KU WOLNOŚCI Rozdział 2 "Brama do świata"
Rozdział 2
Brama do świata
Lekcja skończyła się dopiero przed samym południem. Mary niemal wybiegła z dusznego pokoju, spragniona świeżego powietrza. Gdy była w połowie wielkich schodów, z głębi korytarza dobiegł ją znajomy, donośny głos.
— Mary!
Dziewczynka zatrzymała się natychmiast, jakby wrosła w stopień. Ojciec potwornie rzadko miał dla niej czas w ciągu dnia, bez reszty pochłonięty zarządzaniem portem i sprawami Korony, dlatego to nagłe zawołanie momentalnie rozbudziło w niej ogromną ciekawość. Odwróciła się powoli.
Edward Ashcroft stał przy wielkim oknie z rękami splecionymi na plecach. Dopiero co wrócił z burzliwych obrad rady portowej. Za jego potężną sylwetką, przez otwarte na oścież skrzydła okienne, widać było dziesiątki białych żagli kołyszących się miarowo na błękitnej tafli zatoki.
— Chodź ze mną mała. Przejdziemy się po ogrodzie.
Mary poczuła lekkie ukłucie zaskoczenia. Ojciec potwornie rzadko znajdował czas na bezcelowe spacery.
Kamienne, równe ścieżki gubernatorskiego ogrodu prowadziły ich między geometrycznie przyciętymi żywopłotami i rabatami pełnymi krwistoczerwonych róż. W nagrzanym słońcem powietrzu unosił się intensywny, uspokajający zapach lawendy, a z pobliskich, kwitnących lip dobiegał cichy, monotonny szum pszczół. Edward szedł powoli, mierząc kroki z wojskową precyzją. Nie odzywał się ani słowem. Mary doskonale znała to ciężkie milczenie. Gubernator nigdy nie należał do ludzi wylewnych. Kiedy jednak zdecydował się zabrać głos, każde jego słowo miało wagę królewskiego dekretu. Dziewczynka maszerowała tuż obok niego, naśladując jego postawę i splatając małe dłonie za plecami. Co chwilę zerkała ukradkiem na jego surową twarz, próbując odgadnąć, jakie myśli kryją się pod tą nieprzeniknioną maską. W końcu to on pierwszy przerwał ciszę.
— Pani Whitmore chwali twoje postępy w geometrii i rachunkach. — odezwał się Edward, rzucając jej ukradkowe spojrzenie. — Twierdzi, że masz wybitny, rzadko spotykany u dziewcząt umysł do matematyki. Podobno liczby same układają ci się w głowie.
Mary wzruszyła lekko ramionami, choć w głębi duszy poczuła dumę. Dla niej cyfry były jasne, logiczne i czyste, zupełnie jak linie na mapach morskich.
— Matematyka jest prosta, tatusiu. I o wiele łatwiejsza od tej całej nudnej łaciny.
Na ustach Edwarda pojawił się ledwie dostrzegalny cień uśmiechu.
— Łacina nigdy nie była łatwa, kochanie.
— Nawet dla ciebie, jak byłeś mały?
— Zwłaszcza dla mnie. — przyznał gubernator.
Mary spojrzała na niego, szeroko otwierając oczy z niedowierzania.
— Słowo honoru, Mary. Mój stary nauczyciel w szkole powtarzał mi codziennie, że z moją oporną głową prędzej skończę przy czyszczeniu koni w stajni niż w wielkim świecie.
Dziewczynka roześmiała się szczerze, a jej wesoły śmiech poniósł się daleko po ogrodzie.
— I co było potem?
— Udowodniłem temu staremu zrzędzie, że bardzo się mylił. — odparł krótko Edward z dumą.
Szli jeszcze chwilę w absolutnym milczeniu. Na samym końcu ogrodu, tuż przy kamiennym murze granicznym, rósł potężny, kilkusetletni dąb. Edward zatrzymał się pod jego rozłożystymi, dającymi chłód gałęziami i odwrócił się twarzą do córki.
— Mary... czy ty jesteś tutaj szczęśliwa? — zapytał nagle. Pytanie uderzyło w nią tak niespodziewanie, że przez dłuższą chwilę dziewczynka nie potrafiła wydusić z siebie ani słowa.
— Tak... chyba tak, tatusiu. — wykrztusiła w końcu, uciekając wzrokiem przed jego badawczym spojrzeniem.
— Chyba?
Dziewczynka przeniosła wzrok na port, który z tego wzgórza był doskonale widoczny. Ponad dachami domów Plymouth wznosiły się ogromne, wielkie maszty statków.
— Bardzo lubię nasz dom. — odpowiedziała cicho, niemal szeptem.
Westchnęła ciężko i zaczęła nerwowo splatać palce.
— Ale czasami wydaje mi się on... za mały.
Edward uniósł wysoko brwi, bardzo zaskoczony.
— Przecież nasz dom jest największy i najładniejszy w całym mieście, moja Mary.
— Nie chodzi o ściany z kamienia.— Zawahała się, bardzo chcąc wytłumaczyć to, co czuje w środku. — Chodzi o... o cały świat na zewnątrz.
Mężczyzna przez długą chwilę przyglądał się córce z powagą.
— Masz dopiero dziewięć lat, kochanie. Świat tam daleko jest o wiele większy, groźniejszy i straszniejszy, niż ci się wydaje.
Dziewczynka pokiwała z uporem głową, a jej spojrzenie znów uciekło ku horyzontowi, gdzie wielkie morze łączyło się z niebem.
— Właśnie dlatego tak bardzo chciałabym go zobaczyć.
Edward odwrócił wzrok. Patrzył teraz na zamgloną zatokę, na okręty wojenne i białe żagle łapiące wiatr.
— Ja też kiedyś bardzo chciałem zobaczyć cały świat. — wyznał cicho.
Mary spojrzała na niego zszokowana. Nigdy wcześniej nie słyszała, żeby tak mówił.
— I zobaczyłeś go?
Na twarzy ojca pojawił się nagle głęboki, bardzo smutny cień.
— Tylko kawałek. I to ten najgorszy, gdzie było mnóstwo wojny i krwi. Ale to mi wystarczyło, żeby zrozumieć jedną rzecz. Nie każde miejsce na ziemi jest tak piękne i bezpieczne, jak na tych kolorowych mapach, które oglądasz.
Dziewczynka zamyśliła się głęboko, powoli trawiąc jego słowa.
— A mimo to ludzie ciągle wsiadają na te statki i odpływają, tato.
Edward skinął ciężko głową.
— Bo człowiek już taki jest. Zawsze ciągnie go tam, gdzie jeszcze nigdy nie był i czego nie poznał. — Edward przez dłuższą chwilę milczał, wpatrując się w fale, które głośno rozbijały się o brzeg. W końcu odpowiedział głosem tak cichym, że prawie zagłuszył go wiatr. — Ale morze jest okrutne, Mary. Zabrało mi zbyt wielu ludzi... Zbyt wielu, których tak bardzo kochałem.
Nie wyjaśnił, kogo miał na myśli, a Mary nie pytała. Wiedziała, że wielu jego przyjaciół pochłonęła wojna. Nie miała jednak pojęcia, że wśród tych bolesnych wspomnień kryło się jedno, o którym Edward nie potrafił rozmawiać nawet z samym sobą. To właśnie morze odebrało mu ukochaną żonę. Lady Ashcroft zachorowała nagle, w trakcie ich wspólnego rejsu, kluczowej, trwającej ponad miesiąc misji dyplomatycznej na Karaiby. Edward z determinacją budował wówczas swoją pozycję w świecie wielkiej polityki. Ich roczna córeczka Mary, była jeszcze zbyt mała na tak trudną i daleką wyprawę, dlatego została bezpiecznie w ich rodzinnym domu w Liverpoolu, rozległej posiadłości wzniesionej nad samym brzegiem morza, gdzie pod opieką nianiek czekała na powrót rodziców. Choroba uderzyła gwałtownie, podczas drogi powrotnej a skromna okrętowa apteczka okazała się bezużyteczna. Na pokładzie nie było odpowiednich lekarstw, które mogłyby zbić palącą gorączkę. Kapitan natychmiast zarządził zmianę kursu, jednak na środku bezkresnego oceanu byli skazani na kaprysy wiatru. Mimo rozpaczliwych starań załogi, nie zdążyli dopłynąć na czas nawet do najbliższego brzegu. Kobieta odeszła na kilka dni przed ujrzeniem lądu, otoczona jedynie szumem fal, zostawiając męża u progu kariery, która nagle straciła dla niego cały swój blask. Edward wrócił do Liverpoolu ze złamanym sercem i od tamtej pory nie patrzył już na morze z zachwytem. Widział w nim bezwzględnego mordercę. Mary nie znała tej historii. Widziała tylko ojca, który nagle, w ułamku sekundy, wydał się o wiele starszy niż dotychczas. Bez słowa wsunęła swoją małą, dziecięcą dłoń w jego dłoń. Edward spojrzał na córkę z zaskoczeniem, po czym opiekuńczo ścisnął jej drobne palce. Nie padło już ani jedno słowo. Stali zapatrzeni w ten sam horyzont, choć każde z nich widziało w nim coś zupełnie innego. W końcu Edward odchrząknął, przełamując ciszę, i wskazał dłonią w stronę zatoki.
— Widzisz ten okręt?
Mary natychmiast wytężyła wzrok. Przy brzegu stał potężny, ogromny statek. Jego ciemny kadłub odbijał się w spokojnej wodzie, a wzdłuż burt ciągnęły się rzędy zamkniętych furt działowych.
— Piękny... — wyszeptała z zachwytem.
Edward skinął głową.
— Ma aż sześćdziesiąt armat.
— Naprawdę? Aż tyle?
— Tak. I mieszka tam ponad dwustu ludzi. Marynarze, kucharze, żołnierze, doktor...
Każdy ma swoje łóżko i swoją pracę.
Mary słuchała z zapartym tchem.
— A kapitan zna ich wszystkich?
— Dobry kapitan powinien znać każdego.
— Nawet takiego małego chłopca, który tylko myje pokład?
Edward uśmiechnął się ciepło.
— Zwłaszcza jego.
Mary zamyśliła się na chwilę, marszcząc brwi.
— Dlaczego?
— Bo na morzu życie wszystkich, zależy od każdego człowieka. — kontynuował Edward, patrząc na wodę. — Jeśli choć jedna osoba zrobi coś źle albo się zagapi, cały statek może pójść na dno. I wszyscy razem z nim.
Dziewczynka przez dłuższą chwilę przyglądała się dumnej, wielkiej fregacie, która lekko kołysała się na falach.
— To zupełnie jak w rodzinie. — stwierdziła cicho.
Edward spojrzał na córkę z wielkim zaskoczeniem. Na jego surowej twarzy pojawił się lekki uśmiech.
— Tak… — wykrztusił po pauzie, a jego głos wyraźnie złagodniał. — Można to tak nazwać, kochanie.
Zapadła krótka cisza. Słychać było tylko szum fal. Po chwili Mary znowu pociągnęła go za rękaw.
— Tatusiu… A czy kobieta mogłaby być kapitanem i rządzić statkiem?
Edward nie odpowiedział od razu. Spodziewał się różnych pytań, ale nie takiego. Westchnął cicho.
— Nigdy o czymś takim nie słyszałem, Mary.
— Ale czy mogłaby? Tak naprawdę?
— Morze to nie jest miejsce dla kobiet, kochanie.
— A dlaczego?
— Bo morze bywa bardzo złe i niebezpieczne.
— Dla mężczyzn też. — rzuciła szybko.
Edward spojrzał na nią uważnie. Dziewczynka wcale się nie kłóciła. Ona po prostu bardzo chciała to zrozumieć.
— Tak… — przyznał po chwili. — Dla mężczyzn również.
— Więc jaka to różnica?
Edward uśmiechnął się bezradnie, nie wiedząc, co powiedzieć.
— Zadajesz bardzo trudne pytania, młoda damo.
Mary tylko wzruszyła ramionami.
— Bo nikt nie daje mi prostych odpowiedzi.
Edward roześmiał się krótko. Już dawno nikt tak sprytnie nie zagiął go w rozmowie, a na pewno nie dziewięcioletnie dziecko.
— Może i masz rację... — powiedział łagodnie. — Ale świat nie zawsze jest sprawiedliwy dla wszystkich.
— A jeśli kiedyś będzie? Jak dorosnę?
Gubernator patrzył na nią przez dłuższą chwilę. W jej wielkich oczach nie było na przekór, była tam tylko szczera wiara. Wiara, że świat naprawdę można zmienić. Wtedy Edward poczuł nagłe ukłucie niepokoju. Nie dlatego, że marzenia córki były głupie. Przeciwnie. Przestraszył się, że jej marzenia są po prostu zbyt wielkie i mogą przynieść jej kłopoty.
W tej samej chwili z głębi portu przetoczył się donośny, basowy huk. A zaraz po nim drugi i trzeci, aż zatrzęsły się liście starego dębu. Zaskoczona Mary aż podskoczyła i instynktownie, kurczowo złapała ojca za rękę.
— Działa! — zawołała, szeroko otwierając oczy.
Edward uśmiechnął się lekko, choć jego wzrok natychmiast stężał. Opiekuńczo ścisnął jej drobne palce.
— Tak. To strzały honorowe, powitalne.
Nad krytymi czerwoną dachówką domami miasta uniósł się gęsty, biały dym, a sekundy później przez szum fal przebił się czysty, triumfalny dźwięk wojskowych trąbek. Na wzgórzu naprzeciwko rezydencji strażnik zaczął miarowo opuszczać i podnosić flagę Korony, przekazując portowy sygnał.
— Przybył ktoś ważny, tatusiu?— zapytała Mary.
Edward zmarszczył brwi, mrużąc oczy i bacznie lustrując wejście do zatoki. Wśród gęstniejących oparów prochu dostrzegł znajomą, potężną sylwetkę wojennego trójmasztowca. Rozpoznał te linie. I te żagle. W ułamku sekundy całe ojcowskie ciepło zniknęło z jego oblicza. Twarz gubernatora na powrót zamieniła się w oficjalną, nieznoszącą sprzeciwu maskę wojennego urzędnika.
— Muszę natychmiast jechać na nabrzeże.
Oczy dziewczynki momentalnie zaiskrzyły z ekscytacji.
— Mogę jechać z tobą? Proszę, proszę!
Spojrzał na córkę. Na jej twarzy malowała się nadzieja, którą trudno było przeoczyć. Potem przeniósł wzrok na zatokę. Rozsądek podpowiadał, by odmówić. Oficjalne obowiązki gubernatora nie były miejscem dla dziewięcioletniej dziewczynki. Lecz zaraz, niespodziewanie, przypomniał sobie własne dzieciństwo. Ojca, który pewnego dnia zabrał go do królewskiej stoczni. Zapach świeżo ciosanego drewna dębowego. Pierwszy wielki okręt oglądany z bliska. Do dziś pamiętał tamten dzień i to, jak zmienił on całe jego życie. Po raz pierwszy od bardzo dawna pomyślał, że być może jedna krótka wizyta w porcie nie wyrządzi żadnej szkody. Może dlatego tym razem odpowiedział zupełnie inaczej, niż zwykle.
— Masz kwadrans.
Mary zamrugała, kompletnie oszołomiona.
— Słucham?
— Masz dokładnie piętnaście minut, żeby się przebrać. — sprecyzował, udając surowy, żołnierski ton.
Przez moment patrzyła na niego z czystym niedowierzaniem, jakby bała się, że to tylko piękny sen.
— Naprawdę... naprawdę zabierzesz mnie ze sobą?
Na twarzy Edwarda pojawił się rzadki, autentycznie ciepły uśmiech, który całkowicie zmazał urzędowy chłód.
— Mykaj na górę mała, zanim zmienię zdanie.
Dziewczynka pisnęła z zachwytu. Obróciła się na pięcie i pognała w stronę domu tak szybko, że po drodze o mało nie potknęła się o rąbek własnej sukni.
Kwadrans później przed głównym wejściem do pałacu czekał już lśniący, czarny powóz z dumnym herbem rodowym Ashcroftów. Stangret w nienagannym stroju poprawiał skórzaną uprząż koni, a dwóch konnych dragonów zajęło miejsca po obu stronach pojazdu, kładąc dłonie na rękojeściach pałaszy. Edward wyszedł pierwszy, idąc twardym, miarowym krokiem. Tuż za nim pojawiła się Mary. Zdążyła przebrać się w prostą, granatową suknię i krótką, wełnianą pelerynę. Ciemne włosy miała pośpiesznie przewiązane niebieską wstążką, choć kilka niesfornych kosmyków i tak już zdążyło wymknąć się spod upięcia. Eleonor szła tuż za nią, wygładzając materiał i w locie otrzepując jeszcze z niewidzialnego pyłu rękawy jej stroju. Edward podał córce rękę, z dumnym uśmiechem pomagając jej wsiąść do pachnącego skórą wnętrza. Ciężkie drzwi powozu zamknęły się z cichym, ostatecznym trzaskiem, a stangret smagnął konie. Ruszyli prosto w stronę tętniącego życiem portu.
Droga prowadziła w dół. Mary wyglądała przez okno niemal bez przerwy. Miasto z wysokości wyglądało dostojnie. Z bliska tętniło życiem. Mijali piekarnię, z której unosił się zapach świeżego chleba. Na rynku przekupki rozstawiały stragany pełne warzyw i jabłek. Kowal uderzał młotem w rozżarzone żelazo. Przed gospodą dwóch marynarzy wynosiło na ramionach trzeciego, który najwyraźniej poprzedniego wieczoru wypił znacznie więcej rumu, niż powinien. Mary zaśmiała się cicho.
— Czy oni zawsze są tacy głośni?
Edward spojrzał przez okno.
— Tylko wtedy, gdy wrócą szczęśliwie z morza.
— A kiedy nie wrócą?
Ojciec odpowiedział dopiero po chwili.
— Wtedy w porcie jest bardzo cicho.
Dziewczynka spoważniała. Powóz jechał dalej. Im bliżej byli nabrzeża, tym więcej było ludzi. Kupcy targowali się o ceny przypraw. Chłopcy biegali z beczkami śledzi. Wozy uginały się pod ciężarem lin, żagli i skrzyń oznaczonych znakami odległych kompanii handlowych. W powietrzu mieszały się dziesiątki zapachów.
— Pachnie tu inaczej niż z domu. - rzekła Mary
Edward spojrzał na nią z zaciekawieniem.
— Inaczej?
— Tak. Z okna czuć tylko morze. Tutaj… czuć zapach podróży.
Mężczyzna nie odpowiedział. Spojrzał na córkę z lekkim zdumieniem. Nigdy nie słyszał, by ktoś opisał port w taki sposób. Po chwili powóz zwolnił. Za zakrętem wyłonił się las wysokich masztów. Były znacznie większe, niż Mary wyobrażała je sobie, patrząc z okna swojego pokoju. Ich topy niemal ginęły na tle nieba. Liny poruszały się na wietrze z cichym świstem. Dziewczynka aż wstrzymała oddech.
— Tatusiu…
Edward spojrzał na nią. Mary nie odrywała wzroku od portu.
— One są ogromne...
Powóz ostatecznie zatrzymał się z głośnym skrzypieniem kół. Stangret natychmiast zeskoczył z kozła i pewnym ruchem otworzył drzwiczki. Edward wysiadł jako pierwszy, poprawiając oficjalny surdut, po czym odwrócił się i podał córce dłoń. Mary zeszła ostrożnie na bruk. Przez chwilę stała nieruchomo. Przed nią rozciągał się port, który dotąd oglądała tylko z daleka. Gubernator prowadził córkę wzdłuż głównego nabrzeża. Co kilka kroków ktoś go pozdrawiał. Kupcy zdejmowali kapelusze, żołnierze stawali na baczność, a robotnicy na moment przerywali pracę, by skinąć głową z szacunkiem. Edward odpowiadał każdemu tym samym, spokojnym gestem. Mary ledwie to zauważała. Od chwili, gdy wysiadła z powozu, cały świat przestał dla niej istnieć. Patrzyła na ogromne kadłuby statków, na wysokie maszty i na dziesiątki ludzi uwijających się na pokładach. Port żył, ale im dalej szli, tym stawał się spokojniejszy. Zgiełk targowiska zostawał za plecami. Coraz mniej było kupców, a coraz więcej zacumowanych statków.
— Skoro już tu jesteśmy, odwiedzimy mojego starego przyjaciela, kapitana Baretta. — powiedział Edward, spoglądając na córkę z uśmiechem. — Z wielką chęcią cię z nim poznam.
Przy niewielkim keczu Sea Swallow zacumowanym przy nabrzeżu uwijał się postawny mężczyzna. Siedział na drewnianej ławeczce bosmańskiej zwisającej wzdłuż kadłuba i z mozołem łatał uszkodzone poszycie. Choć czas i morska sól wyryły głębokie bruzdy na jego twarzy, w jego ruchach nie było widać cienia wahania. Poruszał się z niesamowitą wprawą kogoś, kto zrósł się ze swoim statkiem i potrafił gołymi rękami uleczyć każdy pokiereszowany kawałek drewna. Miał około pięćdziesięciu lat i był kapitanem tego małego żaglowca. Twarz miał opaloną i naznaczoną przez lata spędzone na morzu, siwiejącą brodę oraz spokojne spojrzenie człowieka, który widział już wiele portów, sztormów i trudnych chwil. Nosił wyblakły granatowy kubrak, a szeroki kapelusz chronił go przed słońcem. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak zwyczajny marynarz zajęty swoją pracą. Ale Mary od razu zauważyła, że było w nim coś więcej. Nie zachowywał się jak kapitan, który wydaje rozkazy z bezpiecznego miejsca na pokładzie. Sam trzymał narzędzia, sam doglądał każdej naprawy i własnymi rękami dbał o statek. Sea Swallow nie była dla niego tylko drewnianą konstrukcją. Była czymś, o co troszczył się jak o starego przyjaciela. Mary przez dłuższą chwilę przyglądała się twardej pracy nieznajomego. Poruszał się bez cienia pośpiechu, ale z absolutną pewnością kogoś, kto powtarzał te gesty tysiące razy. Każde uderzenie miało swój wyliczony cel, a każde narzędzie trafiało dokładnie tam, gdzie powinno. Edward również go dostrzegł. Na surowe oblicze gubernatora natychmiast wypłynął szeroki, szczery uśmiech.
— Flint! — zawołał donośnie.
Mężczyzna siedzący na ławeczce drgnął i uniósł głowę znad burty. Mrużąc oczy, spojrzał w stronę nabrzeża, a gdy rozpoznał wołającego, jego twarz w ułamku sekundy się rozjaśniła.
— Panie gubernatorze! — odkrzyknął, a w jego głosie brzmiała czysta radość. — Wieki cię nie widziałem! Co u ciebie, stary przyjacielu?
— Obowiązki rzadko pozwalają mi na beztroskie spacery po porcie. — odparł Edward, podchodząc bliżej kei. Flint wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
— Osobliwe. Zawsze mi się wydawało, że gubernator ma ludzi od wykonywania obowiązków, a nie od ich kolekcjonowania.
Edward roześmiał się cicho, kręcąc głową.
— A ja byłem święcie przekonany, że kapitanowie trzymają na pokładzie załogę właśnie po to, by nie musieć samemu łatać kadłuba.
Przez kolejnych kilka minut rozmawiali jak dawni towarzysze broni, którzy zjedli razem beczkę soli. Przekomarzali się, rzucali ciętymi ripostami i co chwilę wybuchali krótkim, chropowatym śmiechem. W tej wymianie zdań nie było ani krzty sztywnego, oficjalnego tonu, jakiego można by oczekiwać od potężnego urzędnika Korony i morskiego wilka. Była za to bezgraniczna swoboda ludzi, których na zawsze połączyły lata wspólnej służby i niebezpieczeństwa wyniesione z tego samego, kapryśnego morza.
Dopiero po dłuższej chwili bystre spojrzenie Flinta osunęło się w dół i spoczęło na stojącej z boku dziewczynce.
— A to zapewne panna Mary.
Edward skinął głową.
— Moja córka.
Mary ujęła rąbek sukni i dygnęła grzecznie, tak jak uczyła ją Eleonor.
— Dzień dobry, panie kapitanie.
Flint odwzajemnił ten gest lekkim, pełnym szacunku skinieniem głowy.
— Miło panienkę poznać. Kapitan Flint Barrett, do usług.
Przez dłuższą chwilę przyglądał się jej uważnie. W jego oczach nie było jednak zwykłej, dorosłej ciekawości, był w nich chłód ogromnego doświadczenia. Jakby jednym spojrzeniem próbował wyczytać z twarzy dziewięciolatki coś, co ukrywało się głęboko pod skórą. W końcu oparł łokcie na kolanach, kołysząc się lekko na swojej ławeczce.
— Powiedz mi, panno Mary… Co najbardziej podoba ci się w tym gwarnym porcie?
Edward był święcie przekonany, że jego córka wykrzyknie to, co wszystkie dzieci: potężne statki, rzędy armat albo strzeliste maszty. Mary jednak milczała, powoli rozglądając się wokół. Chłonęła wzrokiem każdy szczegół nabrzeża i dopiero po dłuższym namyśle uniosła głowę.
— Że port nie stoi w miejscu, a każdy statek dokądś płynie.
Flint uniósł krzaczaste brwi, autentycznie zaintrygowany.
— Nie do końca rozumiem. Co masz na myśli?
Dziewczynka wskazała rączką kolejno kilka cumujących w zatoce jednostek.
— Tamten bryg wrócił z samego końca świata... — szepnęła z zachwytem. — Ten obok napełnia ładownie, a tamci marynarze już zwijają liny i zaraz odpłyną. Nikt tu nie zostaje na zawsze, bo stąd można przecież dopłynąć wszędzie! Te statki zaraz zabiorą ich w jakieś niesamowite, sekretne miejsca! Oni zaraz odpłyną i będą odkrywać wielki świat, i będą zupełnie, zupełnie gdzie indziej niż my! Też bym tak chciała!
Mężczyzna wpatrywał się w nią w absolutnym milczeniu, porażony tą niespodziewaną, dziecięcą ciekawością świata. Po chwili na jego ogorzałej twarzy zakwitł szeroki, szczery uśmiech.
— Słyszałeś to, Edward? Rośnie nam zdrowa konkurencja! — zażartował Flint, po czym mrugnął do niej wesoło. — No dobrze, mała panno. Skoro tak bardzo ciągnie cię za horyzont, to mam dla ciebie układ. Ja nauczę cię kilku najważniejszych węzłów, a ty w zamian poprowadzisz mój statek na sam koniec świata! Na pokładzie bardzo przydadzą mi się takie bystre oczy, a twój tata w końcu trochę odetchnie od tych wszystkich pytań!
Gubernator milczał. Choć w głębi duszy wezbrała w nim ojcowska duma, zaraz po niej nadciągnął lodowaty niepokój. Patrzył na Mary i w tym jednym ułamku sekundy, w blasku jej rozbieganych oczu, z przerażającą jasnością dostrzegł swoją zmarłą żonę. Dziewczynka tak bardzo przypominała swoją matkę. Miała tę samą dziką, nieokiełznaną ciekawość i ten sam głód wolności. Edward doskonale wiedział, że taki sposób patrzenia na świat nieuchronnie gna ludzi daleko od bezpiecznego domu.
— Widzisz tamtą fregatę? — Edward odezwał się po ciężkiej pauzie, wskazując dłonią w głąb zatoki. — Właśnie wpłynęła do portu. To ona wystrzeliła salwy powitalne.
Mary skinęła potakująco głową, nie odrywając oczu od wojennego kolosa.
— To jeden z najwspanialszych i najsłynniejszych okrętów w całej armadzie Korony. — kontynuował — A jego kapitan, choć to człowiek niezwykle surowy i wymagający, zdążył już stać się żywą legendą.
Dziewczynka wpatrywała się w idealne linie statku z nieskrywanym podziwem.
— Chciałabym poznać tego kapitana.
— I poznasz. Właśnie niedługo złożymy mu oficjalną wizytę. — odparł Edward z lekkim uśmiechem.
— Nie będę was zatem dłużej zatrzymywał. — wtrącił Flint, chwytając z powrotem za swoje narzędzia, po czym mrugnął do dziewczynki.
— Panno Mary?
— Tak, panie kapitanie?
— Kiedy następnym razem zawitasz na nabrzeże… z wielką chęcią opowiem ci kilka prawdziwych morskich historii. Oczywiście o ile pan gubernator wyrazi na to zgodę.
Mary rozpromieniła się natychmiast.
— Z prawdziwą przyjemnością, panie kapitanie!
Gdy ruszyli w stronę głównego traktu portu i zaczęli się oddalać, Mary pociągnęła ojca za rękaw i zapytała cicho:
— Kim on jest?
Edward obejrzał się przez ramię na niewielką sylwetkę Sea Swallow.
— Flint Barrett. Kiedyś był jednym z najbardziej nieustraszonych i cenionych kapitanów handlowych, jakiego znało to miasto.
Mary zmarszczyła brwi, spoglądając na pracującego w oddali mężczyznę.
— Kiedyś?
— Nadal nim jest. — poprawił się szybko Edward. — Po prostu dzisiaj wybiera znacznie spokojniejsze, bezpieczniejsze rejsy bliżej brzegu.
— Dlaczego?
Gubernator przez chwilę milczał, a w jego oczach znów pojawił się ten sam bolesny cień, który towarzyszył mu przy każdej rozmowie o oceanie.
— Ponieważ człowiek z biegiem lat zaczyna zupełnie inaczej patrzeć na morze.
Mary uniosła głowę, patrząc na niego pytająco.
— Tatusiu, co masz na myśli?
Edward zawiesił wzrok na skromnym kadłubie kecza.
— Za młodu morze było dla Flinta obietnicą. Miejscem, w którym szukał przygód, sławy i wolności. Teraz… jest dla niego po prostu domem, do którego zawsze wraca.
Mary jeszcze raz obejrzała się za siebie. Kapitan Barrett wciąż tkwił na swojej ławeczce przy burcie, całkowicie skupiony na monotonnej pracy. Nie przypominał człowieka, który zamknął za sobą dawny rozdział i zrezygnował z marzeń. Wyglądał jak ktoś, kto wciąż stanowił nierozerwalną część tego wielkiego, tajemniczego świata. I Mary miała nieodparte wrażenie, że za tym spokojnym, ukrytym pod daszkiem czapki spojrzeniem kryją się opowieści o niszczycielskich sztormach, nieznanych lądach i wyprawach, których wystarczyłoby na spisanie grubej księgi.
________________
Książka pisana ze wsparciem AI. Pomysł na fabułę, bohaterów i dialogi jest pomysłem autorki.
Komentarze (1)
Niby szacun, że napisałaś kto jest autorem tekstu...
Pozdrawiam AI🪂🤪
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania