LBnP - 4 - Koncept
Z daleka wyglądało przepięknie. Strzeliste wieże sięgające nieba, marmurowy zamek na wzgórzu, potężne starożytne mury okrążające całe miasto. A jednak to była ruina – ledwie nadgryziona zębem czasu, nieco zmurszała i zzieleniała, zdziczała. Podobno, jak zawsze powtarzali Irze dorośli, Bladystaw opustoszał w jedną wiosnę, ledwie parę lat przed jej narodzeniem. Od tamtej pory nikt tam nie zaglądał i przestrzegano wszystkich szukających przygód, by tak pozostało. Ira jednak codziennie spoglądała z balkonu na milczące miasto, wiedząc, że nadejdzie dzień, kiedy się tam uda. Czekała długo, cierpliwie, w tajemnicy i w końcu, gdy już dorosła, gdy już mogła iść, gdzie ją wiatr poniesie – poszła tam. Nikt jej nie zatrzymywał, nikt nie pytał. Nie miała zresztą nikogo, kto mógłby to zrobić. Może właśnie dlatego tak ją przyciągało owe tajemnicze miejsce?
Droga okazała się być dziwnie prosta, nudna, zwyczajna. Żadnych przeszkód, groźnych stworzeń. Jedynie pył, las, stary, zaniedbany szlak. Wbrew zakazom i ostrzeżeniom musiało jednak chodzić tędy całkiem sporo osób. Co rusz widziała ślady koni, butów, a nawet, ku jej ogromnemu zdziwieniu, kół. Zaczęła nawet myśleć, że całe życie wierzyła w kłamstwo.
I mogło tak być. Gdzie się podziały mury, zamek, wieże? Jedyne co zastała to zawalone budynki, skruszone cegły, gruzy niegdyś wspaniałego miasta. Nawet strumień, którego wartki bieg czasem widziała z balkonu, okazał się być jedynie marnym strumyczkiem bliskim wyschnięcia. Przechadzając się wśród ruin czuła jedynie narastające rozczarowanie. Nie smutek właśnie, a zwykły zawód, zobojętnienie. Po co to wszystko było? Czy to właśnie zapisano jej w gwiazdach? Podążanie za złudzeniem? Gorąco pragnęła, by ktoś odpowiedział na te wszystkie pytanie i przez moment zdało jej się, że bogowie wysłuchali jej prośby.
Oto bowiem stanęła przed nią dziewczyna o alabastrowej cerze i pustym, smętnym spojrzeniu. Jej krótkie, białe włosy skrywał spiczasty kapelusz, a ciało zakrywały wytarte łachmany.
– Wiedźma? – tylko tyle mogła z siebie wydusić Ira, zupełnie jakby ktoś włożył te słowa w jej usta.
– Nekromantka. – odrzekła nieznajoma i nie czekając na odpowiedź, odwróciła i ruszyła w głąb ruin.
Ira, jakby niesiona nowym natchnieniem, poszła za nią.
Wędrowały tak przez dłuższą chwilę, manewrując między pozostałościami wspaniałych niegdyś budowli. W końcu dotarły do ogromnej, sferycznej budowli, która jakimś cudem jeszcze całkiem się nie zawaliła, tak jak wszystkie sąsiednie konstrukcje. Na samym środku znajdowała się ogromna sterta gruzu, na którą padała szeroka wiązka światła wpadającego przez to, co zostało ze sklepienia. Nekromantka wspięła się na gruz i usiadła na samym szczycie. Ira przystanęła zaś przy podstawie gruzowiska, obserwując dziewczynę z nieskrywaną fascynacją.
– Niegdyś był tu teatr – odezwała się po jakimś czasie. – Lubię to miejsce. Jest dobre do ożywiania wspomnień.
– Ożywiania?
Wtem dłonie nekromantki rozświetliły się feerią barw, która momentalnie wypełniła całą przestrzeń ruiny, a po chwili miasto. Ira przymknęła oczy jedynie na chwilę, a gdy je otworzyła ujrzała tętniącą życiem metropolię, a w jej centrum ogromny teatr zapełniony po same brzegi. Na scenie, skryta pod maską, występowała kobieta w łachmanach, wyśpiewując najpiękniejszą arię, jaką dotąd miała okazję usłyszeć Ira. Jej głos był jednakże zbyt idealny, tak nierzeczywisty jak każda cegła i deska, które składały się na ten skrupulatnie przygotowany pokaz.
– To tylko iluzja… – wyrzekła z rozczarowaniem Ira.
– Najpiękniejsza jaką znam – odpowiedziała nekromantka.
Ira znów zmrużyła oczy. Znów znalazła się wśród ruin.
– To ty? Czemu mi to pokazywałaś przez te wszystkie lata?
– Tobie? Patrzeć mógł każdy, a robiłam to tylko, by zaspokoić moją melancholię.
– Tak nie można. To…
– To?
– Nienaturalne.
– Zupełnie ludzkie, zwyczajne. Z pewnością mnie rozumiesz.
– Rozumiem.
– A więc?
– Nie mam czego tu szukać. Żegnaj.
Ira odeszła i nigdy już nie spojrzała w stronę Bladystawu. Czy dobrze zrobiła? Wątpiła do końca swych dni.
//takie nazwy miast zbitkowowyrazowe dosyć łatwo tworzyć - myślałem o Białystoku. Ira to może z łaciny, a może coś z zielonej wyspy, dla mnie po prostu brzmi miło dla ucha. Koncept to też bardzo dosłownie, bo to właśnie tym jest. Niepotrzebnie też to wszystko piszę, ale nie będę się specjalnie za to ganić - czasem można bowiem pozwolić sobie na to i owo
Komentarze (2)
Tekst jest świetny, z dobrym pomysłem i sprawnie napisany. Pierwsze zdanie (jak dla mnie) lekko przedobrzone, bo - jak mawiał klasyk - to co jest piękne, jest brzydkim. Później masz feerię barw, alabastrową cerę. Rozumiem, że to należy do klasyki gatunku i nie mam żalu. Tekst bardzo mi się podoba. Lubię takie klimaty.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania