Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Nowy Porządek – Rozdział 3

(OSTRZEŻENIE!!! Tekst ma BARDZO ostrą końcówkę i zalecam przeczytanie go DOPIERO po świętach, żeby nie psuć sobie świątecznego nastroju. Zostałeś ostrzeżony, czytelniku! W każdym razie, życzę Ci zdrowych, spokojnych i Wesołych Świąt i oby rok 2021 był dla Ciebie jak najlepszy! No i miłej lektury!)

 

Warschau, Wielka Rzesza Niemiecka, końcówka lutego, rok 1952

Wielu moich towarzyszy broni, z którymi walczyłem ramię w ramię przeciwko bolszewikom na froncie wschodnim twierdziło, że dopiero właśnie podczas pobytu w dawnym państwie Stalina poznało definicję piekła. Ciężko się z tym nie zgodzić. Surowa zima, przy której człowiek odnosił wrażenie, że wypluwana przez niego ślina zamarzała na kość w locie na ziemię, braki w zaopatrzeniu, wymuszone ograniczanie żywności do minimum i żadnych panienek na noc, przy których można byłoby choć trochę się ogrzać i zapomnieć o troskach. Nie byłem wyjątkiem od tej zasady. Cierpiałem równie mocno co każdy, a rzeczy, których się dopuściłem podczas walk, które uznawałem za konieczne, żeby przeżyć lub nie zwariować do końca… cóż, wielu ludzi uznałoby mnie za diabła. Mogę sobie tylko wyobrazić co czuli ci nastoletni chłopcy, których obok antystalinowskich Sowietów i ochotników z krajów Europy Wschodniej wysyłano na front do pomocy nam. Taki ciężar na barkach dziecka, które zamiast siedzieć w szkole i się uczyć to biega z karabinem i granatami… Oczywiście dzieciaki widzą to inaczej. Są podekscytowane, dumne z faktu, że są użyteczne dla Vaterlandu. Ja jednak miałem mieszane odczucia. Czy naprawdę sytuacja na froncie wschodnim była aż tak zła, że posyłano młodzież z Hitlerjugend do pomocy? Tak się zastanawiam co za geniusz wpadł na taki „odważny” pomysł i gdzie są teraz te chłopaki. Patrząc wstecz doszedłem do wniosku, że za ich heroizm powinno się im złożyć gratulacje i podziękowania, a o medalach to już nawet nie wspomnę. Duża też w tym zasługa generała Paulusa, który robił wszystko, żeby te dzieciaki wróciły do swoich rodziców i jednocześnie jak najlepiej wspierały nas na froncie. To był prawdziwy geniusz taktyczny. Nic dziwnego, że Fuhrer zdecydował się nazwać dawny Stalingrad jego nazwiskiem. Kto wie, może ci mali szczęściarze po wojnie zaczęli czynną służbę w Reichskomissariatach, gdzie pilnują porządku i dobrze się bawią, jeśli to, co czytam w liście od przyjaciela z SS to prawda… Mein Gott, jak ja bym chciał tam teraz być. Służba tam jest prawie jak cholerne wakacje.

Odłożyłem list i rozsiadłem się na fotelu w moim mieszkaniu. Zima powoli odpuszczała, robiło się coraz cieplej i śnieg niemalże całkowicie stopniał. Nie była to co prawda pogoda moich marzeń, ale przynajmniej nie czułem chłodu przez mundur.

— Co tam czytałeś, mein liebling? – spytała piękna młoda dziewczyna leżąca w moim łóżku i otulona kołdrą. Wyglądała jak anioł… blond włosy, niebieskie oczy, skóra bez skazy i uroczy uśmiech. Gdy na nią patrzyłem, nie tylko zapominałem, że była z pochodzenia Polką, ale również o tym, że jeszcze nie tak dawno temu przesłuchiwałem ją w sprawie działań polskich terrorystów w Warschau. Była bardzo zawzięta, ale w końcu udało mi się ją złamać i przekonać w słuszność naszej sprawy i istnienia Tysiącletniej Rzeszy oraz że tylko mój kraj jest gwarancją nowego i lepszego życia. Zabawne jak tortury, gwałt i kilka piorących mózg substancji mogą tak skutecznie i trwale odmienić człowieka. Było mi szkoda robić krzywdę takiej pięknej i młodej dziewczynie, ale jak patrzę na naszą obecną relację, skłamałbym, gdybym powiedział, że nie było warto.

— Nic takiego, Marta. – odpowiedziałem patrząc na nią z uśmiechem. — List od przyjaciela z SS, który przebywa Reichskomissariacie Ostlandzkim. Opowiada mi o rozrywkach jakie oni tam mają. Bar, dom uciech… Scheisse, mają tam nawet prowizoryczną arenę, na której urządzają sobie walki za kasę z żołdu und inne kosztowności!

— Ale po co ci jakiś tam burdel skoro masz mnie? – spytała zawadiacko, po czym wstała z łóżka i podeszła do mnie, żeby mi usiąść na kolanach i przytulić mnie.

— No fakt, dom uciech nie zastąpiłby mi ciebie… – zaśmiałem się i też ją objąłem. — Ale mimo wszystko brakuje mi frontu wschodniego.

Kiedy tak siedzieliśmy razem, przypomniałem sobie, że przecież dziś znów mam patrol z Meyerem. Delikatnie pomogłem wstać Marcie, po czym sam wstałem z fotela.

— Chodź, muszę już iść. Obowiązki wzywają, a dowództwo nie lubi, kiedy po kwaterze wałęsają się cywile, nawet jeśli są to folksdojcze… – westchnąłem zakładając hełm i biorąc swój StG44.

— No wiem, wiem… – odpowiedziała ponuro i zaczęła ubierać się w swój płaszcz. — Nie mogę się doczekać tej przebudowy Warsza… to znaczy Warschau, o której mi mówiłeś. Kiedy w końcu zaczną się prace? Jeśli to miasto będzie wyglądać tak jak opisałeś, nie będę musiała jechać do Germanii, żeby podziwiać piękne widoki! – zaśmiała się.

— Gdy twoi rodacy zrozumieją, że wojna się skończyła und przestaną urządzać ataki na nas und nasze pozycje militarne. – odpowiedziałem, gdy oboje wychodziliśmy z mojego mieszkania. Niestety, minister ekonomii oraz architekt Hitlera Albert Speer oznajmił, że jakiekolwiek prace architektoniczne na terenie Polski w ramach Planu Pabsta będą rozpoczęte dopiero po rozprawieniu się z terrorystami. Marta była tym faktem wielce rozczarowana. Ja z resztą też. Mielibyśmy w Warschau namiastkę stolicy świata, jaką jest Germania.

— Naprawdę przykro mi, że moi niezbyt inteligentni rodacy sprawiają wam tyle kłopotów. Gdyby tylko mogli zobaczyć prawdę tak jak ja… – powiedziała ponuro Marta, kiedy wychodziliśmy z kamienicy. — No cóż. Wracam do siebie szybko, bo ten mróz mnie dobija. Auf wiedersehen, mein liebling! – powiedziała na pożegnanie i po krótkim pocałunku zaczęła iść w stronę swojego mieszkania. Patrzyłem na nią jeszcze chwilę, wciąż nie mogąc uwierzyć, że tak piękna dziewczyna nie jest Aryjką. Nawet przefarbowała włosy na blond dla mnie! Nawet taki psychopata jak ja nie mógł przejść obojętnie obok takiej osoby!

Z powodu moich zachwytów moją Martą nie zauważyłem mojego przyjaciela Paula, który podszedł do mnie i również patrzył w jej stronę.

— Piękna jak na Polkę, co? – odezwał się nagle, co przerwało moje rozmyślenia.

— Gdyby mogła, zmieniłaby narodowość, jestem tego pewien… – odpowiedziałem poprawiając hełm na głowie. — Ale starczy o pięknych kobietach z Polski. Jakieś nowe zadania od dowództwa.

— Ja, wywiad znalazł kryjówkę jednego z oddziałów polskich terrorystów. Musimy zameldować się na północy miasta, gdzie czeka na nas grupa szturmowa und iść pomóc w ataku na to miejsce. To jakieś stare gospodarstwo, ale jest ufortyfikowane jak dawny Stalingrad. – wyjaśnił Paul. Jego porównanie sprawiło, że parsknąłem śmiechem.

— Zapewniam Cię, mein freund, że tego verdammt miasta nie można przebić, jeśli chodzi o trudność oblężenia. Z resztą obaj wiemy najlepiej. W końcu walczyliśmy tam… und w Moskau… und w Kijowie. Można powiedzieć, że zwiedziliśmy całe to bolszewickie piekło! – odpowiedziałem żartobliwie. Na moje słowa on również się zaśmiał. — A jeśli nadarzy się okazja na pojmanie któregoś z nich żywcem, mamy to zrobić jak mniemam? – zapytałem poważniejąc.

— Nie wiem, dowództwo nic nie wspominało. Myślę jednak, że byłyby z tego korzyści. Może powiedziałby coś o swoich kolegach? – odpowiedział pytaniem na pytanie Paul.

— Ja, zawsze jest taka możliwość, choć może być trudno o to. Polaków do niewoli bierze się trudniej niż tych tchórzliwych bolszewików. Nawet w powstaniu warszawskim pozyskaliśmy mało jeńców. Wrzaski w więzieniach nie były tak… głośne jak zawsze. – westchnąłem, wspominając dni, podczas których pomagałem w przesłuchaniach przechwyconych powstańców. Nikt mi się nie oparł. Zawsze znajdywałem sposób, żeby złamać więźnia, bez względu na wiek lub płeć. Używałem wszystkiego, począwszy od przemocy fizycznej, a na gwałcie (tylko w przypadku kobiet, rzecz jasna) kończąc. Wielu powiedziałoby, że to okrucieństwo. Ja nazywam to efektywnością i skutecznością. Dzięki mojemu brakowi kręgosłupa moralnego i jakichkolwiek hamulców pozyskaliśmy wiele cennych informacji, które ułatwiały nam zduszenie ruchu oporu do minimum… do tego cholernego minimum, w którego skład wchodzili najbardziej nieznośni rodacy mojej Marty, którzy swoją upartością i brakiem chęci złożenia broni dorównywali Japończykom. Gdyby tylko mieli jej inteligencję, Wielka Rzesza Niemiecka byłaby piękniejszym miejscem dla wszystkich. Kto wie, może nawet dla nich…

— Nie mogę się z tym nie zgodzić… – westchnął Paul. — Ale mein freund, wydajesz się… podekscytowany wizją walki z terrorystami…

— Bo tak jest! – powiedziałem z nagłym uśmiechem. — Na taką okazję czekałem odkąd rozprawiliśmy się z tymi zuchwałymi bachorami, które urządziły na nas zasadzkę. – wyjaśniłem ku jego zdziwieniu.

— Max… za chwilę będziemy ryzykować życiem! Jak możesz mówić, że „czekałeś” na to? – zapytał zszokowany.

— Oj, Paul… przykro mi to słyszeć, że zatęskniłeś za dreszczykiem emocji, który dawała nam wojna z tymi przeklętymi Sowietami! Przypomnij sobie to wszystko: skradanie się przez uliczki Kijowa, sianie zamętu wśród Czerwonych ogniem snajperskim, zaciekłe walki w dawnym Stalingradzie o każdy kawałek miasta…

— Nie zapominaj o tym, że tam zostaliśmy ranni… – przerwał mi mój przyjaciel i parsknął śmiechem. To prawda, podczas walk w mieście obecnie nazywanym Paulusburgiem straciliśmy czujność podczas oczyszczania jednego z bloków, który należał do wroga i w wyniku tej chwili słabości jakaś udająca żołnierza suka z granatem omal nas nie wysadziła w powietrze. Na szczęście w porę dostrzegliśmy zagrożenie i skończyło się tylko na tym, że w wyniku eksplozji spadły na nas gruzy i trochę nas pogruchotały. Po dziś dzień przeklinam sam siebie za tą nieostrożność. Podczas gdy wojska generała Paulusa zdobyły miasto, my leżeliśmy w szpitalu polowym daleko od linii frontu. Na szczęście poskładali nas do kupy i wróciliśmy na pole walki, ale w Moskwie, gdzie też walczyliśmy dzielnie za nasz Vaterland i to właśnie tam przypieczętowaliśmy swój status swego rodzaju bohaterów Tysiącletniej Rzeszy. Ciekawe czy nasi „wielbiciele” wiedzą czego się dopuszczaliśmy na froncie…

—…ja, tam zostaliśmy ranni und pojechaliśmy do Moskau, skąd wróciliśmy jako bohaterowie! – dokończyłem, gdy powoli dochodziliśmy na miejsce. — Ale tak to właśnie wygląda. Brakowało mi walk z wrogiem und cieszę się, że dostaniemy chociaż ich namiastkę! W końcu będziemy robić to, co umiemy robić najlepiej: niweczyć plany podludzi w rujnowaniu naszego idealnego świata! – dodałem, zjawiając się na miejscu, gdzie czekało na nas szesnastu żołnierzy z SS. Niektórych nawet pamiętałem z widzenia, choć zapomniałem ich nazwisk. Wszyscy czekali zebrani koło jakiegoś budynku, który kiedyś musiał być kamienicą.

— Heil Hitler! – powitał nas pozdrowieniem partyjnym, na co odpowiedzieliśmy podobnie. —Richter und Meyer! Dobrze, że już jesteście! – powiedział najwyższy rangą z zebranych. On chyba również nie mógł się doczekać tej masakry.

— Podzielam wasz entuzjazm, sierżancie…?

— Albrecht. Otto Albrecht, sir! – odpowiedział żołnierz.

— Miło cię poznać, Albrecht. To co, kiedy wyruszamy? – spytałem podając mu rękę.

— W tej chwili! Ciężarówka już stoi gotowa! – odpowiedział Otto i wszyscy powoli udaliśmy się do Opla, który stał za kamienicą. Gdy już wszyscy znaleźliśmy się na pace, kierowca ruszył w stronę granic miasta. Podczas drogi Paul rozmawiał z pozostałymi członkami grupy szturmowej, których w końcu rozpoznał. Byli to członkowie jednego z plutonów, z którym wspólnie zdobywaliśmy Moskau. Nie trzeba mówić, że ochoczo opisywali swoje życie po wojnie oraz poruszali inne tematy. Ja jednak nie brałem udziału w ich rozmowach. Byłem pogrążony we własnych myślach oraz walką z chęcią odespania godzin nocnych, które poświęciłem na seks z Martą. W tej chwili raczej nie powiedziałbym, że warto było.

— A ty, Max? Słyszałeś nowiny z kraju? – wyrwał mnie z mojego „transu” Paul lekko zaskoczonym głosem.

— Was? Nein, nie słyszałem… ale czego? – spytałem rozkojarzony, drapiąc się po nosie.

— Heydrich również jest brany pod uwagę jako kandydat na następnego Fuhrera! Reischsfuhrer Himmler jest z tego powodu bardzo niezadowolony! – odpowiedział mój przyjaciel. Tego się właśnie obawiałem. Ci dwaj nienawidzili się, ponieważ mieli różne wizje na temat tego jaką rolę powinno spełniać SS. Powodowało to nie tylko spór między nimi, ale także członkami samej formacji, wliczając w to dowódców wojskowych. Po jednej stronie jest Heinrich, którego wspierali przez między innymi generałowie Hermann Fegelein i Sepp Dietrich, a po drugiej stojący murem za Reinhardem Paul Hauser und Wilhelm Mohnke. To istny bałagan, który może zniszczyć SS… ku uciesze Wehrmachtu i niektórych członków partii.

— Na pewno… – westchnąłem. — A fakt, że Hitler wciąż nie wybrał następcy und nawet nie stara się załagodzić sytuacji w SS nie napawa mnie optymizmem.

— Obyś nie miał racji, Max. Ale jak przyjdzie co do czego, opowiem się po stronie Heydricha! Ten człowiek to przyszłość Vaterlandu! – powiedział przekonany co swojej racji Meyer, a pozostali chórem przytaknęli mu. Ja jednak przemilczałem tą kwestię. — Chociaż wiesz… niektórzy mówią, że ten kryzys w SS und brak następcy może doprowadzić do…

— …wojny domowej jak ta w Hiszpanii szesnaście lat temu? – dokończyłem nagle za niego.

— Ja, dokładnie. Trochę mnie to przeraża. Wszystko co budował nasz czcigodny Fuhrer może zostać zniszczone…

— Już nie dramatyzuj, Paul! – powiedziałem stanowczo. — Pomyśl chwilę jaka przyjemność nas czeka! Dlaczego nie powiesz czegoś miłego und pozytywnego? Właśnie jedziemy pokazać podludziom ich miejsce w szeregu!

— No dobrze, już nic nie mówię. – uśmiechnął się mój przyjaciel. Reszta drogi minęła dosyć płynnie i w końcu nasz kierowca zjechał na pobocze i zatrzymał się. Wszyscy po kolei wysiedliśmy z ciężarówki i odbezpieczyliśmy broń, po czym zebraliśmy się w grupę. Albrecht wstał i skupił na sobie naszą uwagę.

— Gut, wszyscy przygotowani… Słuchajcie, gospodarstwo znajduje się niecałe pół kilometra na zachód stąd. To miejsce na odludziu, więc nie spodziewamy się wsparcia. Jest ono jednak silnie strzeżone, więc otwarty atak może nie być najlepszym rozwiązaniem. Nie wiemy jakim uzbrojeniem dysponują stacjonujący tam terroryści, także zachować ostrożność und mieć augen dookoła głowy. Proponuję, żebyśmy podkradli się na teren gospodarstwa, a potem dopiero siali zniszczenie… – przedstawił nam wszystko. — Jakieś pytania? Nein? Gut… Richter, jesteś na szpicy. Ruszaj, tylko po cichu. – zwrócił się do mnie.

— Jasne! – odpowiedziałem, po czym zacząłem prowadzić resztę naszych ludzi, zastanawiając się jednocześnie od kiedy to słucham rozkazów kogoś równego rangą? Staraliśmy się być jak najbardziej niewidoczni dla przeciwnika, w czym pomagał nam kamuflaż na mundurach. Meyer szedł tuż za mną, uzbrojony w w karabin snajperski. Choć musieliśmy być spokojni i opanowani, z trudem udawało mi się ukryć podniecenie tym wszystkim. Wreszcie poczułem się jak za dawnych dobrych czasów, kiedy pokazywaliśmy bolszewikom ich miejsce pod naszymi butami. W końcu zauważyliśmy ową bazę wroga. Nie wyglądała jakoś imponująco, ot typowe gospodarstwo na środku niczego jakich pełno na obrzeżach miast. Jeśli jednak było tak strzeżone jak opisywał Albrecht, należy spodziewać się wszystkiego. I gdy tylko zbliżyliśmy się celu, odkryliśmy, że wróg jest uzbrojony całkiem nieźle. Przekonał się o tym jeden z kaprali, który oberwał w głowę pociskiem z karabinu snajperskiego.

— WIDZĄ NAS! WSZYSCY BIEGIEM! – ryknął Paul, po czym zaczęliśmy biec w stronę gospodarstwa jak stado spłoszonych kurczaków, uważając tym samym na tego snajpera. Paul biegł koło mnie, gdy próbowaliśmy jak najszybciej schować się za kamulec stojący niedaleko nas. Na szczęście miejsca starczyło dla nas obydwu. Kule latały koło nas, przez co potykaliśmy się, ale w końcu udało nam się schować.

— Scheisse! Nie tak to sobie wyobrażałem… ale wreszcie czuję, że żyję! – zaśmiałem się. Paul był zszokowany moimi słowami, ale po chwili przypomniał sobie moje słowa o tęsknocie za walką.

— Ja, das ist prawda, chociaż wolałbym nie umierać dzisiaj! Nie wiem co robić! Nie byłem na to przygotowany! – odpowiedział, kładąc się niżej.

— Spokojnie, mam plan, mein freund! Popatrz na mnie… – uspokoiłem go i skupiłem jego wzrok na sobie. Trochę mu to zajęło, ale w końcu tak właśnie zrobił. — Odwrócę teraz ich uwagę, biegnąc po tym polu. Kiedy usłyszysz, że kule już nie uderzają w ten głaz, wychylisz się, poszukasz strzelców und dasz im nauczkę ze swojego karabinu, okej? – wyjaśniłem mu swój plan. On zaś patrzył na mnie z zaskoczeniem, jakby nie mógł uwierzyć, że w takiej sytuacji zdołałem obmyślić sensowny plan. To jedna z tych umiejętności, którą niemiecki żołnierz powinien posiadać. Zwłaszcza ten, który służy w SS.

— Ja… gut, tak zrobię. Tylko uważaj na siebie, Max! – powiedział po krótkiej przerwie i odbezpieczył swój karabin. Ja zaś czekałem aż ogień trochę ustąpi i… jak strzała wybiegłem zza osłony i zacząłem okazjonalnie strzelać w stronę gospodarstwa i jednocześnie unikać kul. Paul natomiast wychylił się i zaczął przez lunetę szukać celów. Chyba jakieś znalazł, bo słyszałem strzały z jego strony. Z uśmiechem upadłem na ziemię, z nadzieją że wyprowadzę ich w pole udawaniem trupa, po czym znów wstałem i zacząłem biec, podczas gdy mój przyjaciel eliminował zagrożenie. W takich chwilach cieszyłem się, że odpowiednio dbałem o kondycję fizyczną. Może gdybym nie był żołnierzem zostałbym sportowcem. Najważniejsze jednak, że wreszcie dostałem to, co chciałem: dreszczyk emocji związany z walką, za którą tęskniłem od podpisania deklaracji pokoju z Amerykanami!

Po kilkunastu minutach Albrecht i reszta jego ludzi (wielu z nich zostało zabitych, niestety) przyszła ze wsparciem i ogień ze strony gospodarstwa zaczął słabnąć.

— To ten moment, panowie! Do ataku! – krzyknąłem triumfalnie i wszyscy ruszyliśmy biegiem w stronę naszego celu, nie przestając strzelać. Na szczęście nikt już z nas nie oberwał i nic nie stawało na przeszkodzie przed wejściem na teren bazy terrorystów. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy zauważyliśmy, że niektórzy z upadłych Polaków wciąż żyli. Nie stanowili już zagrożenia, ale wciąż żyli. To nawet dobrze się składało. Miałem pewne zamiary co do nich. Zanim jednak cokolwiek z nimi zrobiłem, spostrzegłem jakiegoś nastoletniego chłopaka… z karabinem myśliwskim!

— To ten snajper… – stwierdziłem i podszedłem do niego. Trzymał się za ranę w brzuchu i patrzył na mnie. Stanąłem nad nim i przesunąłem karabin nogą z dala od niego. — Jakieś ostatnie słowa? – spytałem go po polsku z mrocznym uśmiechem.

— Siekiera… motyka… piłka… alasz… wkrótce zdechnie głupi malarz… – wycharczał w moją stronę i napluł na nogawkę moich spodni.

— Jak śmiesz… giń, nędzny robaku! – warknąłem i nadepnąłem go na szyję, po czym przyłożyłem mu lufę z mojego karabinu do jego głowy i wystrzeliłem trzy-pociskową serię. — Przeczesać teren und zanieść wszystkich ocalałych do tamtej stodoły! – rozkazałem wskazując na jakąś drewnianą ruderę. Reszta wypełniła mój rozkaz i zaczęła wlec zapłakanych i przerażonych Polaków. Ich strach karmił moją rządzę krwi podludzi niczym mama kochające dziecko. Moją uwagę przykuł jednak Albrecht, który ciągnął ze sobą za włosy jakąś młodą dziewczynę, która próbowała mu się wyrwać.

— Max! Znalazłem tą małolatę w chacie! Co z nią robimy? – spytał, trzymając ją mocno. Ja zaś popatrzyłem jak Paul wlecze jakiegoś starszego mężczyznę, którego musiał chyba solidnie pobić kolbą, bo widziałem podbite oczy i rozciętą twarz.

— Proszę! To mój ojciec! Błagam was, zostawcie nas w spokoju! Mój chłopak zginął w łapance dwa tygodnie temu! Tylko moja rodzina mi została! – krzyczała zapłakana, wskazując na wleczonego człowieka.

— Twój… ojciec, ja? – spytałem uśmiechając się. — To on tu rządzi? To on prowadził ten atak na naszą jednostkę und prawdopodobnie inne akcje przeciwko Tysiącletniej Rzeszy, hmm? Ilu moich towarzyszy broni zabił? – zapytałem jej jak na przesłuchaniu.

— Ja… nie wiem… ale proszę, obiecuję, że już nigdy nie będziemy walczyć przeciwko wam tylko nas zostawcie, błagam! – prosiła nas ciągle. Ja popatrzyłem zaś na Albrechta i postanowiłem zrealizować swój…plan.

— Sierżancie… weźcie to dziewczę ze sobą do tatusia und reszty. Mam dla niej… niespodziankę. – rozkazałem mu ze spojrzeniem, którego chyba sam Lucyfer by się przeraził. On wykonał mój rozkaz i prowadził dziewczynę ze sobą. Poszliśmy w stronę stodoły, w której znajdowały się jęczące z bólu i cierpiące niedobitki. Wszyscy staliśmy przed stodołą, podczas gdy Albrecht nie puszczał młodej i tylko pozwalał jej patrzeć. Ja również spojrzałem na te szkodniki i wtedy zacząłem powoli sięgać po granat, który miałem schowany w pokrowcu. Ona nie widziała co robię i kiedy już miałem go wyjąć kompletnie, moją uwagę przykuła pewna torba przy drzwiach od stodoły. Była pełna butelek. Podszedłem do niej, żeby dokładnie zbadać zawartość. Zapach potwierdził moje podejrzenia… To butelki z benzyną! Takich samych używali powstańcy w Warschau. Zaśmiałem się cicho i wziąłem torbę do ręki. Dziewczyna była tak pochłonięta wołaniem pociesznych słów do swojej rodziny i przyjaciół, że nie zauważyła jak biorę zapalniczkę… i podpalam jedną z butelek. W końcu zauważyła jak leci ona w stronę jej najbliższych i przy kontakcie z ziemią… zapaliła się. Nie minęło pięć sekund, a leciała kolejna… i kolejna… aż cała stodoła stanęła w płomieniach z rannymi w środku. Widziałem jak dziewczyna płacze, krzyczy… jak Albrecht i Paul patrzą zdjęci grozą, ale też pod wrażeniem… ale miałem to gdzieś. Mój wzrok i słuch były skupione tylko na moim dziele w postaci płonącej stodoły z wrzeszczącymi z bólu i również podpalonymi terrorystami. Ten widok… był dla mnie niezapomniany. Uczucie jakie mi towarzyszyło… było naprawdę silne i niezapomniane. Chciałem czuć je cały czas. Albrecht cały czas trzymał dziewczynę, która płakała z bezsilności i osunęła się na ziemię, a ja tylko patrzyłem na to wszystko… z satysfakcją.

— Uwielbiam zapach zwycięstwa nad podludźmi o poranku… – powiedziałem cicho i powoli zacząłem odchodzić z resztą grupy szturmowej do miejsca, gdzie nas zaatakowano, żeby zebrać poległych żołnierzy. A dziewczyna? Wziąłem ją od Albrechta, przerzuciłem sobie przez ramię i szedłem razem z nimi, ignorując jej krzyki i jęki rozpaczy. Przyjaciele z SS będą się z nią dobrze bawić podczas przesłuchań. Kto wie, może się do nich przyłączę, gdyby nie udało mi się spotkać z moją ukochaną Martą?

 

(Przetrwałeś jakoś? Pokusa Cię pokonała i przeczytałeś rozdział? Gratulacje! A teraz idź i poczytaj lub obejrzyj coś miłego na poprawę nastroju! :) )

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (9)

  • wolfie 9 miesięcy temu
    Sposób, w jaki Max rozprawił się z rannymi "terrorystami"... Trochę mi się to skojarzyło z metodami, jakie stosowało UPA. To było dziwne uczucie, patrzeć "oczami triumfującego diabła" na ogromną krzywdę innych. Liczę tylko na to, że spotka go za to zasłużona kara. Czekam na więcej :)
  • TheRebelliousOne 9 miesięcy temu
    No witam :D Nie dziwię się, że wspominasz o UPA, zważywszy na czas akcji opowiadania i los terenów dzisiejszej Ukrainy w tym opowiadaniu. Bardzo dobre porównanie. Dziwne uczucie, powiadasz? Cóż, moim zdaniem warto jest przynajmniej raz w życiu patrzeć na fabułę oczami "tego złego", chociaż głównymi bohaterami są Max i Polak Witek. Czy spotka go kara? Przekonamy się, w końcu to dopiero początek. Dziękuję za wizytę i pozdrawiam ciepło :)
  • Clariosis 9 miesięcy temu
    Witam szanownego Rebela. ;) Dawno mnie nie było, bo klawisz "w" postanowił się zepsuć... nadal nie działa dobrze ale jeszcze dycha na tyle, bym mogła w końcu w miarę normalnie napisać komentarz. So here I go.
    Przyznam bez bicia, że nie pamiętam imienia naszego, em, powiedzmy niemieckiego "bohatera", gdyż mam ogółem problemy z zapamiętywaniem imion, a tutaj mamy narrację pierwszoosobową, przez którą nie powtarza się zbyt często - mimo to bardzo sprawnie budujesz jego charakter i przedstawiasz go czytelnikowi w bardzo ciekawy sposób, a mianowicie pozbawiony oceniania postawy jako niezaprzeczalnie złej (która przecież taka jest), a pozwalasz być w jego butach, tak, że jako czytelnik czujemy i widzimy to, co on sam o sobie myśli. Bardzo lubię taki zabieg, gdyż jest to świetny sposób na budowanie historii, szczególnie kiedy stosujemy taką narrację wobec więcej niż jednej postaci - ale też jest to trudne, gdyż nie mamy tutaj wszechwiedzącego narratora który potrafi łatwo wyjaśnić pewne okoliczności, etc. Ty jednak Rebelu zdajesz "test" świetnie - w przypadku Niemca jak i Polaka wykreowałeś dwa antagonistyczne wobec siebie charaktery, z tak skrajnie różnymi celami. Szczególnie dobrze obrazuje to ostatnia scena, zakończona jakże delikatną sugestią, za którą kryje się zło w najczystszej postaci, uprzedmiotowienie i zniewolenie drugiego człowieka. Ale tak to właśnie jest, gdy ktoś jest przekonany o swojej wyższości... a jakże to straszne było wtedy, gdy jeszcze istniał sztab ludzi głoszący "wyższość rasy" nad "podludźmi", jednostki egocentryczne tym bardziej łykały te bzdety, a nawet uznawały je, mniej lub bardziej świadomie, za pewnego rodzaju "odczulacz moralny". W końcu zabicie podczłowieka to nie przestępstwo, skoro nie jest człowiekiem, prawda?
    Pozdrawiam i do następnego razu.
  • TheRebelliousOne 9 miesięcy temu
    Któż to wrócił! :D
    Dawaj adres klawisza "w". Pogadam z nim i znów będzie działał! :D A tak serio to cieszę się, że wciąż czytasz moje opowiadania :) Imię bohatera? Jest napisane w pierwszym rozdziale, który też jest opowiadany z jego perspektywy. Chociaż fakt, przy rozmowie z Martą mogłem zdradzić jego imię. Jestem również zadowolony z tego, że spełniam swoje zadanie tworząc hitlerowca złego do szpiku kości, chociaż kto wie, może Polacy też nie będą tacy święci? W końcu człowiek przyparty do muru jest zdolny do wielu rzeczy, żeby przeżyć... ;) Ostatnia scena? To prawda, miała pokazać do czego zdolni są "nadludzie" w walce z tymi, którzy "ośmielają się stawać na ich drodze do wielkości", że się tak wyrażę. Bardzo ciekawe i trafne przemyślenia :)

    Być może jeszcze w tym tygodniu wskoczy nowy rozdział "Tylko on, ona i motocykl", a w międzyczasie nieśmiało zachęcam do obadania "Touchdown'a!" i pozdrawiam ciepło :)
  • Clariosis 9 miesięcy temu
    TheRebelliousOne Obadam, obadam, tylko się z egzaminami uporam. ;)
  • Pontàrú 8 miesięcy temu
    "Z powodu moich zachwytów moją Martą nie zauważyłem mojego przyjaciela Paula, który podszedł do mnie i również patrzył w jej stronę"

    Powyższy wycinek posłuży jako przykład. Po pierwsze od razu widać powtórzenie słowa "mój". Należałoby to jakoś obejść. Nie jest to jednak jedyny problem a przykłady tego o czym zaraz powiem możesz znaleźć w całym tekście.
    Primo: zdecydowanie nadużywasz zaimków. "Jego, ją, niego, tych, tym, ten, ta". Te słowa sprawdzają się dobrze w momencie kiedy faktycznie bezsprzecznie wiadomo o kim mowa, znajdują się blisko wspominanego podmiotu oraz są konieczne do utrzymania sensu zdania. Bardzo często można je jednak zastąpić. Zamiast "popatrzył w jej stronę" można na przykład użyć "Popatrzył w stronę odchodzącej w stronę mieszkania piękności". Dodatkowo w ten sposób rozbudowujesz swój tekst.
    Secundo: zbyt często używasz słów określających przynależność. Chodzi mi tu na przykład o "kobieta sięgnęła po SWÓJ płaszcz". Raczej wiadomo że swój, przecież nie brałaby cudzego, a jeśli tak, to wtedy określić czyj poprzez "kobieta sięgnęła po płaszcz męża". Nie zrozum mnie źle, te słowa są czasem potrzebne jak na przykład pisałeś że kobieta poszła do SWOJEGO mieszkania. Tutaj jest ok bo po pierwsze nigdzie wcześniej nie było w tekście wspomniane, że posiadała ona własne lokum, oraz w tym kontekście należało doprecyzować czyje było to mieszkanie. Po prostu następnym razem, kiedy zobaczysz słowa "moje, twoje, jej, swoje, własne" zastanów się czy są one niezbędne do poprawnego zrozumienia tekstu i czy nie dałoby się ich po prostu wyciąć.
    Tercjo (ale takie malutkie tercjo): Czasami mam wrażenie jakbym po prostu miał się bać bohatera. W sensie odnoszę wrażenie jakby autor powiedział "słuchajcie on jest bestią bez duszy, ok?" a czytelnik odpowiedział "no w sumie spoko". Widzę że próbujesz w tekście nakreślić przeszłość i co uczyniło go tym bezdusznym wojskowym jednak nadal mi tu trochę czegoś brakuje. Czasami mam wrażenie, że protagonista nie jest mrocznym żołnierzem niemieckim, a szaleńcem w tym sensie że odchodzi od zmysłów. Na przykład w tym momencie jak zaśmiał się podczas strzelaniny. Nawet bezduszny oficer SS raczej zdawałby sobie sprawę z zagrożenia a śmiech mi osobiście bardziej kojarzy się z manią lub szaleństwem.

    Więc tak, dwa pierwsze punkty to ważne zagadnienia związane ze stylem a ten trzeci to już bardziej moje osobiste czepianie, także nie musisz go sobie brać jakoś bardzo do serca. Najważniejsze są te zamki itd. To mi w sumie najbardziej przeszkadzało, a jako że w tym tekście faktycznie rzucały mi się w oczu to tym razem zostawię 4.
  • TheRebelliousOne 8 miesięcy temu
    Witaj! :)
    Po pierwsze, dziękuję Ci za wychwycenie tych błędów. Dopiero teraz zauważyłem, że faktycznie popełniam błędy, które nie powinny się znaleźć w moich opowiadaniach, zważywszy na fakt, że mam co do nich plany. Serio, dziękuję. Jeszcze dziś zobaczę co uda się poprawić w tym rozdziale.

    Jeśli chodzi o punkt trzeci Twojego komentarza to powiem Ci tak: Tak, masz bać się Richtera! Chcę wywołać efekt u czytelnika, żeby za każdym razem jak czytał rozdział z jego życia, był zaniepokojony i zastanawiał co okrutnego tym razem wymyśli. I tak, jest to mroczny niemiecki żołnierz, który też jednak wykorzystuje swoją pozycję do czerpania własnych korzyści. Jest on oczywiście lojalnym hitlerowcem i nie można o tym zapominać. Jego śmiech podczas strzelaniny to po prostu pozytywna reakcja na fakt, że znów "coś się dzieje" w jego życiu i że znów ma okazję walczyć z wrogami Rzeszy... a przecież tak za tym tęsknił. I jeśli uważasz, że to, co robi jest zbyt okrutne, polecam poczytać o człowieku, który nazywał się Oskar Dirlewanger i jego brygadzie SS.

    Jeszcze raz bardzo Ci dziękuje za wychwycenie tych błędów. To naprawdę wiele znaczy dla mnie.

    Pozdrawiam ciepło :)
  • Pontàrú 8 miesięcy temu
    Ostatnie zdanie odpowiedziało też trochę na moje inne pytanie. Zauważyłem że dopełnienia w zdaniach, w sensie dla kogo coś jest, dajesz na końcu wypowiedzi i zastanawiałem się czy taki szyk może brać się z naturalnych przyzwyczajeń i tu chyba mam pośrednią odpowiedź. "To naprawdę wiele znaczy dla mnie" jest w komentarzu a ja powiedziałbym "To naprawdę wiele dla mnie znaczy". To "dla mnie", "dla niej", "do niej" etc. bardzo często pojawia się u Ciebie na końcu i zastanawiałem się właśnie czy może ma to jakiś związek z tym jak na co dzień mówisz i wychodzi na to że chyba tak. Taka moja obserwacja XD
    Zgaduję też iż jako że lubisz USA to najprawdopodobniej dobrze znasz angielski, a tam z kolei taki szyk jest już zdecydowanie batdziej naturalny. Może po prostu doświadczyłeś jakiegoś narzutu z obcego języka. Wiesz, wiele rzeczy się zmienia. Teraz już normalne jest mówienie "proszę" na końcu zdania podczas gdy jeszcze paręnaście lat temu było to dziwne. Technicznie poprawne zdania powinny brzmieć jakoś tak:
    Could you tell me where the closest bus stop is PLEASE? - Czy mógłbyś mi PROSZĘ powiedzieć gdzie jest najbliższy przystanek autobusowy?
    It means a lot TO ME - To wiele DLA MNIE znaczy.
    Ot ciekawe moje spostrzeżenie
  • TheRebelliousOne 8 miesięcy temu
    Poruszyłeś ciekawą kwestię... i pewnie masz rację. Myślę, że właśnie przez moje przywiązanie do USA i języka angielskiego (jako jedyny w swoim liceum miałem maturę na 100%, swoją drogą XD) mój sposób wypowiedzi jest jaki jest.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania