Mroczny cz.1
Uzupełnianie serii.
***
W półmroku grube kotary wisiały przytrzymywane przez nietoperze. Kuliły się osłaniając pyszczki pod skrzydłami. Na parapecie stała doniczka, z zasianym ziarnem. Co miało z niego wyrosnąć wiedział tylko, ten kto je sprzedał na straganie podczas obrzędów z pogranicza mroku.
Pod ścianą stał, ogromny drewniany kufer obity czarną skórą, ze zwisającymi, naderwanymi rączkami, wewnątrz którego półki wyściełane były czerwonym aksamitem. Na nim leżał cylinder, przyprószony szarym pyłem z kominka. Surdut przewieszony przez oparcie krzesła dotykał swoją tylną częścią podłogi.
Do pomieszczenia wszedł z wysoko uniesionym ogonem, szmaragdowe kamienie błyszczały w jego czaszce. Biała kryza podkreślała jego pochodzenie. Mistrz kocur usiadł w pobliżu spróchniałej deski z dziurą w podłodze. Zastygł wlepiając ślepia w wystający sęk. Medytował nad sprawami bliżej nikomu nieznanymi.
Kruk siedział na drążku zwisającym z sufitu.
Zaraz za nim wkroczył pewnym krokiem, Mroczny Pan. Skinieniem głowy przywołał do siebie koszulę. Duch szafy podał ją bez zająknięcia.
Guziki zapinały się na nim same. Ptaszysko rozprostowało skrzydła, pochyliło się i przeskoczyło na ramię Pana.
Wciskał głowę do nadlatującego nakrycia głowy, ale Lokaj był szybszy. Poprawił mu kołnierz i podał wierzchnie nakrycie. Byłby już gotowy, gdyby nie te szczury, które za długo pucowały jego buty.
– Łamagi, parchate, do niczego się już nie nadają – syknął do nich, przechylając głowę w bok. Z tej perspektywy były mniej odrażające, obleczone skórą żebra, zaniedbanych istot odliczały oddechy na swoich łukach.
Wyciągnął cygaro z pudełka.
– Zapalisz ze mną? – Lokaj przez chwilę milczał.
– Mroczny Panie, ale ja jestem bez ciała.
– Wybierzesz sobie nowe wcielenie, zapewniam cię, że będzie w czym przebierać i wybierać.
Nadchodzi czas wyszczerbionego sierpa. Spójrz! Już się wyłania zza wysokich konarów.
Puste gałęzie plątały się między sobą, przybierając przy tym dziwaczne kształty.
Ogromne wrota zaskrzypiały posępnie. Wilgotne powietrze roznosiło zapach róż z pobliskiego ogrodu. Zaciągnął się nim mocno, aż uniósł się na czubkach wyglancowanych butów. Lokaj trzymał w ręce płaszcz. Przewieszony przez jego ramię, sprawiał wrażenie ruchomego wieszaka.
Mroczny zawirował w miejscu. Kurz wymieszany z piaskiem uniósł się ponad ich głowy. Powoli opadając, pokrył pomocnika drobnymi smugami.
– Teraz, chociaż widzę twój zarys – wykrzywił usta, pokazując dwa siekacze.
– O Panie, ja sam jestem siebie ciekawy – zachichotał.
Luster w pałacu nigdy nie było, nikomu nie były potrzebne. Nikt się nie zmieniał, starość zawracała przed ich obliczem.
Wysoki mur oddzielający posiadłość od reszty półdzikiego świata, porośnięty był pnączami. Grube pręty z ostrymi zakończeniami na końcach dotykały zwieńczonego nad nimi dzwonu. Długi sznur zwisał z supłem w połowie.
Szli w stronę wyjścia, rozglądając się po okolicy. Fontanna na dziedzińcu z mosiądzu pokryta była zielonym nalotem, kobieta wylewająca z wazy wodę, obróciła twarz, na której wykuty był smutny grymas. Ze zgrzytem metalu ręce uniosła naczynie wyżej, szum wody ustał, plusk ostatnich kropli, rozbił się o prostującą się taflę wody. Przeszli obok bezszelestnie, nie spuszczając z niej wzroku. Pozwoliła im odejść, strażniczka zbłąkanych istot, które lgnęły do niej spragnione wody.
W świetle płonących naftowych latarni tańczyły nocne motyle. Alejka była wąska i kręta, żywopłot zasnął w głęboki sen, pomrukiwał, sapiąc głębokimi oddechami w gęstwinie drobnych liści.
Srebrny wspinał się coraz wyżej, migotały do niego te o ostrych krawędziach zalotnie.
Przy wyjściu, zamiast klamki wisiała koścista dłoń. Mroczny Pan uścisnął ją, aż gruchnęły jej kostki. Szczęk zapadki ogłosił wyjście z posesji.
Po drugiej stronie unosiła się gęsta mgła, w jej białym woalu znikały ludzie istoty.
W oddali z zabudowań przebijały się wąskie pasma światła. Koła przejeżdżających drewnianych wozów, stukotem końskich kopyt rozbijały płytkie kałuże.
Lokaj wyciągnął z kieszeni utkaną z pajęczych nici chusteczkę. Przetarł sobie czoło i na wydechu rzucił.
– Panie w tym morzu kropel, gdzie wilgoć odbija na wszystkim swoje piętno, nie trafimy do zamku.
– Pójdziemy w dół, za tymi żebrakami – potrząsnął sakwą, z której wysypał na ziemię kilka srebrnych monet. Oczy zamroczonych od głodu wychudłych, skierowane były teraz na Lokaja,który w bezbarwnej ręce ściskał zapłatę. Podeszli powłócząc nogami bliżej. Skinieniem głowy, podał im po jednym ze srebrników.
– Za nami. – Najbardziej zarośnięty z nich, grubym ochrypłym głosem zawołał, odwracając się do nich plecami, ruszył w wyznaczonym kierunku, wymachując laską z karłowatego drzewa.
Przechodzili wzdłuż połamanych konarów drzew, kiedy mijali wyłaniające się w oddali cmentarzysko, stojąca na wysokim filarze rzeźba uniosła w górę skrzydła. W tym momencie zapatrzony w nią lokaj, zderzył się z jednym ze starców.
– Nie podchodź do nich zbyt blisko, są pokryci parchami, mają cuchnące oddechy. Obwisłe ramiona przykryte pozszywanymi szmatami, wlekli za sobą.
– Przeszyło mnie Panie jednego wcielenie, otarł się o mnie, poczułem jego kości i zaawansowaną zgorzel. Zostawił na mnie swój ślad, teraz resztki jego naskórka są na moim ramieniu – wzdrygnął się z obrzydzenia, strzepując brud ze swojej bezbarwnej powłoki.
Spod stóp wyrastały omszone płyty, do zamku było zaledwie kilkanaście metrów. Potężne ściany wyrastały z otaczającej je fosy.
Wycieńczeni przewodnicy jęczeli, kucając łapali się za skudlone włosy. Zagryzali pięści, drapali po rękach. Nie mieli prawa wstępu do środka, wygnańcy skazani na wieczny głód. Zawracali, żeby wrócić w to samo miejsce ponownie.
– Zaczęło się, słyszysz muzykę? – wyszeptał. Lokaj skinął głową. Przy okrągłym palenisku siedzieli zebrani, umorusani świeżą papraniną z otwartej klatki. Rozrywane kawałki włókien serca i pozostałych organów, z mlaskiem zanikały pomiędzy czarnymi startymi do połowy kłami.
Zamruczał wdychając parę z ciepłego jeszcze ciała.
Wataha zdziczałych zwierząt czekała na swoją kolej, resztki były porozrzucane po brukowanym podłożu.
Ogromna korona dębu, przez którą przechodziły czarne sznury. Na ich końcach zawieszone były pourywane kończyny.
Najstarszy w brunatnym kapeluszu wstał, przywołując metalowym hakiem pokraczną postać.
– Oto ona, wyszła z ostatniego tegorocznego zbioru. Z ziaren od mistrza można wyhodować piękne okazy. Połączyła się z ziemią i ma wystające korzenie z zębów, ale posłuszna z niej jędza. Szarpnął ją gwałtownie za długie kołtuny. Odsłonięte jej lico, posiniaczone miejscami przybrało zielonkawo fioletowy odcień. Głębokie jej źrenice, wciągały jego spojrzenie niczym otchłań. Pazury długie, ostro obgryzione zaciskała na udach. Syczała zaciekle, fukając na nich, tęczówki jej oczu robiły się coraz ciemniejsze. Białka płonęły w odbitych smugach ognia. Kobaltowy odcień łachmanów wykruszał z pogniecionych rękawów warstwy błota.
– Nie macie nic lepszego? Mroczny spojrzał na gospodarza.
– Oswoicie ją Panie, ma łagodną naturę. Pochodzi z rodu poskromionych. Nie było łatwo ją uziemić, będzie idealna na przyjęcie. Poprowadzi ją, kiedy się połączą duszami.
– Muszę zapewnić mojemu podwładnemu nowy wygląd, a ona jest zbyt...żarliwa.
– Rozdarli na strzępy młodzieńca, został po nim szkielet. Wzrostem pasuje doskonale. Panie władza nad kośćmi jest łatwiejsza w obsłudze. Niech przymierzy i dopasuje sobie strój.
– Przydałaby się skóra. Rozglądał się po zgromadzonych, zajętymi ucztowaniem.
Lokaj milczał na widok przyszłego siebie, kopnął leżącą piszczel.
Czaszka była pusta, uszy zwisały, a nos dyndał na jednym włosku.
– Wąchaj ziemię – wymamrotał do siebie.
*
Wciśnięty w kąt skrępowany siedział z wyprostowanymi nogami. Z zakneblowanych ust, ciche szmery zwabiły do niego mały zarodek, który uciekł z pękniętej glinianej donicy. Podskubywał w jego kieszeni jak resztki okruszków chleba. Długie paluchy niezgrabnie rozgrzebywały tkaninę. Stworek białymi kłami zgrzytał okropnie, drobnymi łapkami odgarniał z oczu opadające na nie fałdy luźnej skóry - nie zdążył napęcznieć przerywając cykl wzrostu.
Gospodarz przepędził dziecko roślin długim patykiem. Skulone schowało się pod dębową ławą, spijając resztki ściekających trunków spomiędzy dziurawych desek.
Stanął nad wyczerpanym okazem.
– Wstawaj! – nadeszła twoja kolej. Naga, mocno zadrapana czaszka, pochyliła się do przodu. Wyszarpnął mu nasączone wodą szmaty z warg, zaciągnął się gwałtownie powietrzem. Z trudem unosząc swoje poturbowane ciało. Wykopanie go w czasie upałów, wymagało wiele wysiłku.
Mroczny Pan, omijając cuchnące zwłoki, skinął ręką na lokaja przywołując go do siebie.
Przymierzysz najpierw jego koszulę. Nie czekając na podwładnego zdarł mu ją z pleców. Grudy na całych ramionach i wystające żyły, pulsowały w rytm uderzeń bębnów. Czerwona powłoka płonęła swoją barwą.
Bezbarwnymi cząstkami przenikał, przez głośno dyszącego ziemistego stwora. Wykręcał jego członki w różne strony, on tracąc kontrolę nad swoim ciałem poddał się niczym marionetka kierowana przez obce ręce.
– Jaką ma krew, jest czystej rasy, mięsożerny? – dopytywał lokaj, wciskając się w nowy nabytek.
Dokarmiany był dżdżownicami i resztkami z martwych zwierząt. – Gospodarz uśmiechnął się szyderczo. – A oprócz tego, specjalnym nawozem dla mało żyznej gleby.
– Panie to będę ja we własnej osobie – po chwili oczy młodego mężczyzny rozbłysły. Koszula opadła na jego ramiona. Usta drgały, konwulsyjne drgawki wstrząsnęły całym ciałem.
Zgromadzeni wpatrywali się w przemianę.
Uniósł się na palach i zawył żałośnie. Poruszył szczęką, która kłapnęła zagryzając pięść. Wypełniał wszystkie cząstki, przebijał na wylot nienamacalnymi igłami powłokę martwej już istoty.
– Niezgodność Panie była zbyt duża, odszedł do matki ziemi. – Połączenie z duchem roślin było niemożliwe. Czarne ślady po nim, skierowane w stronę pola zanikały. Lokaj wygładził jutowy worek, schował należące wcześniej odzienie do ciepłokrwistego mięsożercy. Wyrastające z szyi młode kłącze, oplatało jego ramię.
Odwrócił lico w kierunku wychodzącego zza wieży jasnego światła. Głębokie blizny na wystających kościach policzkowych przypominały zaorane pole. Przebijanie się przez szczeliny w ziemi, wymagało dopasowania do otoczenia. Oślepiło go na tyle, że sztywne gałki cofnęły się w głąb oczodołu. Zdrewniałe kule pełne ciemnej mazi, chlupnęły odbite od galaretowatego wnętrza czaszki. Wracając na swoje miejsce, wyłoniły pozbawione wigoru, wyłupiaste spojrzenie.
Potężnym dmuchnięciem z nozdrzy, wysunął się biały pędrak. Długim ozorem wydłubał go z dziurki i przegryzał z głośnym rozbryzgiem pękającego pod ciśnieniem ciała nieboraka.
– Soczysty i smaczny, spróbuj. –Wyciągając do niego niezgrabne palce, na jednym z drzazg pazurze, podał mu robala. Lokaj przeciągnął się przy tym prostując grzbiet.
– Sam zjedz, to twój pierwszy posiłek od tak dawna. Zasłużyłeś sobie na poranne biesiadowanie. Przyglądał się mu z lekką odrazą.
Podwładny oblizał popękane mięsiste wargi. Pomału stawiał pierwsze kroki, chwiejnymi ruchami podszedł bliżej do gospodarza.
– Wskaż mi gdzie jest dół, miejsce narodzin tego ciała?!
– Za tym wzniesieniem, są ich setki. Wyrastają im korzenie ponad ziemię, patrz uważnie pod nogi lokaju. Ten obok olbrzymiego głazu należał do niego. Panuje zaraza, stają się coraz bardziej odrażający. Rozgrzebują grudy zbitego czarno ziemia, wciągają i pożerają przy tym zbłąkaną zwierzynę-gospodarz, wypowiadając te słowa, westchnął ciężko.
Opuszczając dziedziniec Mroczny odwrócił się, spoglądając na uwięzionych w drewnianych klatkach ciepłokrwistych. Splątani długimi kłączami wyrastającymi z różnych fragmentów korpusu, siedzieli nieruchomo, oczekując na ostateczne ciosy rozgrzanych sztyletów. Okrutne było ich powolne konanie, brak warstwy chroniącej przed coraz gorętszymi promieniami, wysuszał ich dogłębnie.
W głębokiej wyrwie grząskiej ziemi, przykucnął zrezygnowany próbą ucieczki z pułapki. Nagromadzone usychające liście i podkurczone korzenie, były jedynym pokarmem. Skubał skrawek lnianego tobołka, którym się owinął. Wychudzone wiotkie nogi, z obwisłym brzuchem nie dodawały mu otuchy.
Pomiędzy grubymi powykrzywianymi konarami dębu, siedział pierzasty w czarnym kubraku. Zerkał przez gęstwinę pożółkłych blaszek listowia.
– Żałosny widok – rozmyślał nad schwytaniem łatwego kąska.
Niewiele większa od niego ofiara miała przewagę, w postaci ostro zakończonych pazurów na łapach. Pokrywał go zielonkawy meszek.
– Tylko grzybów brakuje – ze świstem dziurek w dziobie skrzeczał.
Korona drzewa poruszyła się, szarpnięta mocnym porywem wiatru. W połowie majestatycznego starca w miejscu zasklepionych pęknięć, szerokie zgrubiałe wałki wypluły wąską deskę. Przegryziona w połowie odsłoniła resztki zmielonych drukarzy. Z podmuchem zimnych porywów wirowały, opadając na ziemię.
– Naaaa coooo tak paaatrzyyysz? – powolnymi przeciągłymi ruchami suchego języka, nie otwierając zasklepionych powiek żywicą, wydusił.
Ptaszysko na półgłuche nawet nie drgnęło
– Przeeeeklllętte ttwojeee lotkiiii. – Głuuuuchyyy?
Z pod kory wyleciała zaspana mucha. Bzyczeniem wybiła pierzastego z zadumy.
– Zgubili go ci dwaj, którzy tędy przechodzili, dziecko roślin schowało się w jednym z ich tobołków. Sznurek musiał być przetarty. Same miękkie gnaty obleczone jeszcze młodą skórką, a już pomarszczoną i taką bladą – kruk spuścił głowę, przełykając schwytany w locie odwłok kornika.
– Staaanie ciii www gaaarrdlllee – wysunął z otworu gębowego zardzewiały gwóźdź, obracając nim pomiędzy włóknami niczym wykałaczką. Mlasnął i przeciągnął się ze zrzutem, zdrewniałej skorupy.
– Przydałyby ci się nowe podkowy, do mielenia tego robactwa – pierzasty zagwizdał ponownie.
– Zoostaaww tegggoo małegggo mięssożercą, zaooppiekują sieeę nim odddpowiednio. Zagrzmiał tak donośnie, że oklapnięte uszy podskoczyły gwałtownie, na małej kudłatej czaszce.
Nora wypełniał chłód, zawilgotniałe podłoże przenikało zmurszałe resztki roślin. Młode stworzonko powoli zapuszczało korzonki.
*
Przepychając się w wydrążonych tunelach na oślep sunęła przed siebie. Zatrzymała ją idealnie gładka powierzchnia. Zerknęła jednym maleńkim punkcikiem w sam środek cylindrycznego szkła. Po drugiej stronie zobaczyła umorusaną dłoń, która przytrzymywała ozdobną rękojeść. Drugim szeroko otwartym wypatrzyła sploty grubych kłączy, ukrywających w ciasnym położeniu równie mięsistą istotę co ona. Nadal byli pod ziemią z niewielkimi otworami wpuszczającymi łagodnie rozpraszające się jasne wiązki światła.
Oddychał niespokojnie, nasłuchując szelestów poprzerywanych szuraniem ciężkich stóp. O czymś rozmawiali, ale były to tylko rozciągnięte przez wiatr dźwięki.
Siewcy ogromnymi podeszwami rozgniatali rozrzucone grudy ziemi. W koszach wyrwane dzieci roślin z gęsto rozmieszczonych dołków piszczały oblizując okaleczone końce pępowin.
– Zanim dotrze tu zaraza musimy wszystkie przenieść. Kiwał głową spoglądając na dogorywające słabo rozwinięte jednostki. Sypnął z irytacją garść pyłu za siebie. Drobinki wlatywały do przykrytej warstwą ziemi jamy, wirując pod wpływem ciepłego oddechu. Opadając zakręciły mu w nosie. Gwałtownym wyrzutem zanieczyszczeń poderwał się i uderzając głową we wieko przebił się na wylot z hukiem. Usiadł oszołomiony, elastyczne sploty szarpnęły nim z powrotem, przyciskając go do podłoża. Cylinder leżał obok pognieciony. Otępiałym wzrokiem zobaczył nad sobą czyjeś twarze.
Nie mógł otworzyć ust, skrępowane przerostami wykręcały się w różne strony. Długimi ostrzami nacięte macki roślin, cofały się w głąb ciemnej wyrwy. Mężczyźni wyszarpnęli go z dołu. Ułożyli płasko wycierając z niego resztki soków pozostawionych po roślinnej pułapce.
–Teraz już wiesz czym byś się stał, gdyby nie nasza pomoc – wydusił z siebie zmęczonym tonem jeden z siewców. — Twój towarzysz nie miał tyle szczęścia. Zassały go swoimi korzeniami, rękawiczka z jego skórą z dłoni zdążyła już mocno się wysuszyć. Rozkładał przed nimi ramiona.
– Lokaju! – wyszeptał w nadziei, że zdążył uciec z tego niefortunnego położenia.
*
Macki roślin wbijały się w jego komórki wysysając z nich płynną życiodajną ciecz. Syczał po każdym nakłuciu naskórka, wnikały w głąb mięśni zatrzymując na kościach. Oplatały je tak jak bluszcz swoimi mackami pokrywa korę drzewa. Rozrywały go powoli, rozciągając w różne strony. Czekał, aż te podłe ukorzenione stwory, dokończą swoją konsumpcję. Czuł śmierdzącą obecność mazi toczącej się z guzów. Była blisko, wyczuwał jej obecność, kąsała młode ledwo ukorzenione dzieci mięsożerców. Przeobrażały się w wiecznie wygłodniałe sępy. Atakowały wynurzając się z dołków znienacka, podgryzając ścięgna w nogach.
– Lokaju! –Znajomy dźwięk przenikał jego naderwane uszy.
Potrząsnął głową, nic już nie widział, oczy nabite na ostrze jak noże paluchy potwora zniknęły w ciemnych czeluściach dziury, w której spoczywał. Resztkami sił wysunął się z galaretowatej powłoki. Rozgrzebując ziemię nad sobą wyczołgał się oblepiając przy tym ziemią.
Rozmyty obraz nabierał kształtów, przetarł oczy drobinkami czarno ziemia. Piekły go oczy, wrócił do swojej bezcielesnej formy, oddychając głęboko.
– Tu jestem – ochrypłym głosem zawołał swojego pana.
Poczłapał powoli, ostrożnie stąpając po polu usianym siatką pułapek w stronę Mrocznego. Na jego drodze pojawiła się smukła postać. Widział ją niewyraźnie — pochylona jakby coś chciała podnieść. Nie stała długo w miejscu, zniknęła tak szybko, jak się pojawiła, odsłaniając leżącego Pana i siewców klęczących przy nim.
Kulejąc brnął na przód, grudy ziemi osuwały się z niego lawiną. Chmura pyłu, jaka mu towarzyszyła opadała zacierając ślady jego bosych stóp.
*
Podziemia pałacu skrywały ukryte włazy. Ciężkie dębowe dechy zgrzytnęły, ocierając się o nierówno ociosane boki wejścia z piaskowca. Schodki wytarte od skórzanych podeszew butów były lekko zagłębione. W panujących ciemnościach krypta spoczywała od lat. Zdobione wieko motywami roślinnymi przyprószył żółtawy pył z sufitu, po którym cienie pochodni wędrowały, wykruszając drobiny, pozostawiając czarne dziury. Pancerze rdzawych owadów przemykały pomiędzy nogami, czułkami nadawały sygnał, zapach ich odwłoków, był mdły przepełniony cząstkami zgnilizny. Obok spoczywała drewniana trumna na podeście. Zapomniane organy grały w akompaniamencie zwisających nisko pajęczyn, falowały w ciepłym rytmie płonącego drewna.
Powleczoną koronkowymi rękawiczkami dłonią, odsłoniła woalkę z jasnej skropionej potem twarzy. Rozbłysk światła spod pokrywy rozsunął sarkofag. Wyszła z niego w ciemnej sukni. Złote nitki mieniły się w blasku płonących świec stojących na krótkich filarach. Rzeźby chimer z pochylonymi głowami strzygły dużymi szpiczastymi uszami, chichotały przy tym, trzęsąc się miarowo.
Wyciągały w jej kierunku łapy, próbując dotknąć długich, prostych, włosów. Skarciła je spojrzeniem tak wymownym, że zadany cios zatrzymywał im oddechy. Zastygały w bezruchu, prostując grzbiety wciskały się w zakamarki bloków ze ścian. Stąpała wolno, szeleszcząc przy tym złowieszczo.
Potrafiła być delikatna jak lot trzmiela i zwinna niczym jaszczurka uciekająca z rozgrzanego kamienia.
Zatrzasnęła za sobą właz, przyciskając go obiema dłońmi. Westchnęła ciężko, na samą myśl, że znowu musi wrócić na powierzchnię. Spoczywała w spokoju, aż do tego dnia. Uwierał ją gorset zbyt mocno związany, żebra nie pozwalały na pełny oddech. Zrosły się podczas rozkładu ze wstążkami. Wracanie do dawnego wyglądu, było nad wyraz uciążliwe.
*
Mroczny majaczył z odwodnienia. Przywoływał ją zza światów, szeptał w spazmatycznym uniesieniu. Lokaj docierając do niego, ukucnął, dotykając jego czoła wyszeptał.
– Panie zamilcz! Ona nie może wrócić.
Odepchnął go od siebie.
– Zgiń, przepadnij... – wysyczał.
Był już po drugiej stronie, na sali oświetlonej migotliwym blaskiem świec zwieńczonych z żyrandoli.
– Muzyka. Orkiestro graj!
Zmrużył oczy, a ona stała u jego boku. Uśmiechała się tajemniczo. To była jedna z nocy, w której nikt za nią nie krzyczał.
– Kulka w łeb ty diablico!
Wolna od wideł i noży w swoim ciele, bez grzechotu łańcuchów i ciężkich kajdan, unosiła się lekko na palcach. W tańcu ważyła tyle, co garść piór, a on w swojej czerni skrywał nadludzką siłę.
Zamroczony zapadał w coraz głębszą otchłań.
– Panie – szepnęła mu do ucha – czas wracać do pałacu. Szarpnęła go za ręce, opadł bezwładnie na ziemię. Podała mu kilka kropli płynu o zielonkawej barwie.
Wielki chełst powietrza wypełnił jego płuca. Zawirowało przed oczami, czuł jak go pochłania gęsta mglista poświata. Łzy napłynęły do oczu, jej widok przyćmił na chwilę ból.
Stukot kół był coraz wyraźniejszy, dorożka pędziła uliczką w stronę pałacu. Woźnica strzelał batem w końskie grzbiety.
Starucha stała na zakręcie, trzymając w dłoni zwój pożółkłego papieru.
Kaptur opadał na jej łysiejącą głowę, a małe lusterko wystawało z poszarpanego odzienia.
*
Słabe promienie chylącego się ku zachodowi okręgu, oświetlały miękką barwą jedwabiście gładkie policzki Mrocznego. Widział ją sunącą wolno w jego stronę, zwierciadło odbijało wszystko na swojej drodze. Postać z niezliczoną ilością zmarszczek uniosła wzrok, lustrując lokaja od góry do dołu. Stanął przed nią, zagradzając drogę. Wyciągniętą dłonią dotknął srebrnego szkła. Zmatowiało, a jego palce pokrył spopielony nalot, wąska smuga dymu i towarzyszący jej syk, zamieniały go w popiół. Skłonił nisko czoło, kurcząc się powstrzymując krzyk. Na rozwiniętym przed nim pergaminie odczytał swoje imię, wiedział, że kiedyś go dogoni. Starucha zgniotła stary suchy liść ukryty w kieszeni. Proch Lokaja rozwiał wiatr.
Dorożka zatrzymała się przy bramie. Konie stukały kopytami nerwowo o kocie łuby drogi.
Mroczny opierając się o ramie kobiety, powłóczył nogami.
Koścista dłoń w bramie luźno zwisała. Poruszona przez Sissele rozleciała się na kawałki. Kocur stał przy wejściu, a kruk krążył dookoła, wypatrując przybyszy. Osłaniał ich olbrzymi parasol z mgły. Zapach róż był coraz bardziej wyraźny.
– Jeszcze kilka kroków – pocieszała wyczerpanego Pana.
Potknął się, prawie upadając. Mistrz kocur podbiegł do nich w ostatniej chwili, wspierając go krótkimi łapami.
– Wszystko jest gotowe pani. – Poruszył wąsami, uchylając drobne, blade usta. Uśmiech zwątpienia spłynął z jego pyska, kiedy zauważył kruka z pobielonymi skrzydłami.
Wycelowane odbicie światła w jego stronę poraziło jego skrzydła, staruszek opadł na ziemię. Powykręcane pazury utrudniały utrzymanie równowagi.
Zimny podmuch z holu, owiewał ich twarze. Kręte drewniane schody prowadziły na górę do komnat. Ptaszysko wpadło za nimi, ostatni błysk lustra wypalił w dębowych masywnych drzwi pałacu czarny okrąg.
– Starucha was śledziła? – z niedowierzaniem zerkał na Mrocznego, który starał się ukryć przed nim twarz.
– Dopadła nas po drodze, jej lustro...
– Niszczy wszystko, co żywe na swojej drodze - dokończy kocur, z zielonym refleksem w ślepiach, odbitym od cienkiej wiązki zza grubej kotary.
– Z siostrą śmierci się nie zadziera – skrzeczał kruk.
Położyli Pana na skórach z niedźwiedzia, w pobliżu kominka. Długie złote pasma ciepła, wychylały się z paleniska. Sissela podała napar z ziół, pił łapczywie z widoczną ulgą.
Odsłonił opadające posrebrzane kosmyki włosów z twarzy. Cienkie pajęcze nici, rozrastały się na jej skórze, pokrywając głębokie bruzdy ze zmarszczek.
– Zabiera mi ciebie znowu – łamiącym się głosem wyszeptał.
– Spotkamy się po drugiej stronie kryształowego zwierciadła.
Znikała powoli, w kłębach ciemnego dymu.
*
Psi swąd, z boru przemądrzałych dębów z watahy popielnej, wpadł w przerębel podczas przemieszczania się rodziny w rejon wysokich gór. Wycieńczony skomlał na brzegu otwartego oczka lodowego. Wyciągnął go z pułapki myśliwy, służył na dworze hrabiego, podczas najcięższej zimy w dziejach Szkarłatnych cieni. Wyrósł na ogromnego wilczarza. Szara szorstka sierść zmatowiała wraz z dorastaniem Mrocznego. Chłopiec był utrapieniem magów, niesfornym, który wykradał specyfiki, zmieniał ich skład, żeby podglądać wyczyny potężnej siły w rękach zrozpaczonych staruszków. Wybuchy w pokoju zabaw, były codziennością. Umorusany od sadzy gasił kocem nadpalonego przyjaciela. Pies wylizywał skrzętnie rany, cuchnąć eliksirami. Matkę stracił w równy rok po narodzinach. Był to znak, głoszący, że nosi podwójne brzemię, gdyż ociec odszedł w noc tej samej doby. Został w dworze z wiernym Lokajem i kilkoma osobami pomagającymi utrzymać majątek.
Z wilczarze nierozłączni pokonywali ogrodzenia potężnej posiadłości. Wymykając się niani, polowali na zające. Nożyczki z uszu cięły powietrze w pędzie przed instynktem długołapego psa.
Biegli tak, aż na skraj granic strumieni. Ciche zawodzenie ostrzegało ich przed przejściem na drugą stronę. Zające rozrywały zasieki z lodowych kolców. Bariera wiedźmy nie przepuszczała niczego co posiadało ciepło. Rozsiane po okolicy sieroty kostuchy, gnieździły się w rozsypujących od wiatru chatach. Mdłe światło świec ogrzewało blade lica granatowych od odmrożeń twarzyczek.
Niedoszłe wymordowane dzieci, podczas żniw letnich dorastały pod dachami zgnilizny i bagiennych podłóg. Jedno z nich uciekło, otulone mrożonym płaszczem. Dziewczynka o szklanym spojrzeniu, przeczołgała się pod wykopanym przez lisa tunelem.
Zagarnięte z przytułku resztki jedzenia wywęszył pies Mrocznego, wilczarz rzucił się na przestraszoną dziewczynkę. Oblizując jej twarz przewrócił ją na ziemię. Szamotała się próbując zasłonić twarz przed ogromnym mokrym pyskiem.
– Odejdź! – Cicho wołała, wiedząc, że las może wciągnąć ich z powrotem długimi korzeniami.
– Nie mogę tu zostać. –Wywinęła się z uwięzi potężnych łap.
– Kim jesteś? – Zdyszany od biegu za psem chłopiec odkrył znalezisko przyjaciela.
Zbłąkany z pola uprawnego Psi swąd zwęszył trop. Starucha przygarbiona snuła się po dziedzińcu. Niewiele jej zostało czasu. Na wielkiej busoli zawieszonej na szyi, tryby napędzone przez napiętą sprężynę poganiały dwie metolowe blaszki. Dzień schodził z warty, przekazując czujność ciemnej stronie.
Skradał się bezszelestnie z ciężkim łbem przy ziemi. W żywopłocie ptaki ucichły, koniki polne grały wieczorną nutę, zagłuszając szum przelewającej się wody w fontannie, na środku dziedzińca.
Rzucił się na nią, wyskakując z rzadkiego pasma zieleni. Wbił jej zakrzywione kły w kark. Starucha upuściła lusterko na tyle niefortunnie, że kiedy się nad nim pochyliła, pękając buchnęło w nią żywym ogniem. W paszczy gorąca, czaszkę objął płomień. Długie pasma żaru, wciskały swoje końce do uszu i pustych oczodołów. Skwierczenie strawionych wnętrzności powoli cichło. Jej jęzor zwinął się w trąbkę, wypuszczając ostatni agonalny akord. Stwór wyszarpując kawał ciała, zawył poparzony. Odskoczył od cielistej pożogi. Czarna chmura ulotniła się w kierunku pałacu.
*
C.d.n
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania