My już dawno przegniłyśmy - Rozdział 3

III

 

Dziewczyna otworzyła oczy. Z powrotem stała przed pustą ścianą. Dotknęła ręką miejsca, gdzie wcześniej znajdowała się wnęka. Próbowała wyczuć jakąś nierówność, ale bezskutecznie. Tak, jakby nic się nie stało. Ale nie potrafiła w to uwierzyć.

A potem, tak jak obiecała, przyszła Sofje i zaczęła coś mówić, ale Larysa nie potrafiła skupić się na słowach pokojowej. Apatycznie ruszyła w jej kierunku, pozwoliła narzucić na siebie futro, przejęła od niej jakiś lekki pakunek i wyszła za kobietą. Nie oglądała się za siebie. Nikt na nią nie czekał, być może zaczęły się uroczystości, być może ojciec i matka o niej zapomnieli.

Larysa wyszła przed pałac. U stóp schodów czekała bryczka. Stary woźnica, od lat służący Imbramowskim, sprawdzał czy rozkładany dach na pewno dobrze się trzyma. Zaczynało nieprzyjemnie wiać. Ziąb wyrwał dziewczynę z otępienia. Narzuciła kaptur. Odwróciła się, pokojowa stała w połowie schodów. Podtrzymując ręką obszerny kaptur, Larysa skinęła na pożegnanie. Pokojowa ukłoniła się i podjęła powrotną wspinaczkę.

Dziewczyna odwróciła się do woźnicy.

– Panienko – mężczyzna zgiął się w pół, zdejmując czapę. Miał zarumienione policzki i przekrwione oczy, ale stał w miarę prosto. Nie był bardziej pijany niż zwykle, osądziła z ulgą dziewczyna.

– Kajetanie – przywitała się i wyciągnęła rękę, by mężczyzna pomógł jej wsiąść.

Usiadła pod skórzanym zadaszeniem, a Kajetan szybko wskoczył na kozioł i ruszyli.

Larysa odłożyła pakunek pod siedzenie i schowała dłonie w rękawach. Wpatrywała się w plecy woźnicy i blask skrzypiącej latarni. Migotliwe światło tylko utrudniało dostrzeżenie czegoś w gęstej ciemności. Starała się uważnie śledzić drogę, w myślach powtarzając wskazówki hrabiego. Zrezygnowała, gdy na rozstajach bryczka skręciła w prawo, by głównym traktem dotrzeć do Imbramowa. Zamiast tego, zaczęła się zastanawiać, jak spotkać się z wiedźmą. Nie miała wielu okazji, by samotnie wędrować po okolicy. Nie wiedziała czy prędko nadarzy się ku temu dogodna sposobność albo czy chociaż wymyśli dobrą wymówkę. Być może jutrzejszy poranek będzie jej najlepszą, wręcz jedyną szansą. Rodzice nie wrócą przed południem, a być może będą jeszcze później, jeśli Kajetan nie wróci w nocy do Tuligłów. Służba również będzie odsypiać do późna. Pozostawała babka i mały Złotek, ale być może oboje już śpią, a rano wyjdzie zanim się obudzą. Im dłużej myślała, tym plan stawał się coraz lepszy.

Kłuła ją świadomość, jak szybko, jak nierozważnie przeszła przez wnękę w buduarze i ani przez chwilę nie poczuła, gdzie tak naprawdę się znajduje. W jakie niebezpieczeństwo bezmyślnie się zaplątała. Z przerażeniem zdała sobie sprawę, że wcale wtedy nie myślała, od początku była kompletnie bezbronna. Była tak głupia, że szczęście się do niej uśmiechnęło. Hrabia nie miał wobec niej złych intencji i nadal, jakimś cudem, było w nim więcej z człowieka niż upiora.

Była pewna, że za drugim razem aż tak się jej nie poszczęści. Nie chciała, by taka sytuacja w ogóle kiedykolwiek się powtórzyła. Pomyślała o wiedźmie. Mogła mieć tylko nadzieję, że nieznajoma jej pomoże. Musiała na nią liczyć, chociaż hrabia ostrzegał, by jej nie ufać.

Larysa zamierzała wziąć sobie do serca słowa upiora. Koniec końców, żywych należy obawiać się bardziej niż martwych. Podejrzewała, że to wiedźma mogła być odpowiedzialna za śmierć hrabiego, a nie pani Kiereńska. Liczyła jednak, że kobieta cofnie przekleństwo albo chociaż wytworzy amulet, który osłabiłby powidoki, ich wpływ. Tak naprawdę przyjęłaby cokolwiek i obawiała się własnej desperacji. Jednocześnie lękała się, o co wiedźma poprosi w zamian.

Taka usługa na pewno będzie miała swoją wysoką cenę.

Para koni przeciągle zarżała i powóz nagle się zatrząsnął w gwałtownym skręcie.

Dziewczyna podskoczyła, wybita z gąszczu myśli. Przez chwilę bała się, że wypadnie. Kurczowo trzymając się ścian budy, próbowała zorientować się, co się dzieje.

– Kajetan! – wiatr porwał jej słowa, chciała zwrócić uwagę woźnicy, ale bezskutecznie.

Zorientowała się, że zjechali z głównego traktu prosto do płytkiego rowu. Cud, że bryczka nie rozpadła się w drzazgi i żaden z koni nie ucierpiał.

Kiedy pierwsza chwila szoku minęła, do uszu Larysy dotarł cichy śmiech woźnicy. Strach zamienił się w gniew na starego pijaczynę.

– Kajetan! – dziewczyna znowu krzyknęła, tym razem wstając ze swojego miejsca. Wpatrywała się w chichoczące plecy mężczyzny. – Gorzałka wypaliła ci do reszty zdrowy rozsądek? Chcesz nas pozabijać?

Chwiejąc się na boki, przeszła na przednie siedzenie. Jedną ręką trzymała się oparcia, a drugą potrząsała mężczyzną, ale Kajetan nadal się śmiał i tylko popędzał konie w noc. Dziewczynę opanowało złe przeczucie. Ostrożnie nachyliła się i zajrzała mu w twarz. Oczy miał puste, wręcz szalone, a z ust leciała piana. Przestraszyła się i opadła na siedzenie, zaciskając oczy w przerażeniu. Fala strachu smagała jej ciało, paznokcie wbijały się w stare drewno. Wiatr przybrał na sile i zgasił latarnię. W jednej chwili ogarnął ją przenikliwy ziąb. Była cała lodowata, czuła tylko gorącą strugę w udach.

Wtedy zrozumiała, powinna zorientować się od razu. Wszystko, co kotłowało się w cieniach, ciemnościach i pod martwą wodą było świadomym jej ciała, jej istnienia i ciągnęło ku niej. Bezwiednie przyciągała do siebie najróżniejsze plugastwa. Tylko tym razem była sama, nikt jej nie pomoże.

Chichot woźnicy nadal przebijał się przez porywisty wiatr i trzeszczenie bryczki. Zaczynało siąpić. Larysa wbrew sobie odkleiła się od siedzenia i wystawiła głowę nad oparcie kozła, klęcząc na siedzeniu. Miała wrażenie, że nocna ciemność nachyliła się nad nią, oczekując w rozbawieniu na jej kolejny ruch. Cała drżała, ale udało się jej otworzyć oczy. Nie wiedziała tylko, na co patrzeć. Za bardzo bała się ponownie zerknąć na woźnicę, więc spojrzała przed siebie. Dopiero po chwili przestała widzieć rozmazane, ciemne plamy i zdała sobie sprawę, na co patrzy.

W oddali migotały światła, trzy, może cztery drżące kule. Pulsowały dziwnym światłem, stopniowo powiększały się i zmniejszały, niczym spokojne bicie serca. Powinny niknąć pod warstwą drobnych kropel deszczu, ale ciągle widziała je wyraźnie. Nie potrafiła oderwać od nich wzroku. Chciała za nimi podążać, a na usta wypełzł jej dziki uśmiech.

Nie mogę, docierało do niej jak przez tuman mgły.

Znowu to samo. Mżawka przybierała na sile, coraz większe krople uderzały dziewczynę w twarz, ale oczy pozostawały otwarte, a usta wyszczerzone. Całą sobą próbowała zacisnąć powieki, ale coś ją powstrzymywało.

Powóz zatrząsnął się i podskoczył, a Larysa upadła, zapiekł ją nos, w oczach pojawiły się mroczki. Bryczka nadal pędziła w stronę świateł.

Dziewczyna przyłożyła dłoń do nosa. Poczuła coś wilgotnego na palcach, stłumiła złość. Tak naprawdę była wdzięczna. To, co ją kontrolowało, wypuściło ją. Mogła znowu myśleć jasno, a przede wszystkim coś zrobić. Teraz wszystko było łatwe.

Ponownie się podniosła, ale tym razem utkwiła wzrok w woźnicy. Na ile mogła, zmierzyła go spojrzeniem i oceniła swoje siły. Bryczka nadal trzeszczała, a konie parskały z niezadowolenia, niechętnie brnąc do przodu.

Larysa zaparła się i pociągnęła mężczyznę w swoją stronę.

Nie udało się jej. Była za słaba, by go przeciągnąć. Nawet się nie odwrócił, chociaż to jej nie dziwiło.

Spróbowała ponownie, tym razem powóz podskoczył, a dziewczynie udało się pociągnąć ciało woźnicy do boku. Mężczyzna stracił równowagę i wypadł z powozu. Konie, dobrze wyszkolone, stanęły w miejscu.

Deszcz ustał. Nocne niebo odetchnęło, uwolnione od naporu chmur. Po pustej łące rozległ się szyderczy śmiech, a może nie. Larysa niczym by się teraz nie zdziwiła, a jednocześnie wszystko wydawało się jej wątpliwe.

Ostrożnie wyszła z powozu i stanęła na twardej, zimnej ziemi. Kajetan właśnie podnosił się po upadku. Stękał i przeklinał pod nosem. Zachowywał się tak, jakby zapomniał o dziewczynie.

– Na Tułacza, kaj to było – rozglądał się na boki. W końcu dostrzegł Larysę. – Panienko! Ja przysięgam, żem nie pił! – podkuśtykał do niej. – Nie rozumiem, w jednej chwili byliśmy na trakcie, a zaraz potem tutaj, w szczerym polu – kręcił głową z niedowierzaniem.

Larysa mu się przyjrzała, chyba mówił szczerze. Niechętnie odpowiedziała:

– Przed nami były światła. Patrzyłeś w nie, jak zaklęty. Nic nie działało, dlatego cię zrzuciłam, żebyś przestał. Bałam się, że zginiemy – przyznała, pomijając wiele szczegółów.

Woźnica wytrzeszczył oczy, uczynił znak odpędzający złe i splunął. Larysa się wzdrygnęła.

– Wybacz panienko, ale to co mówicie... – wzdrygnął się, najchętniej splunąłby raz jeszcze. – To złe, bardzo. Upiry z drugiej strony, przeklętnicy. Ale w taką noc nie ma co się dziwić – dodał, zacierając ręce i podszedł do koni.

– Co masz na myśli?

– Błędne ogniki, tak się na nie u nas woła – wyjaśnił chętnie. – Słyszałem opowieści, jak to chłopy wracające z karczmy natrafiały na te zmory i budziły się gdzieś w polu albo i na torfowisku, ale sam żem nigdy nie miał z niemi do czynienia. To takie złe dusze, co to jakieś niezałatwione sprawy jeszcze mają, pilnują czego abo co i się naigrywają z prostych ludzi – obrzucił dziewczynę podejrzliwym spojrzeniem. – To szczwane i okrutne bestyje, jak że panienka się im nie dała?

– Ponieważ ja, Kajetanie, nie mam w zwyczaju pić tyle co wy – odpowiedziała oschle. Nie chciała się zwierzać ze swoich problemów nikomu, a już na pewno nie staremu pijakowi.

– A no tak, a no tak – pokiwał głową. – Ale to nie tylko to – popatrzył na nią z uznaniem i odrobiną strachu. Larysie mimowolnie spodobało się to spojrzenie.

Konie i bryczka nie ucierpiały. Kajetan ponownie zapalił latarnię i wyprowadził powóz na główny trakt. Po drodze modlił się do wszystkich patronów, od Tułacza po szafarkę. Larysa również zaczęła się modlić do Matki.

Nic już ich w dalszej drodze nie niepokoiło i prędko dotarli do Imbramowa.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania