Limeryki na różne tematy
Benek Zając, z Poznania chłopisko,
się oszczędzał był na modłę chińską.
Osiem dziennie stosunków,
ale bez pocałunków,
śmiesznych ruchów, no i bez wytrysku.
Wiesio Królik, modniś ze Zgierza
damskie stringi lubił przymierzać,
aż usłyszał od żony:
przestań, zboku skończony!
Lecz nie przestał, bo miał w sobie zwierza.
Tomasz Byk z Dolnego Grodziska
z mlekiem matki ars amandi był wyssał.
Zosię głaszcząc po uszku,
Kamasutrę w paluszku
miał. Zaś Zoś rzekła – Tomuś, nie piskaj!
Czesiek Bażant spod samej Kuźnicy
posmakować zapragnął dziewicy.
Koleżanki Bażanta
miały go za palanta:
„Weź se przywieź, lecz zza granicy!”
Zatwardziały onanista z Mżygłówka
lubił pieścić się rozpieszczając słówka:
"Nio i cio tam malusi,
wyśtaw główkę z lączusi..."
Dniem i nocą - wsuwka, skuwka, zasuwka!
W tarapaty wpadł z Ostrowca Henio
Z Bogumiłą Ostrą się żeniąc,
bo dzień w dzień u Bogusi
na śniadanie jeść musi
z mlekiem płatki, lecz – jalapeno.
Komentarze (25)
Podział był na trzy kategorie, ale teksty wierszyków zbijały się z tymi wypisanymi kategoriami i nie mogłam tego edytować, więc kategorie pousuwałam. A były to:
1. Nazwiska (Zając, Królik, Byk, Bażant).
2. Limeryki ortograficzne (wyjątki) - tu akurat tylko jeden.
3. Potrawy (paprykarz, płatki śniadaniowe).
Obśmiałam się jak dzika. Szczególnie z drugiego :-)
Miło mi:)
Zarąbiste limeryki! Niekanoniczne, bo rymy niedokładne, ale śmieszne i z absurdem!
Uśmiałam się! :))
Dzięki!
Nom, powinien być rym dokładny, jak w limerykach Parlickiego poniżej, aczkolwiek on ma różne limeryki - dobre i mniej, często idzie na łatwiznę i stosuje rym gramatyczny, za to ma fajoskie onamudaje ?
Liza z Belize
Pewien dziad raz w Belmopan w Belize
zapoznał brzydką dość babę Lizę.
Stwierdził: - ta Liza be,
bo ma szpetną gębę,
lecz po ciemku to chętnie w nią wlizę.
Tu rym dobry i puenta ok, lekka niedokładność dopuszczalna: be-bę.
France
Stewardesa - najładniejsza z tych w Air France
tak fruwała, że złapała w końcu francę,
lecz mieć francę we Francji
to jest szczyt elegancji,
więc ją nawet przekazała koleżance.
W powyższym świetny humor, ale rymy ubogie, ciekawy zabieg językowy - france zrymowane jak napisane, a nie jak się czyta ?
No, w tym drugim to się nie postarał, bo skoro France każe nam czytać tak jak jest to słowo zapisane, to i Air powinniśmy czytać tak samo, a wtedy "Air" to nie jest już jedna sylaba, a dwie: a-ir. Czytając (wymawiając) po angielsku - słyszymy jedną: "er". I teraz Parlicki ma w pierwszym wersie 13 sylab, a w czwartym i piątym po dwanaście. Poszedł na łatwiznę! :)
Fajna zabawa z wymawianiem tak, jak zapisane jest też np. tutaj. Ale tu jest w pierwszym, czwartym i piątym taka sama ilość sylab, po dziewięć:
Nielubiany młodzieniec z Cologne
Jęknął raz: „Z bólu pęka mi skrogne!
To już nie migrena,
To jakaś gangrena!
Lecz cóż zgon mój, gdy nie dba nikt ogne?...”
(z anonimowego autora angielskiego, przeł. S. Barańczak)
Trzy Cztery
Czytałam pracę doktorską na temat przekładów Barańczaka, niestety nie trzymał się oryginału. Barańczak uprawia świetną ekwilibrystykę słowną, ale z humorem u niego cieniutko ?
Limeryki pisze się też akcentowo, wtedy jest różna liczba sylab.
Szpilka, zgadza się. Jeśli jednak i Air czytać "jak napisane", pada także i akcent.
O tłumaczeniach Barańczaka czytałam kilka wypowiedzi dobrych tłumaczy, niestety, też są Twojego zdania - zbyt często odbiegał od oryginału. Czytałam też tłumaczenia tego samego utworu zrobione przez kilku różnych tłumaczy i - rzeczywiście - widziałam to.
Za to kilka jego wierszy zrobiło na mnie duże wrażenie.
Trzy Cztery
Nom, wiersze tak, poniższy uwielbiam ?
Mieszkać
Mieszkać kątem u siebie (cztery kąty a
szpieg piąty, sufit, z góry przejrzy moje
sny), we własnych czterech
cienkich ścianach (każda z nich pusta,
a podłoga szósta oddolnie napiętnuje
każdy mój krok), na własnych śmieciach,
do własnej śmierci (masz jamę w betonie,
więc pomyśl o siódmym,
o zgonie,
ósmy cudzie świata, człowieku)
Barańczak
Tak, znam ten wiersz. Moim ulubionym jest "Altana". Pewnie nie jestem oryginalna:
Altana
W tej, jak ją zwano trochę na wyrost, altanie,
naprawdę - budce z dykty i blachy falistej
na ogródkach działkowych (nie dano im istnieć
zbyt długo - nie wiedzieliśmy, że jest już w planie
budowa przelotowej arterii)... Zerwane
z drzewka, z ust w pocałunkach wyjadane wiśnie
były w tej, jak ją zwano na wyrost, altanie,
naprawdę; w budce z dykty i blachy falistej,
gdzie miejsca ledwie było dość na całowanie -
owoce, pestki, usta były, rzeczywiste...
I jak to jest, że potem mogłem istnieć wszystek,
mając w sobie choć jedno Nic: to nieprzetrwanie
śladu po buldożerem zgładzonej altanie,
naprawdę - budce z dykty i blachy falistej?
Barańczak
Trzy Cztery
Nom, Barańczak świetnie rymem operował, znalazłam jego villanellę, w czwartej strofie aż trzy zaimki zwrotne, dziś się tępi, ano panta rhei ?
Znalazłam też villanellę eksperymentalną Gilberta Sorrentino, ciekawa i znów odnoszę wrażenie, że już wcześniej wszystkie warianty w twórczości wypróbowano, a nam nic nie zostało ?
Poręcz
Milkliwie oschła dobroć kanciastej poręczy
z - jakby spolszczył imigrant-cieśla - tubajfora
(;two-by-four): kto spamięta? I kto się odwdzięczy
za jej sosnowe wsparcie, za rytm, w jakim jęczy
w porze przypływu zawias pomostu, raz po raz,
żeliwnie? Postna szczodrość, najciaśniej podręczny
pień nauk zheblowany w przyziemny, bezdźwięczny
głos, w linię prostą, prostą jak próg czy zapora:
Tu? Błąd. Wróć. Kto pamięta? podnosi wzrok, wdzięczny,
znad niewy woły walnych negatywów tęczy:
zimnych głębin? A „zim nych" to nie metafora:
igliwia skostnień mrowią w nas, nas tępo dręczy
próchno, któremu trzeba okuć, plomb, pajęczyn
filtrujących owadzi mrok, podpór i porad:
Stój. Bądź. Trwaj. Kto spamięta? Nikt. Kto się odwdzięczy
choć słowem za to, co się coraz głębiej piętrzy
w nim, ten stos, skarb, dług, z którym już się nie upora?
Nikt. Linia prosta obok, nie w nas, znów poręczy:
To? Byt. Twój. Kto spamięta? I kto się odwdzięczy?
Barańczak
"nas tępo dręczy// próchno, któremu trzeba okuć, plomb, pajęczyn/ filtrujących owadzi mrok, podpór i porad(..,)// (...) Linia prosta obok, nie w nas"
Piękne to.
A ja nie lubię limeryków. To tak:
- Jedna baba, drugiej babie...
nie oceniam więc.
O, nie zgodzę się. Limeryki to czasem wierszyki napisane z ogromną finezją. Dzięki za wizytę i - mam nadzieję - czytanie, chociaż, bez oceny.
Ten limeryk można porównać do gry perwersyjnej przez Anglików zwanej 'edging' — nalać, ale nie przelać, wejść na sam czubek, nie przegiąć, łechtać, nie sprawiać bólu, rozśmieszać, nie obrażać, czyli tańcować na główce od szpilki. Dla każdego coś miłego. Autorka ma wszechstronne podejście do zagadnień obyczajowości.
Miły komentarz. Dziękuję. Muszę jeszcze te limeryki dopracować. Przed chwilą poszukałam w notatkach i znalazłam jeszcze dwa, tym razem z cyklu "poprzestawiane sylaby":
Mleczarz Wojtek z zielonego Supraśla
Z lubrykantów preferował masła,
bo gdy raz przed dziewczyną
wał-smaro margaryną,
miast rozpalać się, dziewczyna gasła.
W kach-piel-grzym do Grabarki, Lichenia
by-sy-la ktoś w dze-dro pozamieniał.
Ru-ją-ma-sze cho-tą-pie,
wierzą lecz (a nie wątpią!),
że szyk wróci podczas chodzenia.
:)
Trzy Cztery↔No wiesz. Takie bezeceństwa:D↔Ale bardzo fajne:))
Najbardziej pierwszy i przedostatni, gdybym musiał wybrać:))↔Pozdrawiam:)↔%
Przedostatni lubię najbardziej. Dziękuję, Dekaos!
Przednie limeryki! Te z komentarza z przestawionymi sylabami też, znaczy dnie-prze. ;) Śmiech z samego rana - bezcenny ;)
Zgadza się. Też lubię. Dzięki, TseCylio! :)
Swojskie imiona i limeryki jak miodzio z ula. Pozdrawiam
Haha, dzięki. Bardzo się cieszę!
Cholera, umknęło mi to jakoś, a limeryki miodzio.
Podobnie jak pod nimi komentarze.
Dziękuję!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania