Oranżada III
Pomachał wolną ręką do wywieszającej pranie Pani z drugiego piętra. Ta jedynie tępo na niego spojrzała, upuściła jakąś bluzeczkę, po czym zniknęła w głębi mieszkania. Widział jeszcze, jak wyprowadza kogoś na balkonik, P. jednak przemykał już nad dachem bloku, zostawiając ich beztrosko w tyle. P. na chwilę zamknął oczy, a kiedy je otworzył Krowodrza przedstawiała się już jak mapa satelitarna, z umownymi kreskami i kropkami wyznaczającymi ulice i domy. Tutaj piorun zawisł na chwilę, jakby pozwalając konduktorowi nacieszyć się widokiem swojej dzielnicy. Dopiero wtedy słońce naprawdę zaczęło dawać się we znaki. P. zaczął już z głodem patrzeć na ciemne plamki wyrastające obok wieżowców. Jaka to musi być rozkosz ukryć się w takim ciemnym kącie, jak najdalej od nieba jak to tylko możliwe. Kula zaczęła powoli ciągnąć w stronę Starego Miasta.
Opisanie rozpalonego słońcem centrum Krakowa strasznie by autora ucieszyło, piorun zaczął jednak nabierać pędu, mijając pocztówkowe scenki na przestrzeni sekund. Kamienice zmieniły się w bloki, bloki w domki, a domki w pola. Wiatr huczał w uszach z przejęciem, które zdawało się bliskie wyrwania bębenków. Słońce przestało mieć znaczenie, a P. zaczął nawet dygotać z zimna (gdyby w takim szale mógł w ogóle te drgawki wyczuć). Oddychać było coraz ciężej, i ciężej. Powietrze samo wpychało się konduktorowi w płuca, nie przynosiło ono jednak ze sobą ulgi głębokiego wdechu, P. otwierał więc szeroko usta, a powietrze jeszcze śmielej wdzierało się do środka, pozostawiając jedynie więcej nienasycenia. Nie wiadomo kiedy pola, lasy, miasta i morza zastąpiła jednolita, rozmyta plama. Wściekłość piorunu zdawała się osiągać maksimum. Zgasły wszystkie światła, a pacjenta, wraz z kulą połknęła ciemność. P. odwracał wzrok, desperacko szukając miejsca skąd przybyli, w żadnym kierunku jednak nie istniało nic poza czernią (jedynie iskra oświetlała w tej otchłani siebie i P., jak zawieszona przynęta ryb głębinowych).
Palce konduktora nagle wróciły do torsu - ruch zatrzymany jeszcze za czasów podwórka nie napotkał już żadnych barier. Kula zniknęła. P. zawisł na sekundkę w przestrzeni. Zaczął rzucać się jak wyjęta na brzeg ryba, lecz nieważne ile siły w to wkładał, nie zdawał się w ogóle przemieszczać. Panika opanowała jego serce, a jakaś niewidzialna ręka zaczęła go ściągać z powrotem skąd przybył. Chciał krzyknąć, lecz nie miał do tego powietrza. Świadomość okropnego upadku, który go czeka zdążyła się jedynie wykluć spośród harmideru myśli, kiedy plecy huknęły o twardą podłogę, wybijając cały dech z płuc konduktora - tyle właśnie trwa moment.
Przech chwilę P. leżał rozbity krzyżem na ziemi (czymkolwiek by ona nie była), czerpiąc głębokie, głodne oddechy, wsłuchując się w huk wystraszonego serca (atak migotań był tuż za rogiem - serce zamiast metronomu wybijało coś w stylu walca pijanej orkiestry). Po całym eterze rozchodziło się niesprecyzowane, bezkierunkowe światło. Nadal rozłożony pokotem, P. dostrzegł, że jego ciało w zasadzie nie opiera się na niczym, eter przeciągał się nad jak i pod jego ciałem, jakby leżał na gigantycznym, przeszklonym moście.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania