nowy dzień
malowane istnienia w powiewie wiatru
jak biały zegarek na chudym nadgarstku
tyka i tyka w bezsenne noce
pasek solidny może się nie urwie
puszysty misiek w moich objęciach
może to on przynosi mi sny
bo skąd inaczej mogą pochodzić
do kogo wracać już skoro świt
otwieram oczy i niebo niebieskie
wita mnie
jest dla mnie bo wcale
nie znika za rogiem gdy to kolejny
styrany słaby podnosi powieki
z ciemności wychodzi
szukając słońca nie ruszam się z łóżka
co jak przestraszę złote promienie
na ziemi ląduje kolejna poduszka
jako ten pretekst do nikłej chęci
tego że słońca ujrzenia perspektyw
a gdy nadchodzi niechciana pora
kiedy to czas mówi że wstać
już powinnością tak tą codzienną
tak jak to będzie jutro i wczoraj
jak było być może
spadam na ziemię podnoszę się - wstaję
wszystko co we mnie
znów mu oddaję
Komentarze (2)
Troszkę nie podobał mi się ten potoczny "misiek" w tym niemalże podniosłym wierszu. Właściwie nie wiem, czy odbierać go optymistycznie czy wręcz przeciwnie, dość mi utrudniłaś wybór tą ostatnią zwrotką, która z jednej strony może mówić o tym, że mimo wszystko podmiot jest wytrwały, nie poddaje się, z drugiej zaś wyczuwam taki lekki smutek w ostatnich słowach. Sam wiersz bardzo dobry, zostawiam 5 :)
Dziękuję ;)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania