My już dawno przegniłyśmy - Rozdział 2

II

Zacisnęła rękę na oparciu fotela, by opanować drżenie ciała. Przed nią znajdowała się tylko pusta ściana. Stara tapeta z wyblakłym wzorem, odklejająca się miejscami. Czyli to, czego można się było spodziewać. Nie chciała patrzeć dalej, ale stała dokładnie na przeciwko, nie miała szansy, by udać, że to tylko przywidzenie.

Miejsce, gdzie tapeta nagle się kończyła, ziało czarną pustką. Wnęka w ścianie, pewnie sekretne przejście dla służby. Tylko niestety, takie wyjaśnienie nie miało racji bytu. Sofje i Majda chodziły głównymi korytarzami, reszta służby również. Czy pałac Kiereńskich w ogóle był wystarczająco wielki, by pomieścić w swoich ścianach sieć dodatkowych korytarzy? Wokół wnęki nie było pajęczyn, tylko wirujący kurz, więc jednak były w użyciu? Larysa próbowała myśleć, przypomnieć sobie rozkład sal i korytarzy, ale nie potrafiła zebrać myśli, roztrzaskały się jak szkło o podłogę. Nieświadomie postąpiła pół kroku do przodu, porzuciła kotwicę przytrzymującą ją do buduaru i do rzeczywistości, ale ona sama nie wyczuła żadnej zmiany.

Larysa była przekonana, że tylko podejdzie do ściany, żeby zamknąć wnękę. Odciąć się i zapomnieć o tym incydencie. Bo dla niej był to jedynie kolejny incydent, drobnostka. Mogły budzić drobny niepokój, ale nic więcej. Nie można przecież panikować tylko dlatego, że pełna szklanka mleka pozostawiona w sypialni po powrocie do pokoju jest pusta. Nie ma też nic dziwnego w tym, że budzisz się w środku nocy, a na twoich piersiach siedzi stary kocur i wpatruje się w twoją twarz. Cień wisielca przy starej wierzbie jest tylko cieniem, chociaż nie ma niczego, co mogłoby go rzucać. Dziewczyna była pewna, że to kolejna taka sytuacja. Nie zdawała sobie sprawy, nie tak naprawdę, jak wiele w tej kwestii zdążyło się już zmienić.

Larysa skupiła się i zebrała rozrzucone myśli. Wiedziała już, że w takich chwilach otoczenie się kloszem rozważań, nawet jeśli nie do końca logicznych, pomagało jej się utrzymać na powierzchni. Nawet jeśli hrabina nie wiedziała o tym przejściu, nie musi dowiadywać się o tym teraz. Zresztą, matka miała rację, jest już zmęczona i nie chciała wzbudzać kolejnej fali zainteresowania. Wolała jeszcze wierzyć, że mimo wszystko jej wpadka może i nie zostanie zapomniana, ale przynajmniej przygniotą ją inne, ciekawsze wydarzenia podczas balu. Podeszła bezszelestnie do ściany.

Obraz przed jej oczami rozmazał się na krótką chwilę. Dopiero po chwili zorientowała się, że stoi na granicy. Jest w środku, tylko jedna stopa nadal dotyka podłogi buduaru. Korytarz zakręcał w jedną stronę, wątliło się tam światło. Usłyszała też szmer, coś jakby muzykę. Zainteresowało ją to i nawet się nie zorientowała, gdy ruszyła w tamtym kierunku. Czuła przymus, którego nie była w stanie zignorować, tępe pulsowanie z tyłu głowy. Ale przeszyła ją również fala ekscytacji. Granice między światami zbliżyły się do siebie na wyciągnięcie długiej upiornej ręki, a wichry ze świata żywych unosiły ciężką zasłonę. Ci, wyczuleni na zmiany, a Larysa do nich należała, chociaż nieświadomie, mogli je zwęszyć

w zapachu powietrza albo dostrzec w ruchu wody. Dziewczyna wyczuwała tę uwolnioną energię, ale nie wiedziała, jak wielki ma na nią wpływ. I że nie ma z nią żadnych szans.

To nie był korytarz, a jedynie wąskie przejście do następnej sali. Wyglądała identycznie jak sala balowa pałacu w Tuligłowach, tylko mniejsza. Układ był podobny, lewa ściana pokryta niekończącym się szeregiem luster, a po prawej ciągnęły się wysokie okna. Ciemność śmiało zaglądała do pustego wnętrza, odbijając swoje palce w brudnym szkle. Brakowało tylko orkiestry i tancerzy, ale dziewczyna zdała sobie sprawę, że nadal słyszy szmer, trochę głośniejszy niż wcześniej. Dobiegał zza lustrzanej ściany. Rozpoznała w nim pierwsze dźwięki muzyki, muzycy przygotowywali się do pracy.

Larysa odwróciła się, drzwi buduaru pozostawały zamknięte, a w sali było coś kuszącego. To że była opuszczona, że mogłaby ją mieć tylko dla siebie. W lustrach odbijało się gwieździste niebo, a zza ściany rozbrzmiały pierwsze takty jej ulubionego walca. Tego do którego zaprasza się młode panny na wydaniu, który poprzedzał pierwsze nocne modły. Powinna tam teraz być, a młody Ignacy Lubieński powinien poprosić ją do pierwszego tańca. Oczywiście, by się zgodziła, ale gdzieś w głębi serca cieszyła się, że jednak do tego nie doszło.

Muzyka wezbrała na sile, może orkiestra była tuż za lustrzaną ścianą albo to tylko jej wyobraźnia i pamięć sprawiały, że słyszała ją tak wyraźnie. W głowie Lary pojawiła się szalona, obca myśl, że to byłaby wielka szkoda, gdyby opuściła bal chociaż bez jednego tańca. Dziewczyna przyznała rację tej dzikiej myśli i weszła na środek. Sala, chociaż mniejsza niż jej oryginał, i tak była ogromna dla jednej tancerki. Wsłuchała się w muzykę i zaczęła wirować. Kątem oka śledziła swoje odbicie i jeszcze bardziej doceniła podarunek od hrabiny. Materiał sukni tak ślicznie owijał się wokół nóg, że wydawało się, że Larysa z odbicia unosi się odrobinę nad parkietem. Muzyka zaczęła być coraz donośniejsza, jakby pochodziła prosto z głowy dziewczyny. Mogłaby polecieć w stronę gwiazd i pozwolić, by ciemność chwyciła ją w swoje szerokie ramiona. Uśmiechnęła się.

– Najdroższa?

Zatrzymała się w półkroku, suknia jeszcze wirowała wokół jej sylwetki. Zrobiła kilka chwiejnych kroków człowieka powracającego do rzeczywistości z zakamarków własnej wyobraźni. Nie wiedziała na czym skupić wzrok i niepewnie szukała wokół siebie właściciela głosu, ale nawet nie wyczuwała, by ktoś znajdował się w pomieszczeniu. Może ktoś szukał jej w buduarze. Ale nie istniał na tym świecie nikt, kto mógłby ją tak nazwać.

Świat w końcu przestał wirować, a muzyka przycichła. Mogła skupić wzrok na tafli luster. W końcu go dostrzegła, chociaż z początku myślała, że to łuna księżyca, który wyłonił się na chwilę zza gęstych chmur.

Potem pomyślała, że to muszą być zwidy. Ale stał tam lub raczej unosił się nad nią. Prawie rozmywał się na tle żyrandola, pochłaniając skrawki świata wokół siebie, a jednocześnie wydawał się tak cielesny, jakby naprawdę należał do tej strony świata. Tylko pod tym jednym względem oczy ją myliły.

Gość z drugiej strony. Udało mu się przemknąć przez granicę przed północą czy to bardziej zagmatwana sprawa? Mroczniejsza i nieczysta?

– Najdroższa, czy to ty? – pytanie ponowiło się. Było pełne tęsknoty i nadziei, ale Lara rozpoznała w nim również strach. – Czy nie powinnaś być na balu? Co tu robisz?

Lara zobaczyła, jak zjawa opada na parkiet. Żyrandol rozświetlił się widmowymi świecami i mogła lepiej przyjrzeć się nadciągającej marze. Tak jak sugerował głos, był to mężczyzna w kwiecie wieku, ale więcej o jego ludzkiej aparycji nie dało się powiedzieć. W zasadzie bardziej przypomniał rozkładającego się trupa niż ulotną zjawę. Był naznaczony zgnilizną, bo jego dusza nadal trzymała się martwego ciała. To z kolei oznaczało, że była to dusza przeklęta, należąca do samobójcy lub straceńca, który zadarł z plugawą magią albo ktoś, kogo ciało nie zostało poddane odpowiedniemu pochówkowi i ciałopaleniu z innego powodu. Takie dusze najczęściej błąkały się po nie swojej stronie i zazwyczaj były śmiertelnie niebezpieczne. Nazywało się je upiorami, chociaż do prawdziwych biesów było im daleko. Lara najchętniej natychmiast by uciekła, ale podejrzewała, że zjawa nie puściłaby jej wolno ze swojej domeny, zwłaszcza gdy wzbudziła w niej takie zainteresowanie.

Najpewniej czegoś od niej chciał, a truposze nie reagowały zbyt dobrze na odmowę.

Rozmowa była nieunikniona. Przeklęła w myślach własną głupotę, która ściągnęła ją do tego miejsca.

Twarz mary była zżarta przez robaki. Na wybrakowanych kościach wisiało więcej ziemi i korzeni niż ludzkiego mięsa. Na głowie nadal miał resztki ciemnych loków. Ubrania, chociaż brudne i rozdarte w paru miejscach, były w dobrym stanie. W tę wyjątkową noc dusze wracają w rodzinne strony, a potępieńcy są bardziej namacalni niż przystaje ich stanowi. Ten nie tylko rzucał blady cień, ale nawet wydzielał zapach podobny do mokrej, gnijącej ziemi.

Chociaż twarz mężczyzny była daleka od rozpoznawalnej, przez okoliczności tego spotkania nie było wątpliwości, kim jest. Piotr Kiereński. Lara próbowała sobie przypomnieć jakieś szczegóły, ale hrabia zmarł prawie trzy lata temu, była wtedy zbyt młoda. Znała tylko plotki, które nadal powtarzały niewdzięczne języki. O łaknącej krwi hrabinie i otrutym małżonku.

Powidok pogrobowego świata zatrzymał się parę kroków przed nią. Przede wszystkim sprawiał wrażenie zdziwionego, co nieco uspokoiło dziewczynę. Hrabiego znała tylko z przelotnych spotkań, podczas których nigdy ze sobą nie rozmawiali, ani nawet nie siedzieli przy jednym stole.

– Kim jesteś? – jego spojrzenie stwardniało, pytanie było rozkazem.

– Witaj, hrabio – ukłoniła się. Albowiem gość z drugiej strony nadal był gościem i tak należało go traktować. Jednak musiała być ostrożna, nie mogła powiedzieć mu prawdy, bo imion się nie zdradza. Nie w takich sytuacjach, nie takim istotom. Nie mogła też skłamać, bo tylko sprowadzi na siebie gniew. – Jestem gościnią hrabiny Kiereńskiej. Dziś jest Zadusznica, a my urządzamy bale, bo nie chcemy, by zmarli nawiedzali nas w samotności i smutku – wypowiedziała starą, tradycyjną formułę.

– Musisz być droga sercu gospodyni, skoro obdarowała cię własną suknią – syknął z przekąsem, nadal taksując wzrokiem ciało dziewczyny. – Jak zaskarbiłaś sobie tę łaskę? Kim jesteś? – nie poddawał się.

– Jestem nikim, a hrabina w swej łaskawości uratowała mnie z… – z trudem dobierała słowa. Nie wiedziała czy to z powodu tego, że rozmawia z upiorem, czy dlatego, że upiór był kiedyś mężczyzną. – krępującej sytuacji. Jestem tylko beneficjentką jej dobrej woli.

– Nie możesz być nikim – zjawa charknęła, zirytowana. Zaczęła okrążać dziewczynę. – Jesteś szlachcianką, znam te rysy.

Lara zdziwiła się, ale milczała.

– Tak, znam. – hrabia zatrzymał się. – Masz twarz Imbramowskich – uśmiechnął się triumfalnie widząc szok dziewczyny, jej wybałuszone oczy. – Pewnie nikt ci tego nie powiedział, ale wyglądasz jak Anže.

Powrócił obraz wisielca przy starej wierzbie. Lara rozejrzała się panicznie po pomieszczeniu, zacisnęła dłonie, paznokcie prawie wbijały się w ciało. Zjawa roześmiała się, tracąc na chwilę wygląd kiedyś znanego człowieka, urósł w nim bies. Nagle przybliżył się do niej i zaczął wąchać. Ona bała się ruszyć, patrzyła przed siebie, przez przeźroczysty powidok widziała koniec sali, ciemność ciekawie zaglądającą do okien.

– Już wszystko wiem – odsunął się. – Teraz wszystko ma sens. Dlaczego tu jesteś, skąd masz tę suknię…

Lara milczała, kompletnie przerażona. Nie była wstanie oddychać. Próbowała łykać powietrze, jakby ktoś ją podduszał.

– Czuć cię miesięczną krwią, a co najważniejsze czuć cię drugą stroną. Jesteś przeklęta, jak ja – dodał triumfalnie, celując w nią resztki palca. – Chociaż twoja sytuacja jest zdecydowanie gorsza.

Dziewczyna zaczęła panikować, brak oddechu zamienił się w głośne dyszenie. Już wszystko o niej wiedział, powiedział to, czego obawiała się najbardziej, o czym nawet nie chciała pomyśleć i tak dobrze jej to wychodziło. Zaczęła krzyczeć:

– Twoja żona powiedziała, że to nic, to zabobon! Zabobon! – powtarzała w kółko to ostatnie słowo, aż zaczynała zapominać, co właściwie znaczy. Dopiero wtedy umilkła.

Tymczasem upiór nie zwracał na nią uwagi, zapomniał o niej i tylko mamrotał:

– Moja żona… Moja ukochana. Moja żona. Moja Sława. – Zmieniał się, zaczął przypominać bardziej człowieka, przynajmniej z wyglądu – Moje ukochane – posmutniał, było w nim widać ludzką słabość. – One tam, ja sam… Ale tak musi być, tylko tak mogłem.

Być może Lara zrozumiałaby co się dzieje i szczerze się tym zdziwiła, ale była daleka od takich rozważań. Krew ciekła, brzuch pęczniał w skurczach. Napar nie działał, a może bez niego byłoby gorzej. To nie ważne, nie czuła i nie widziała niczego wokół siebie, zbyt pochłonięta przez własne ciało. Jest przeklęta, przeklęta i wszyscy już o tym wiedzą.

– No już, już. Tylko spokojnie, moja miła. – Zimny podmuch koło ucha. – Nie wierz temu, bo stanie się prawdą. Trzeba wzruszyć ramionami. – Porada zadziałała. Lara pamiętała ją, tak niedawno słyszała to z innych ust. – Biedna, zagubiona. Dobrze, że moja najdroższa się tobą zajęła. – Kolejny zimny podmuch, chociaż może trochę cieplejszy niż poprzedni. – Ja też ci pomogę.

Lara spojrzała na hrabiego. Zmienił się, był bardziej ludzki, pozostała tylko poświata z drugiej strony i martwe oczy. Poza tym wyglądał tak, jak na portrecie, który wisiał w jednym z tuligłowskich salonów. Czy to dlatego, że wspomniała o hrabinie? Potwierdziła, że są małżeństwem. Tak wiele to zmieniło?

– Co się stało?

– Dziczeje – przyznał, pochylając głowę. – Nie mam gości. Zapominam, jak to jest być człowiekiem. Wybacz mi, panienko.

– Dlaczego siedzisz tutaj, mógłbyś odwiedzić panią Sławę. Ucieszyłaby się. – hrabia tylko pokręcił głową. Lara chciała, by ciągle myślał o żonie. Czuła, że wtedy będzie najbezpieczniejsza, a zjawa bardziej pomocna.

– Wiele nie rozumiesz, to nie takie proste. Muszę zostać tutaj i czekać.

– Czekać? Ale dlaczego tutaj, przecież nawet nie tu… – ucięła, nie chciała kończyć tej myśli. – Co to za miejsce? Czy ono jest prawdziwe?

– Nie, to powidok. Moje dzieło – otoczył ruchem dłoni sale balową. Nie wyglądał na zbyt dumnego ze swojej pracy. – Ale czym jest parkiet bez tancerzy i podest bez muzyków? Ponurym żartem, w najlepszym wypadku. Widywałaś już powidoki? – zmienił temat. Mówienie o sobie wprawiało go w zakłopotanie, ale zrobił to zręcznie i dziewczyna nie dostrzegła jego intencji.

Lara musiała się zastanowić. Ta przemiana była zbyt nagła, czy mogła mu naprawdę zaufać? Chciała wierzyć, że hrabia jest teraz przedłużeniem swojej małżonki, że też chce jej dobra. Jednak jeszcze przed chwilą przypominał bardziej upiora niż człowieka. Próbowała przypomnieć sobie wszystkie bajdy i pouczenia imbramowskich nianek. Jak rozmawiać z obcą siłą, tymi którzy nie poszli za światłem latarni. Jak nie zdradzić zbyt wiele, ale uzyskać ważne informacje, nawet jeśli teraz po prostu zwodził ją pod tą postacią.

– Ja… tak – mówiła ostrożnie, śledząc wzrokiem hrabiego, czekając na jego nagły ruch. – Ale tylko kątem oka albo jakieś drobiny, które mogłam wymijać. Nauczyłam się tego i byłam w tym dobra. W unikaniu kłopotów. Ale teraz… nie potrafiłam tego zignorować. Nawet nie zdążyłam pomyśleć i już byłam tutaj. I zaczęłam tańczyć – dodała zmieszana, niemal zdziwiona, bo nie mogła dać temu wiary. – To nie byłam ja.

Hrabia pokiwał głową.

– Dzisiaj krwawiłaś po raz pierwszy? – chciał się upewnić.

Kiwnęła głową.

– Wszystko, co jest związane z krwią jest problematyczne. Wiążę nas z tym światem, ale jednocześnie pozwala otworzyć drzwi tam. Krew to życie, więc i magia, krwią można naruszyć strukturę świata.

– Jak to cofnąć? Co można z tym zrobić? – przestała zważać na bezpieczeństwo i podeszła do mary.

Hrabia długo nie odpowiadał. Nie rozumiała dlaczego. Jego twarz nic nie zdradzała, dobrych ani złych zamiarów. Cisza tego miejsca zaczęła ją przerażać. W oknach czatowała wyłącznie czerń. Nie miała pojęcia ile czasu minęło odkąd tu weszła. Rzucała nerwowe spojrzenia w stronę wyjścia. Noga niepewnie zaczynała ruszać w tamtym kierunku, ale szybko nieruchomiała. Spojrzenie drżało coraz bardziej, niepewne co śledzić, co jest bardziej niebezpieczne.

Hrabia w końcu przemówił:

– Nie potrafię ci powiedzieć, co zrobić, bo nie mam takiej wiedzy – przyznał z żalem, przybliżając się do dziewczyny. – Mógłbym ci tylko doradzić, dokąd możesz się udać. Do kogoś, kto być może ci pomoże, może będzie wiedziała, co zrobić.

– Czy ja, ja naprawdę jestem przeklęta?

Hrabia wyciągnął dłoń. Końce palców musnęły ramię dziewczyny, ale chodziło im tylko o suknię. Lara nawet nie poczuła tego dotyku.

– Przekleństwo albo dar – mruknął hrabia. – Różnie można na to patrzyć, ale wszyscy wokół pewnie będą uważać to za przekleństwo. Możesz oszaleć, stracić pewność gdzie jesteś. Pomylić jawę z cieniem. – Wycofał rękę. Mężczyzna uważnie się jej przyglądał. Nagle jego ociężałość zniknęła. – Przepraszam, wybacz mi. Ja, czasami zapominam… Ciało jest już dla mnie czymś obcym, odległym. Zapominam, co znaczy dotyk.

Lara tylko patrzyła, chciała wyjaśnień.

– Dlaczego nie chcesz mówić? Kim ona jest? Gdzie ją znajdę?

– Zastanawiam się, co będzie dla ciebie większym niebezpieczeństwem. – Spojrzał jej w oczy. – To ona przyszła do mnie. Potrzebowałem jej pomocy i to wyczuła. Byłem zdesperowany i zrobiłbym wszystko. Gdy potem o tym myślałem, zdałem sobie sprawę, że prawdopodobnie wykorzystała mnie dla własnych celów.

Lara próbowała się skupić i przemyśleć, ale tak naprawdę, to co właśnie usłyszała. Była przytłoczona i czuła, że nie ma dość informacji, by podjąć świadomą decyzję. Bała się hrabiego, ale jednocześnie tak bardzo chciała mu zaufać i się na nim oprzeć, że tłumiła kiełkujące wątpliwości. Chciałaby myśleć racjonalnie i być rozważna, ale to emocje ciągle brały nad nią górę. I nie ważne, jak bardzo się starała, w jej głowie grzmiała tylko jedna, ale głośna myśl: jestem przeklęta i wszyscy o tym wiedzą. Będę jeszcze bardziej samotna niż wcześniej. Nie udało się jej złożyć w głowie żadnej innej myśli, żadnego pełnego zdania.

Widmo wyobcowania, na które była skazana zawładnęło nią w całości. Istniało tylko to. Teraz musiała wyłącznie nakłonić hrabiego i doskonale wiedziała, jak to zrobić.

– Czy żałujesz? – Dziewczyna i zjawa wymieniły się spojrzeniami. Oczy hrabiego na krótką chwilę ponownie zapłonęły życiem.

– Nie – odpowiedział natychmiast, bez wątpliwości. Jego oblicze się wygładziło, ale pozostał smutny, jakby zrezygnowany. – To wiedźma. Powiedziała mi, że nazywa się Małgorzata. Spotkałem ją na Uroczysku, niedaleko Wodnikowego Oka.

Larysa pokiwała głową. Znała te nazwy, chociaż nigdy tam nie była. To właśnie koło jeziora na Uroczysku znaleziono hrabiego. Przelękła się, ale chciała słuchać dalej.

– Ale tam jej nie znajdziesz. Nie mieszka w żadnej okolicznej wsi, ale ludzie ją znają – kontynuował ponuro, ale bez wahania w głosie. – Ma chatę w lesie, między Imbramowem a Pobukami. Powiem ci, jak tam dojść.

Dziewczyna skupiła się, stłumiła głosy krzyczące, że wiedźma jest niebezpieczna, że to ona pewnie zabiła hrabiego nad skrajem torfowiska.

– Proszę, powiedz – ponagliła ducha, by nie rozmyślił się w ostatniej chwili.

– Gdy opuszczasz Tuligłowy i wychodzisz na główny trakt, skręć w lewo i śledź uważnie lewe pobocze. Znajdziesz tam zarośniętą dróżkę. Powóz tamtędy nie przejedzie, a koń ledwo. Najlepiej iść pieszo. To stara droga, można nią dojść do samego Imbramowa, więc może ją znasz, chociaż mało kto z niej korzysta. Trzeba nią podążać, jakieś trzy kilometry – zatrzymał się, próbując coś sobie przypomnieć. Lara czekała, bała się odezwać. – Znowu musisz obserwować lewą stronę. To gęsta bukowina, nie dostrzeżesz chaty w kniei. Wypatruj jawora, będzie wyróżniał się wśród pozostałych drzew. Skręć za nim i idź w prostej linii, a zaraz potem zobaczysz dom wiedźmy. Będziesz pamiętać?

Dziewczyna kiwnęła głową w potwierdzeniu.

– Reszta zależy od ciebie, ale proszę cię, uważaj na siebie i nie ufaj jej bezgranicznie – nachylił się, ściszając jednocześnie głos. – Traktuj ją jak zjawę, jak mnie na początku. – Lara chciała mu przerwać, zaprzeczyć, ale nie pozwolił jej na to. – Bądź mądrzejsza ode mnie.

– Będę, obiecuję. – Poczuła się dziwnie, składając obietnicę upiorowi, ale nie czuła, że robi coś złego, niebezpiecznego. Panikujące głosy w jej głowie już dawno umilkły. – Czy w razie potrzeby będę mogła tu wrócić i znowu z tobą porozmawiać?

Hrabia uśmiechnął się. Lara zauważyła, że jego widmowa skóra zrobiła się cieńsza.

– Powinnaś liczyć na to, że już nigdy więcej się nie zobaczymy – zauważył.

– Pewnie tak – zgodziła się odwzajemniając uśmiech. – Ale co mogę zrobić dla ciebie? Chcę się odwdzięczyć – zapewniła. – Może mogę coś przekazać hrabinie?

Ale hrabia nic już nie powiedział. Zbliżył się do Lary tak, jakby chciał ją pocałować, ale był upiorem, więc tylko przeszedł przez dziewczynę na wylot, a gdy ponownie otworzyła oczy, była już w innym miejscu.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania