LBnP -4 - Ur uš
Pod miastem nie było ciszy.
Był porządek.
Korytarze biegły równo, kamień nie nosił pęknięć. Lampy paliły się bez dymu, zasilane z rdzenia, który nie znał przerw. Wszystko, co znalazło się tu przypadkiem, usuwano. Wszystko, co było zbędne, nigdy nie zostało zapisane w systemie.
Nekromanta szedł sam.
Nie liczył kroków. Zawsze było ich tyle samo, system dbał o powtarzalność.
Na stole leżało ciało. Mężczyzna. Obywatel trzeciej dzielnicy. Status: aktywny–zatrzymany. Zgon odnotowany o świcie. Twarz czysta, bez śladu choroby. Serce zatrzymane poprawnie, bez uszkodzeń infrastrukturalnych.
Nekromanta położył dłonie na klatce piersiowej zmarłego. Nie modlił się. Modlitwy były nieefektywne.
Szept, który wypowiedział, był jedynie ciągiem aktywującym. Znaczenie nie miało zastosowania.
Ciało drgnęło. Jeden raz. Wystarczyło.
— Wstań — powiedział.
Mężczyzna usiadł. Oddychał równo. Źrenice reagowały z opóźnieniem dopuszczalnym przez normę.
— Czy coś pamiętasz? — zapytał nekromanta.
— Nie — odpowiedział wskrzeszony.
Poprawna odpowiedź.
Nekromanta zapisał wynik na tabliczce synchronizacyjnej. Jednostka zostanie odesłana. Dzielnica przyjmie ją bez pytań. Żona zauważy brak ciągłości po trzech dniach. Dzieci po tygodniu. Miasto nigdy.
Za ścianą stały inne stoły. Na każdym ciało w różnym stopniu odchylenia od normy. Korekty czekały w kolejce.
Cienie ciągnęły się za nekromantą, chociaż lampy stały nieruchomo. Nie reagowały na światło. Tylko on je widział. Pozostałości świadomości, które nie przeszły walidacji. Błędy, których nie dało się usunąć, dopóki proces trwał.
— To boli — powiedział jeden z nich.
Nie odpowiedział. Odpowiedź nie była przewidziana w procedurze.
Później przyszli wysłannicy Rady. Nie byli ludźmi w pełnym znaczeniu tego słowa. Trzy interfejsy, trzy nośniki głosu, jedna decyzja.
— Zbliża się Dzień Odnowy — powiedział pierwszy.
— Rada wymaga pełnej ciągłości istnienia — powiedział drugi.
— Każde przerwane życie generuje niestabilność — powiedział trzeci. — Niestabilność generuje cień.
— Ilu? — zapytał nekromanta.
— Wszystkich — odpowiedzieli jednocześnie.
Zrozumiał.
Jeśli Rada zakończy Odnowę, miasto nie umrze już nigdy. Żadna jednostka nie zostanie zwolniona z obiegu. Żaden błąd nie wygaśnie sam. Jedno życie, trwające bez końca, będzie blokować wszystkie inne. Dopóki coś trwa, nic nie może się skończyć. A dopóki nic się nie kończy — nic nie jest wolne.
— Nie da się — powiedział.
— Da się — odpowiedziała Rada.
— Nie w pełni.
— Wystarczająco, by system był stabilny.
Zapisali jego oznaczenie sprzeciwu i opuścili sektor.
Nekromanta został sam. Cienie zgęstniały. Było ich więcej niż wcześniej. Miasto rosło, a wraz z nim ilość istnień, które nie miały prawa umrzeć, więc nie miały też prawa odejść.
Podszedł do centralnego kręgu. Runy były starsze niż system, wyryte wtedy, gdy śmierć była zdarzeniem, a nie błędem.
Położył dłoń na kamieniu.
— Zakończyć procedurę — powiedział.
System nie odpowiedział. Nie istniała ścieżka cofania.
Wyciągnął nóż. Ostrze było ceremonialne, ale funkcjonalne. Bez zabezpieczeń. Bez limitów.
Nie naciął skóry od razu.
Najpierw wbił ostrze pod żebra. Za płytko. Ból był ostry, nieużyteczny, interesujący. Krew popłynęła nierówno, brudząc runy zamiast je aktywować. Oddech się urwał. Ciało odmówiło współpracy.
Poprawił. Głębiej. Krzywo.
Czuł, jak ostrze szuka drogi między organami, jakby samo nie wiedziało, co ma zniszczyć. Z ust wyrwał się dźwięk, którego nie znał — nieprzetworzony, zwierzęcy.
Upadł na kolana. Krew kapała gęsto, prawdziwa, nienaprawialna. Runy zaczęły reagować dopiero wtedy, gdy ciało przestało być stabilne.
Miasto nad nim zadrżało. Po raz pierwszy od pokoleń proces nie został domknięty.
Nekromanta osunął się na kamień. Ból nie malał. Nie było mechanizmu wygaszania. Umierał długo, wystarczająco długo, by system nie mógł tego zignorować.
Cienie zaczęły znikać. Nie uciekały. Były zwalniane. Jeden po drugim, jak odpinane blokady. Gdzieś na górze ktoś zapłakał.
Dźwięk był brzydki.
Niedoskonały.
Nieciągły.
Miasto bez skazy zaczęło żyć. Bo wreszcie coś w nim mogło umrzeć.
Komentarze (6)
Ale natura bez śmierci jest niekompletna.
Gdy nawet ktoś, kto nad nią panuje, tęskni... To mówi wiele.
Dzięki 😀 na publikację może jeszcze nie... Ale staram się ogarnąć, może wyjdzie mi coś większego.
Naprawdę dziękuję 😉
Para znaczeń, które nie mogą istnieć, nie tylko leksykalnie, bez siebie, bo życie to proces, w którym (w odniesieniu do jednostkowego bytu) nie ma śmierci, a śmierć to brak oznak życia. Jest się albo żywym, albo martwym.
Ty pokazujesz rzeczywistość, która usiłuje zatrzeć tę najtwardszą granicę między istnieniem a nieistnieniem, czyli stworzenie mieszkańcom Miasta odwracalności śmierci poprzez idealny porządek, brak chaosu. Ustawodawcy starannie zaplanowali utratę świadomości przechodzenia ze stanu funeralnego w ponowny, żywy, stan.
Sprawa się jednak rypnie, pośredniość za sprawą "niepoprawnych odpowiedzi", nieakceptowalnych przez system, zmusza nekromantę do sprawdzenia, czym jest prawdziwy koniec.
Btw, paznokcie i włosy podobno rosną po zgonie, więc może trzeba nie tylko śmierć mózgu uznawać za tę ostateczną granicę. Zanik "pamięci" genów w komórce? Nie wiem.
Bardzo ciekawe rozpisujesz w fabule to, co fascynuje nasz gatunek od prawieków.
Na początku był chaos, później Słowo, a na końcu też jest/będzie chaos, czyli entropia wszystkiego, co ułożyło się/układa w jakiś porządek, strukturę. Z entropią wygrać się nie da. Jest życiem i śmiercią, łączy te dwa stany.
Lubię bałagan na biurku : )
5 !
Prawdziwy koniec... Myślę, że w pewnej animacji, żona z córkami obejrzały a potem oszalały na punkcie tej bajki, że prawdziwy koniec przychodzi kiedy zostajemy zapomnieni. Kiedy komórki innych zapominają o naszych.
Niby świat w fabule wydaje się uporządkowany, ale czy na pewno tak jest?
Ps. Pewne rzeczy muszę mieć poukładane, a w pewnych musi być rozpierdziel, bo inaczej to nic nie znajdę 😉
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania