę?
ODPOWIEDŹ: Wydaje mi się.
PYTANIE: Wydaje się panu.
ODPOWIEDŹ: Proszę nie stosować wobec mnie tonu, którego ja sam używam wobec siebie od trzydziestu lat.
---
Kiedy wraca, wydarza się coś nieprzewidzianego.
Zatrzymuje się.
Patrzy na książkę.
I mówi:
— Dobry?
To jest moment, dla którego cała operacja została skonstruowana.
Moment bojowy.
Moja Troja.
Moja godzina Hektora.
Przez kilka tygodni, gdybym był człowiekiem naprawdę godnym pogardy, mógłbym ćwiczyć odpowiedzi.
"Tak, ale momentami strasznie się popisuje."
Nie.
Zbyt poufałe.
"Świetny, chociaż trzeba mu wybaczyć przypisy."
Okropne.
Brzmię jak prowadzący podcast.
"To zależy, ile ma pani cierpliwości do neurotycznych facetów."
To mogłoby być dobre.
Odrobinę flirtujące.
Autoironiczne.
Tworzy pomost pomiędzy książką a mną.
Idealne.
Tyle że w realnej sytuacji mówię:
— Tak.
Ona czeka.
Ja dodaję:
— Bardzo.
I wtedy zdaję sobie sprawę, że właśnie zmarnowałem kilkadziesiąt lat edukacji, setki przeczytanych książek, wszystkie pieniądze wydane na ubrania, kosmetyki, kawę i terapię własnego wizerunku, żeby odpowiedzieć młodej kobiecie na pytanie o literaturę jak hydraulik zapytany, czy dobrze trzyma zawór.
"Tak. Bardzo."
---
Ale ona się uśmiecha.
— Zawsze chciałam przeczytać.
Teraz.
Teraz trzeba coś powiedzieć.
Mózg produkuje osiemnaście odpowiedzi jednocześnie.
Mógłbym zapytać, co czyta.
Mógłbym powiedzieć coś zabawnego.
Mógłbym wykorzystać fakt, że autor książki napisał opowiadania zatytułowane „Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi”, i powiedzieć:
"Świetna książka na piątkowy wieczór dla człowieka próbującego udawać, że nie przyszedł tu podrywać kobiet."
To byłoby znakomite.
Naprawdę znakomite.
Gdybym powiedział to dwadzieścia minut później, sam do siebie, idąc ulicą.
W kawiarni mówię:
— Warto.
Dziewczyna kiwa głową.
Wraca do stolika.
---
PYTANIE: I to wszystko?
ODPOWIEDŹ: Nie.
Oczywiście natychmiast zaczynam reinterpretować porażkę.
To także potrafię bardzo dobrze.
Być może właśnie powściągliwość była atrakcyjna.
Być może mężczyzna, który nie rzuca się natychmiast na okazję, sygnalizuje pewność siebie.
Może pomyślała: interesujący człowiek, nie próbuje mnie poderwać.
Co, jeśli się chwilę zastanowić, jest niezwykle wyrafinowaną strategią podrywu:
nie poderwać kobiety tak skutecznie, żeby uznała to za atrakcyjne.
---
Czytam jeszcze pół strony.
Dziewczyna pakuje laptop.
Zakłada płaszcz.
Przez chwilę jestem przekonany, że podejdzie.
Nie podchodzi.
Wychodzi.
Patrzę przez szybę, jak znika w piątkowym tłumie.
Potem patrzę na Wallace'a.
Na kawę.
Na swoje odbicie w szybie.
I pojawia się myśl, której bardzo nie chcę mieć.
Że być może naprawdę przyszedłem tutaj nie po to, żeby kogokolwiek poznać.
Może dziewczyna była tylko publicznością.
Może cała ta konstrukcja — dobra marynarka, książka, wybór kawiarni, kawa o właściwym stopniu nonszalancji, intelektualny tytuł położony przypadkiem pod właściwym kątem — nie służyła uwodzeniu jej.
Służyła uwodzeniu mnie.
Chciałem przez dwie godziny zobaczyć samego siebie oczami hipotetycznej trzydziestolatki:
starszego mężczyznę, ale jeszcze nie starego.
Łysego, ale w sposób, który przy dobrym świetle można uznać za zdecydowany.
Zamożnego, ale nie ostentacyjnie.
Inteligentnego, ale nie nieznośnie.
Samotnego przy stoliku, lecz — koniecznie — nie samotnego w życiu.
Mężczyznę, który mógłby mieć dokąd pójść.
Mężczyznę, który mógłby kogoś znać.
Mężczyznę, którego przeszłość jest bogata, przyszłość otwarta, a teraźniejszość zawiera flat white i Davida Fostera Wallace'a.
I najgorsze jest to, że przez kilka minut sam w to wierzę.
---
PYTANIE: Dlaczego „najgorsze”?
ODPOWIEDŹ: Bo to działa.
Nie na nią.
Na mnie.
---
Kelnerka pyta, czy podać coś jeszcze.
Mówię, że nie.
Potem zmieniam zdanie i zamawiam kieliszek wina.
Jest piątek.
Mam dobrą marynarkę.
Na stoliku leży książka.
Za oknem Warszawa zaczyna wyglądać tak, jak Warszawa wygląda latem wieczorem ludziom, którzy ciągle jeszcze uważają, że coś może się wydarzyć.
Otwieram książkę.
Tym razem naprawdę czytam.
Po mniej więcej trzech zdaniach otwierają się drzwi kawiarni.
Podnoszę wzrok.
Odruchowo.
Oczywiście.
Nie jestem przecież świętym.
Jestem tylko człowiekiem z książką.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania