Moja Wilda
Wychowałem się na Wildzie, gdzie o świcie robocze buty budziły kamienice, a po zmroku Poznań kończył się o ulicę wcześniej.
Mówili, że mieszka tu szatan. I chyba tak było, tylko nikt nie wiedział gdzie.
Gwizdy szły po piętrach, zdejmowały nas z krzeseł. Matki znały ten język, czasem zamykały okna w połowie zdania.
Dziś po latach zadzieram głowę do tych samych okien. Twarze, które pamiętam, mógłbym jeszcze przywołać po imieniu. Tylko gwizdać chyba nie ma już po co.
Chodnik poznaje mnie po kroku. Ja poznaję go po płycie, którą korzeń podniósł jeszcze wtedy, gdy przeskakiwałem ją w biegu.
Kładę dłoń na drzewie. — To ty? — A kto tak staje zawsze w tym samym miejscu?
Stoję więc chwilę dłużej. Na Wildzie po zmroku wciąż mam z kim rozmawiać.
Potem poszedłem w świat. I stało się życie.
W obcych miastach uczyłem się nazw ulic, ale ludzi wciąż poznawałem po tym, jak wołają na siebie z daleka. I choć nikt tam nie gwizdał, odwracałem głowę, nasłuchując swojego imienia.
Bywało, że świat trzeba było układać od nowa. Zaczynałem od tego, co akurat miałem pod ręką. Dziś myślę, że już na Wildzie uczyłem się, jak dojść do domu, kiedy prosta droga przestawała być najkrótsza.
Trudno się tam dorastało. Dopiero po latach zobaczyłem, ile zabrałem ze sobą z tej ulicy, z której tak chciałem wyjść.
Z jej krzywego, popękanego chodnika ułożyłem sobie drogę, którą idę do dzisiaj.
A może już nie idę, a tylko na niej jestem…
Wszystko, czego szukałem, minąłem, a przede mną jeszcze wciąż reszta mojego uśmiechu…
Komentarze (2)
Witam Korzenie podstawą drzewa
Tak lata szczenięce przywiązują...
Dzięki
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania