Okładka: KU WOLNOŚCI Rozdział 3 "Duma Albionu"

KU WOLNOŚCI Rozdział 3 "Duma Albionu"

Mary Gray

Rozdział 3

Duma Albionu

 

„Tego dnia poznałam człowieka, którego bali się wszyscy. A ja, głupia i naiwna dziewczynka widziałam w nim bohatera.”

 

Na pokładzie okrętu wojennego HMS Valiant nie było śladu świętowania, choć dopiero co powrócił ze zwycięskiej misji. Marynarze w skupieniu klarowali żagle i liny oraz doprowadzali okręt do porządku po wejściu do portu. Inni wynosili dokumenty, dzienniki i mapy zabezpieczone na przejętych statkach.

Nieopodal, przy zacumowanych holenderskich pryzach, uwijały się angielskie załogi. Pod czujnym okiem urzędników komisarza do spraw pryzów otwierano luki ładowni, sprawdzano przewożone towary i sporządzano ich dokładne wykazy. Każdy wiedział, gdzie ma być i co robić. Nie było miejsca na zbędne rozmowy ani nawoływania. W powietrzu rozbrzmiewały jedynie krótkie, ostre jak smagnięcia bicza komendy oraz miarowy, głuchy stuk ciężkich butów o dębowe deski.

Mary zatrzymała się, chłonąc ten widok całym swoim dziecięcym umysłem.

 

— Tatusiu... Oni biegają tak, jakby każdy wiedział, co ma robić.

 

Edward spojrzał na dumną linię okrętu.

 

— Bo każdy z nich ćwiczył to tysiąc razy, kochanie. Podczas bitwy nie ma czasu na myślenie. Każdy musi znać swoje zadanie na pamięć.

 

Dziewczynka odprowadziła wzrokiem marynarza wspinającego się na wanty. Z każdą sekundą coraz mocniej rozumiała, że prawdziwą siłą tego wojennego kolosa nie były rzędy żelaznych dział ani grube, dębowe burty. Byli nią ludzie. Ich ślepe posłuszeństwo.

Przy głównym trapie stało dwóch uzbrojonych wartowników w nienagannych czerwonych kurtkach. Na widok gubernatora obaj wyprostowali się, stanęli na baczność, oddając należny honor.

 

— Panie gubernatorze!

 

— Proszę niezwłocznie zameldować kapitanowi Blackthorne'owi moje przybycie.

 

— Tak jest, sir!

 

Jeden z żołnierzy natychmiast wbiegł po trapie i zniknął w cieniu rufowej nadbudówki. Mary odruchowo odprowadziła go wzrokiem. Spodziewała się, że dowódca okrętu pojawi się niemal natychmiast, w końcu jej ojciec był najważniejszym człowiekiem w Plymouth. Minęła jednak długa minuta. Potem druga.

 

— Czy on wie, że czekamy? — zapytała cicho Mary, tuląc się do boku ojca.

 

— Wie.

 

— To dlaczego nie schodzi?

 

Edward odpowiedział dopiero po ciężkiej, pełnej napięcia pauzie:

 

— Najwidoczniej uznał, że ma teraz ważniejsze obowiązki niż witanie urzędników.

 

Mary spojrzała na ojca z niemym zaskoczeniem. Nikt dotąd, odkąd pamiętała, nie kazał gubernatorowi czekać na nabrzeżu jak zwykłemu petentowi. Dopiero po kilku kolejnych minutach na pokładzie rufowym pojawił się wysoki mężczyzna w czarnym płaszczu. Nie ruszył jednak w stronę trapu. Zamiast tego z kamienną twarzą wysłuchał raportu pierwszego oficera, po czym podszedł do relingu i przez dłuższą chwilę bacznie przyglądał się jednej ze zdobycznych jednostek. Wskazał coś palcem, a oficer natychmiast pobiegł wykonać rozkaz. Dopiero wtedy kapitan odwrócił się i niespiesznym, mierzonym krokiem ruszył w stronę gości. Szedł tak, jakby to on sam decydował o upływie każdej sekundy na tym świecie. Mary zauważyła, że wszyscy marynarze na pokładzie obserwują go ukradkiem. W ich spojrzeniach był paraliżujący, głęboki strach. Wpatrywali się w niego z lękiem graniczącym niemal z religijnym nabożeństwem, jakby patrzyli na kogoś, kto jednym gestem może decydować o ich życiu i śmierci.

Kapitan Elias Blackthorne zatrzymał się krok przed gubernatorem. Był potężny i barczysty. Czarny, pozbawiony jakichkolwiek zbędnych ozdób, materiał jego płaszcza nie miał na sobie ani jednej skazy, a wysokie, skórzane buty były nienagannie czyste. Jego twarz, gładko ogolona i mocno opalona od lat spędzonych na otwartym słońcu, była surowa, wręcz wykuta z kamienia. Przez lewy policzek, od oka aż po żuchwę, biegła cienka, blada linia starej blizny. Szare oczy patrzyły zza gęstych brwi z absolutnym chłodem. Było to spojrzenie przeszywające, surowe i głęboko doświadczone przez los.

 

— Panie gubernatorze.

 

— Kapitanie Blackthorne.

 

Wymienili krótki, sztywny ukłon.

 

— Rozumiem, że przybył pan po raport z misji. — rzekł Blackthorne chłodno.

 

— Mam upoważnienie do jego odbioru. Uznałem więc, że skoro Valiant już rzucił kotwicę, nie ma powodu zwlekać.

 

Kapitan skinął głową.

 

— Raport jest gotowy. Wraz z wykazem zdobytych jednostek i spisem przejętego ładunku.

 

— Doskonale.

 

— Zamierzałem dostarczyć go do pańskiego urzędu... Ale dopiero po całkowitym zabezpieczeniu zdobyczy. — wycedził Blackthorne i przeniósł wzrok na pracujących ludzi.

 

—My tu nadal mamy obowiązki do wykonania!

 

Dopiero w tym momencie jego spojrzenie spoczęło na dziewczynce stojącej u boku Edwarda.

 

— A to kto?

 

Gubernator położył dłoń na ramieniu córki.

— Moja córka, Mary.

 

Słysząc to, kapitan omiótł ją krótkim, lodowatym spojrzeniem. To zimne tąpnięcie oczu trwało ledwie sekundę, po czym skinął sztywno głową.

 

— Panna Mary.

 

Dziewczynka ujęła rąbek sukni i dygnęła nisko.

 

— Panie kapitanie.

Elias przyglądał się jej przez dłuższą chwilę w milczeniu, a w jego szarych oczach błysnęło lodowate zdziwienie.

 

— A co taka młoda dama robi w porcie? — zapytał, rzucając Edwardowi ostre spojrzenie.

— To nie jest miejsce dla niej.

 

— Mary niezwykle interesuje się statkami. Bardzo chciała zobaczyć je z bliska.— Gubernator wtrącił szybko, starając się załagodzić sytuację. Na surowej twarzy kapitana pojawił się ledwo zauważalny, sceptyczny cień.

 

— Statkami? — Spojrzał na potężny kadłub swojego okrętu, po czym znowu przeniósł wzrok na dziewczynkę. — To doprawdy osobliwa pasja. Zazwyczaj młode damy przejawiają zainteresowanie muzyką, haftem, literaturą piękną albo przygotowaniem do właściwego prowadzenia domu.

 

Mary milczała, kurczowo zaciskając palce na sukni. Nie potrafiła wyczuć, czy ten potężny człowiek ją gani, czy jedynie stwierdza suchy fakt. Blackthorne tymczasem ponownie zmierzył wzrokiem pokład Valianta.

 

— Nie przypominam sobie, by w podręcznikach dobrych manier dla młodych dam znajdował się jakikolwiek rozdział traktujący o rozmieszczeniu dział i olinowaniu stałym. — w jego niskim głosie pojawiła się ledwo wyczuwalna, niemal drapieżna ironia. Mary zmarszczyła nos, kurczowo trzymając się sukienki. Zamiast się jednak przestraszyć, zadarła głowę i spojrzała na groźnego dowódcę z nagłym, ogromnym zachwytem w oczach.

 

— W moich książkach jest za to cały rozdział o wielkich kapitanach. — odpowiedziała śmiało, nie odrywając od niego wzroku. — Czy o panu też będę mogła kiedyś przeczytać w takiej książce o bohaterach?

 

Blackthorne uniósł krzaczastą brew. Jego kamienna twarz pozostała niewzruszona, ale w kąciku ust drgnął mu bardzo blady, surowy uśmieszek. Uważnie wpatrywał się w dziewczynkę, w jej wielkie szarobłękitne oczy, zaskoczony jej bezpośredniością. Edward drgnął, kładąc dłoń na ramieniu córki, jakby chciał ją uciszyć, nim go bardziej rozgniewa.

 

— Prawdziwi bohaterowie rzadko trafiają do bajek dla dzieci młoda damo. — odpowiedział kapitan niskim, chropowatym głosem. — A wojna na morzu to nie jest ładna opowieść. Ale jeśli ten okręt wygra wystarczająco dużo bitew dla króla... kto wie, co o nas kiedyś napiszą.

 

Odwrócił się gwałtownie do trapu, gdzie stał młody oficer.

 

— Poruczniku Turner!

 

— Tak Sir! — Mężczyzna natychmiast wyprężył się jak struna.

 

— Skoro panienka jest tak bardzo ciekawa naszego rzemiosła, proszę ją oprowadzić.

 

— Tak jest, panie kapitanie!

 

— Ale tylko górny pokład. — zastrzegł Elias, a jego wzrok stał się jeszcze chłodniejszy. — I proszę dopilnować, by swoją obecnością nie odciągała załogi od pracy.

 

Następnie odwrócił się plecami do dziewczynki i spojrzał prosto na Edwarda.

 

— A pana, panie gubernatorze, zapraszam do mojej kajuty.

 

Porucznik Turner prowadził Mary wzdłuż górnego pokładu. Dziewczynka szła w milczeniu, zafascynowana i jednocześnie odrobinę przytłoczona wszystkim, co ją otaczało. Patrzyła na twarde, spalone słońcem twarze załogi Valianta. Ci ludzie poruszali się po chwiejnym pokładzie z niesamowitą, zwierzęcą pewnością. Nie było tu ani krzty chaosu, żadnego niepotrzebnego zamieszania. Każdy z nich stanowił trybik w wielkiej, wojennej maszynie.

 

— Oni wszyscy... zawsze tak ładnie pracują? — zapytała cicho Mary, zadzierając głowę i wodząc wzrokiem za marynarzami uwijającymi się przy linach.

 

Turner spojrzał na nią z góry. Na jego twarzy pojawił się uprzejmy, lecz powściągliwy uśmiech. Przez chwilę obserwował razem z nią ludzi pracujących na maszcie, jakby próbował spojrzeć na dobrze znany sobie pokład jej oczami.

 

— Na tym okręcie tak, panno Mary.— odpowiedział, po czym zerknął na grupę marynarzy porządkujących olinowanie.

 

— A dlaczego? — Dziewczynka zmarszczyła lekko brwi i znów rozejrzała się po pokładzie.

Oficer poprawił pas od szpady i przez chwilę szukał odpowiednich słów.

 

— Kapitan Blackthorne przywiązuje wielką wagę do porządku i dyscypliny. Każdy człowiek powinien znać swoje miejsce i obowiązki. — wyjaśnił spokojnie, prostując się odruchowo.

 

Mary przyglądała mu się przez moment, jakby sama odpowiedź nie do końca ją zadowalała. Przekrzywiła lekko głowę.

 

— Krzyczy na was? — zapytała nagle, marszcząc nos.

 

Mężczyzna uniósł lekko brwi, wyraźnie zaskoczony bezpośredniością pytania. Przez ułamek chwili wyglądał tak, jakby nie był pewien, czy powinien się roześmiać, czy zachować powagę.

 

— Kapitan rzadko musi podnosić głos, panno Mary. — odparł po krótkiej chwili.

Mary zamrugała i przyjrzała mu się jeszcze uważniej.

 

— To znaczy, że jest bardzo surowy? — Dziewczynka przechyliła głowę, nie spuszczając z niego wzroku.

 

Turner zawahał się ledwie zauważalnie.

— Jest wymagającym dowódcą. — odpowiedział ostrożnie.

 

Mary przez kilka kroków przyglądała się pracującym marynarzom. Wydawała się rozważać jego słowa, choć jej mina jasno mówiła, że nie zamierza na tym poprzestać.

 

— A czego od nich wymaga? — zapytała dociekliwie.

 

Turner splótł dłonie za plecami. Jego postawa stała się bardziej oficjalna.

 

— Posłuszeństwa. Odwagi. I tego, by każdy wykonywał swój obowiązek bez względu na okoliczności. — wyliczył, przesuwając wzrokiem po pokładzie. — Na morzu błąd jednego człowieka może sprowadzić nieszczęście na cały okręt.

 

Dziewczynka spoważniała i zacisnęła lekko usta.

 

— A jeśli ktoś się pomyli? Albo przestraszy? — zapytała ciszej.

 

Tym razem porucznik odpowiedział dopiero po chwili. Jego twarz stężała, a spojrzenie stało się bardziej odległe.

 

— Wówczas musi zrobić wszystko, aby drugi raz tego błędu nie popełnić. — powiedział, a jego palce splecione za plecami zacisnęły się nieco mocniej.

 

Mary spojrzała na niego z dołu. W jej oczach pojawiło się szczere zaniepokojenie.

 

— A kapitan mu wybacza? — zapytała ostrożniej niż wcześniej.

 

Turner zerknął na nią uważnie. Przez chwilę milczał, jakby rozważał nie samą odpowiedź, lecz to, ile dziewczynka powinna usłyszeć.

 

— Kapitan Blackthorne nie należy do ludzi pobłażliwych. — odparł w końcu, wyraźnie dobierając słowa.

 

Mary zmarszczyła brwi. W jej spojrzeniu pojawiło się coś pomiędzy zdziwieniem a nieufnością.

 

— Ludzie się go boją? — zapytała.

Na moment twarz oficera stężała. Odruchowo rozejrzał się po pokładzie, jakby chciał upewnić się, że nikt z załogi nie przysłuchuje się ich rozmowie. Mary natychmiast wychwyciła tę zmianę. Przyjrzała mu się jeszcze uważniej.

 

— Marynarze darzą swojego kapitana należytym respektem. — odpowiedział w końcu Turner, zachowując całkowicie spokojny ton.

 

Mary przymrużyła oczy.

— To znaczy, że się boją. — stwierdziła z dziecięcą pewnością i uniosła lekko podbródek, jakby właśnie znalazła lukę w jego odpowiedzi.

 

Mężczyzna powstrzymał uśmiech. Kącik jego ust drgnął, lecz szybko odzyskał powagę.

 

— Panna Mary zadaje wyjątkowo kłopotliwe pytania. — zauważył, kręcąc lekko głową.

Dziewczynka spojrzała na niego wyczekująco. Ani trochę nie wyglądała na zniechęconą.

 

— Bo jest zły? — zapytała bez wahania.

Turner rzucił jej szybkie spojrzenie. Jego brwi uniosły się odrobinę.

 

— Tego nie powiedziałem. — odparł natychmiast.

 

— Więc dlaczego? — Mary przekrzywiła głowę i cierpliwie czekała na odpowiedź. Jej mina zdradzała pełne przekonanie, że tym razem nie pozwoli mu się wymigać.

 

Porucznik zwolnił kroku. Przez chwilę spoglądał przed siebie, a mięsień na jego policzku drgnął lekko.

 

— Kapitan Blackthorne wiele od swoich ludzi wymaga, ale jeszcze więcej wymaga od samego siebie. — powiedział po chwili namysłu. — Załoga wie, że pod jego dowództwem nie ma miejsca na niedbalstwo ani tchórzostwo.

 

Mary spojrzała ku rufie. W jej twarzy pojawiło się zaciekawienie, a wcześniejsza nieufność powoli ustępowała miejsca podziwowi.

 

— Tata mówił, że wygrał wiele bitew.— odezwała się po chwili.

 

— Pański ojciec ma rację. — odpowiedział Turner, a w jego głosie zabrzmiała nuta uznania. Wyprostował lekko ramiona. — Kapitan cieszy się wielkim poważaniem.

Oczy Mary natychmiast rozbłysły.

 

— Opowiadają o nim historie? — zapytała z wyraźnym ożywieniem, robiąc pół kroku bliżej Turnera.

 

Porucznik zawahał się. Spojrzał na nią z ukosa, jakby już przeczuwał, do czego zmierza ta rozmowa.

 

— W każdym porcie opowiada się historie o dobrych dowódcach. — odparł wymijająco, kierując wzrok przed siebie.

 

— Jakie? — Mary zrobiła kolejny mały krok i spojrzała na niego z niecierpliwym oczekiwaniem. Na jej twarzy pojawił się niemal dziecięcy zachwyt.

 

Oficer westchnął niemal bezgłośnie, najwyraźniej uznając, że dziewczynka i tak nie da mu spokoju. Na moment przymknął oczy, po czym zerknął na nią z cieniem rozbawienia.

 

— Mówi się, że potrafi przeprowadzić okręt przez sztorm, przed którym inni kapitanowie szukaliby schronienia. — zaczął, kierując wzrok ku masztom. — Że podczas bitwy zachowuje spokój, choć wokół niego padają kule. I że dostrzega każdy błąd na swoim pokładzie, zanim człowiek zdąży go ukryć.

 

Mary otworzyła szeroko oczy. Jej usta rozchyliły się ze zdumienia.

 

— Ojej... To naprawdę może być bohater z moich książek! — wykrzyknęła, a na jej twarzy pojawił się szeroki, szczery uśmiech.

 

Turner zatrzymał się. Mary zrobiła jeszcze krok, zanim zorientowała się, że nie idzie już obok niej. Odwróciła się i spojrzała na niego pytająco Tym razem nie odwzajemnił jej uśmiechu. W jego twarzy pojawiła się powaga, której wcześniej tam nie było.

 

— Proszę pamiętać, panno Mary, że prawdziwi bohaterowie rzadko przypominają tych z opowieści. — powiedział spokojnie, patrząc na nią przez dłuższą chwilę.

 

Uśmiech dziewczynki powoli przygasł. Mary opuściła nieco podbródek.

 

— Dlaczego? — zapytała, przekrzywiając głowę.

 

Turner odwrócił wzrok w stronę portu. Jego szczęka napięła się lekko, a na twarzy pojawił się cień czegoś, czego Mary nie potrafiła jeszcze nazwać.

 

— Ponieważ morze nie jest opowieścią. A wojna tym bardziej. — odpowiedział ciszej, a jego twarz na moment przybrała ponury wyraz.

 

Mary spoważniała. Przez chwilę patrzyła pod nogi, wolniej stawiając kolejne kroki. Wydawało się, że po raz pierwszy naprawdę zastanawia się nad tym, co właśnie usłyszała.

Porucznik obserwował ją kątem oka. Po chwili skinął głową w stronę pracujących marynarzy.

 

— Kapitan Blackthorne chce mieć pod swoją komendą ludzi, na których może polegać bez względu na to, co ich spotka. — dodał, ruszając dalej.

 

Nie zadała już żadnego pytania. Popatrzyła tylko na rzędy czarnych, groźnych armat i na gigantyczne maszty, które sięgały nieba. Ale teraz, po słowach porucznika, zaczynała w końcu rozumieć. Najbardziej straszne na tym statku wcale nie były żelazne działa. Był nim ten jeden człowiek, który siedział za ciężkimi drzwiami. Człowiek, którego dorośli, silni marynarze słuchali bez jednego słowa sprzeciwu.

 

Kajuta kapitana Blackthorne’a wyglądała dokładnie tak, jak on sam. Była surowa, idealnie uporządkowana i całkowicie pozbawiona wszystkiego, co zbędne. Nie było tu drogich dywanów, złoconych ram ani luksusowych mebli. Na surowym, dębowym stole leżał gruby, przewiązany sznurkiem plik dokumentów. Kapitan jednym, precyzyjnym ruchem przesunął go w stronę stojącego naprzeciwko gubernatora.

 

— Raport dla Admiralicji. Wszystko podpisane i opieczętowane.

 

Edward nawet nie spojrzał na papier. Zamiast tego postąpił krok naprzód, a jego głos stracił całą urzędową pewność:

— Chcę, żebyś mnie wysłuchał, Elias. Choć ten jeden raz. Chcę się wytłumaczyć, przeprosić za to, co się stało...

 

Kapitan uniósł głowę. Jego szare oczy patrzyły na gubernatora z bezgranicznym, lodowatym chłodem.

 

— Nie mamy o czym rozmawiać, Edwardzie. — wycedził przez zęby, a w jego oczach błysnęła czysta, jadowita nienawiść. — Ty siedziałeś wtedy bezpiecznie w swoim luksusowym gabinecie na lądzie i pewną ręką podpisywałeś tamten pieprzony rozkaz wypłynięcia. Brzydzę się tobą. Wynoś się stąd, zanim stracę resztki panowania nad sobą.

 

Edward zacisnął szczękę tak mocno, że aż zbielały mu usta.

 

— Podjąłem wtedy śmiałe ryzyko, przyznaję! Ale nie miałem pojęcia, że ta decyzja pociągnie za sobą akurat ich życia. Nie mogłem tego przewidzieć!

 

— Zrobiłeś z nieuzbrojonej jednostki tarczę dla swojego szpiega. — uciął Elias. Jego głos wciąż był spokojny, cichy, ale ta absolutna kontrola nad gniewem była o wiele bardziej przerażająca niż najgłośniejszy krzyk.

 

— Przez ciebie straciłem żonę i syna, Edwardzie. Twój rozkaz posłał ich na dno…

Gubernator spuścił wzrok, nie potrafiąc wybrać obrony.

 

— Nie chciałem skazać ich na śmierć, Elias… Nie wiedziałem, że będą na tym statku... — Edward wykrztusił cicho, niemal błagalnie.

 

— To miał być dla nich zwykły rejs… — kontynuował Elias, a jego głos stał się jeszcze cichszy, niemal zamieniając się w lodowaty szept — Moja ukochana żona i moje jedyne dziecko mieli po prostu wrócić do domu. Do mnie. Czekałem na nich, odliczając dni, ale statek nigdy nie dotarł do Portsmouth. Przez tyle miesięcy żyłem w potwornej niepewności, nie wiedząc co się z nimi stało, dopóki w moje ręce nie wpadł ten tajny francuski raport. Zabiłeś ich, Edwardzie. — Kapitan powoli odwrócił głowę i spojrzał mu prosto w oczy. — A dzisiaj... dzisiaj poznałem twoją piękną, uroczą córkę…

 

Edward zesztywniał. W jednym ułamku sekundy cała krew odpłynęła mu z twarzy.

 

— To moja jedyna córka Elias... — szepnął z nagłym, dławiącym strachem w gardle.

 

Blackthorne podszedł powoli do stołu. Stanął naprzeciwko trzęsącego się gubernatora, a w jego szarych oczach błysnęło coś przerażającego.

 

— Modlę się o dzień, w którym będziesz bezradnie patrzeć, Edwardzie, jak na zawsze wydzieram ci ją z rąk. Pozwolę jej dorosnąć. Dam jej jeszcze pożyć, pozwolę zasmakować młodości i świata, ale bądź pewien, że gdy nadejdzie właściwy czas, dopadnę twoją córkę w najmniej oczekiwanym momencie. Będzie umierać długo, powoli, minuta po minucie, w niewyobrażalnym, rozrywającym cierpieniu, a ty będziesz zmuszony bezsilnie patrzeć na każdą sekundę jej agonii. Będę napawać się twoim skowytem, panie gubernatorze. Będę pił twój żal. I dopiero wtedy, brocząc w jej krwi, w końcu zrozumiesz, jaki koszmar zrodził tamten twój nieszczęsny rozkaz.

 

Edward patrzył na niego w kompletnym, sparaliżowanym milczeniu, z dłońmi drżącymi tak mocno, że musiał schować je za plecy. Kapitan bez słowa popchnął plik dokumentów jeszcze bliżej krawędzi blatu.

 

— Zabierz raport. I zejdź z mojego okrętu.

Edward chwycił papiery i pospiesznie opuścił kajutę.

________________

Książka pisana ze wsparciem AI. Pomysł na fabułę, bohaterów i dialogi jest pomysłem autorki.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania