Poprzednie częściOstrze Yahhordesa

Ostrze Yahhordesa Rozdział I

- Przytrocz teraz, łaskawco, mój plecak. No za ten uchwyt. Tu masz linkę, z głową wiąż...!

- Ruszaj się, żwawo!

Maciej strofował giermka, usiłującego umocować mój plecak do siodła. Dziwić się gówniarzowi, że nie mógł sobie poradzić z nowoczesną techniką. Rycerz odwrócił się ku mnie i zagadał ostrożnie:

 

To mój siostrzan, też Zdziubinga, choć po kądzieli. Na imię ma Michał. Rodzice go obumarli, gdy miał pięć lat i osiem.

 

- No, Michale, jak chcesz zostać dzielnym rycerzem to musisz myśleć koncepcyjnie. A teraz pomóż mi wleźć na konia, bo jak spadnę, to gnaty sobie poprzetrącam!

 

Z pomocą giermka wlazłem na konia, Jasper dał znak i ruszyliśmy. Kapało z drzew, błoto ciumkało pod kopytami, ja siedziałem sobie na koniku i zadumałem się głęboko. Nie próbowałem bowiem nawet kierować rumakiem, wyjątkowo spokojnym zresztą, bo w życiu siedziałem na koniu ze dwa razy. Nie uczyłem się jeździć, bo to czepiają się człowieka, że niby trzymaj się prosto, wodze tak, ręce siak. Jak koń jest mądry, to wie, gdzie ma jechać a jak głupi, to po co na nim jeździć? Ten dajmy na to wie, lezie za innymi, dobrze, że stępa, bo droga w dół i w dół. Moja sytuacja nie przedstawiała się wesoło. Narnijczycy to były dzieciaki, nie zdawały sobie sprawy z powagi sytuacji, zresztą spotkały wkrótce Aslana i wszystko się zrobiło oczywiste. Ciekawe, jak tam było z tymi czarownicami, co rządzą tym światem? Ten facet pewnie zgłupiał od nich, a się nie dogadał. Nie mówię o uciekinierach moralnych, jak te JAGowe panienki, czy tirowiec. Kto pisał o tirowcu? Nie pamiętam. Zresztą w moim położeniu nie ma to większego znaczenia. Jakbym był panienką, to bym się rozpłakał i zemdlał. A tak? Wybierałem się na krótką wycieczkę, nie wziąłem zbyt wiele sprzętu, a także betów na zmianę. Co mi się przyda, to na pewno bagnet, kupiony na giełdzie staroci, takiego pochodzenia lunetka snajperska /że nie wziąłem lornetki!/, kompas, co go zrobiłem z słoika po musztardzie, szpilki, kawałka drutu, prawdziwy kompas, czyli busola, latarka zwykła, latarka punktówka, latarka na dynamo ruska. Nóż sprężynowy do krojenia chleba. Apteczka i peleryna foliowa. Polarek, co go mam w plecaku. Kangurka. Czapusia wełniana i rękawiczki. Zapałki w nieprzemakalnym pudełku i zapalniczka. Bateria zapasowa. Mało tego wszystkiego. Przydałby się kałach i tak ze 3 000 sztuk amunicji. Wiaderko granatów, może ze cztery moździerze? Ale to i tak wszystko na nic. Człowiek odcięty jest od dostaw i skazany na dorobek tubylców. Muszę szybko poczynić najważniejsze wynalazki, jak papier toaletowy. Jedna rolka, co mam na długo nie wystarczy. Ze sławojką problemu nie będzie, a sławojka od biedy ujdzie. Podobnie jakieś łaźnie się zarządzi. Gorzej, jak złapię jakieś zapalenie płuc, albo mi gnaty połamią, to koniec pewny. Albo miejscowe bakterie się na mnie rzucą i wykończą. Ale co komu Pan Bóg przeznaczył i raz kozie śmierć. Tak sobie rozmyślałem, przechodząc od subiektywu do obiektywu, a minę musiałem mieć niewyraźną, gdyż ciężko robiło mi się na sercu. Zagadałem do jadącego obok mnie Jaspra:

 

- Daleko, do tego zamku czy daleko jeszcze jest?

- Nie, ta ścieżka wkrótce zejdzie w dolinę, już płasko bardziej jest. Zamek zaś leży u brodu, na wzgórzu, tam oczekuje na nas reszta delegacji... Musisz być bardzo zatroskany, ale bądź pewien naszych uczciwych zamiarów.

- Takie przenosiny znane są mi w teorii, jednak nie przypuszczałem, że kiedyś przytrafi mi się taka przygoda.

- Nie dziwię Ci się, drogi Wojciechu, rzecz to bowiem rzadka niesłychanie, by przebył ktoś drogę między światami.

- Zanim konkretną deklaracje zgłoszę, muszę wiedzieć , co i jak.

 

Wziąłem w tym celu zapiski przybyszów, gdyż bez problemu możesz je przeczytać, my wszyscy gotowi jesteśmy odpowiadać na Twoje pytania. Wiedzieliśmy o Twoim przybyciu wcześniej, dlatego przygotowaliśmy się odpowiednio.

 

- Powiedz, ten kot, co gada, to ich jest więcej takich?

- Za wiele to ich nie ma. Nie wiemy, kiedy pojawiły się pierwsze koty. Mówią, że wymyślił je jakiś czarodziej, albo sprowadził skądś. Mieszkają to tu, to tam, polują, głównie nad zachodnią granicą, choć ostatnio przenoszą się nad elfie rzeki, nad granice Elfiego Królestwa. Czasem wstępują na służbę do króla, ze względu na pamięć sojuszu Belfegora Wielkiego, Elinora i króla Poltesta. Czasem – przyłączają się do orszaków możnych, głównie zimą. A tak to latają to tu, to tam.

- Wszystkie takie wyszczekane, czy tylko ten?

- Wędrowiec uśmiechnął się:

- Nie lubią się z psami, oj nie lubią. Choć nie wszystkie. Ale sporo wiedzą, niektóre umieją nawet czytać, a że śpią i drzemią pół dnia, mają dużo czasu na rozmyślania.

- To mocne są w filozofii? Lubicie, tu, w Poinonii filozofować?

- Zdarza się, zdarza. Wielki traktat „Niebyt jako pseudobyt mniemany” powstał przy udziale kota. Ściślej – trzech.

Tak sobie rozmawialiśmy jadąc, przy czy na razie starannie unikałem pytań, co mi się cisnęły na usta. Na wszystko pora będzie jutro. Jak się wyśpię i upewnię. Taką strategię obiorę. Tymczasem dojechaliśmy do wzgórza zamkowego, gdzie strumień u stóp naszych był już rzeką. Most opuszczono, bo kot jak to kot pogonił przodem i powiadomił o naszym przybyciu. Na dziedzińcu oczekiwał już kustosz, szambelan na czele załogi, pachołków, służby zamkowej z rozdziawionymi gębulami. Byli też przedstawiciele starosty wysokogórskiego, piątka krasnoludów, widać, że pierwszego szeregu, w pancerzu, z kordem, w futrach sobolich, gronostajowych i innych, ze spojrzeniem dumnym, był uczony mąż Voldar z Appeldale, profesor praw obojga na Uniwersytecie Lubnardzkim, był przedstawiciel drugiego starosty, hobbit Krokus z Jarzębna wraz z towarzyszami, komes Wolimir, prokurator księcia na Morganie Konrada hrabia majsengrodzki Hilryk zwany Wątroba, ze dwóch markizów i trochę drobiazgu. Koty to trzy przyszły nowe, specjalnie, co stanowi wielki honor. Niechętnie one bowiem wyłażą z ciepłych komnat witać kogoś, niechby był i marszałkiem. Dlatego też między innymi nie wiele ich jest w pańskich pocztach. Do polowania się nadają, ale nie wylizie taki, nie przywita się i ogonem nie zamacha. Zlazłem jakoś z wierzchowca – wyjątkowo cierpliwa bestia - i poczułem się jak w ZOO, bo gapili się na mnie, szczególnie, że wyróżniałem się strojem. Ale Jasper jakoś poprowadził ceremonie powitalne, szczęściem mniej kumaci nie wiedzieli, kim jestem, to jest mam być, a zwabiła ich na dziedziniec wieść o powrocie kasztelana. Weszliśmy wreszcie do środka, to jest do zamku, czyli do sieni, dalej, do sali jadalnej, zwanej znajomo refektarzem, dalej – do przydzielonej mi komnaty. Mile mnie zaskoczyła, bo przytulnie urządzona, ogień w kominku, posłanie schludne, weszów brak. A takie wesze to potrafią zaleźć za skórę. Kasztelan Wcisław to surowy pan - zresztą Wysoki Zamek, zwany też Wyborgiem, choć do niego należy, nie jest zamkiem kasztelańskim, kasztel jego nazywa się Zewlewowo - dlatego uczty wystawne i pijatyki do rana największą są rzadkością więc goście wieczerzali już, a my, świeżo przybyli zebraliśmy się nie w refektarzu, a w mniejszej sali koło kuchni. Ach, myślałem, że nic nie przełknę, no bo wiadomo jak to z higieną u barbarzyńców, napiłem się nieco wina, bo alkohol dezynfekuje, wiadomo, wszystko, rzekłem do Macieja:

 

- Przejdźmy się po zamku, bo chciałem urządzenia wasza obejrzeć!

- Popatrzył na mnie trochę dziwnie, ale się zgodził. Oni tam wszyscy przechodzili trening specjalny, żeby na wszystko się zgadzać, nie dziwić się, nie zadawać głupich pytań i w końcu w pysk nie walić. Zaskoczyła mnie kuchnia, bo i gary myte, i potrawy, i kucharze wypucowani. Mają miejscowi świadomość, że brudu trzeba unikać, dlatego nawet i łaźnie są, i piorą, może perfum mało używają dlatego, że nie śmierdzą? Zakąsiłem w związku z tym coś, jakieś udko kurczacze z chlebem i warzywem, popiłem piwem wysłuchując opowieści kasztelana o dziejach zamku, a że to odwieczny, a że dziad bronił, a że ktoś tam więził, ktoś inny uciekał, duch jest taki a taki, prawuja bodajże, co żonę zdradzał, czy żona jego, jakoś tak to szło, że w końcu ktoś się z murów rzucił, nie wiadomo już kto dokładnie. Ale co ważniejsze, Wyborg korzystał z bliskości krasnoludzkich sadyb, Lube Góry z blank wyraźnie widać, więc miał system pomp wodę tłoczących aż na pietra i do wieży. Skanalizowano go nawet dość udanie, więc po wyjściu z toalety pomyślałem sobie: „Da się tu żyć, w tej Poinonii”. Podjadłszy sobie wszyscy ruszyliśmy do komnat, starannie uważając, żeby nie gadać o czymś ważnym, na to był czas przeznaczony później. Komnaty mieliśmy w głównym budynku wyznaczone, bo wieża za mała, a tu na piętrze pokoi sporo, tu szanowny Jasper, tu Wielebny, dogryzający jeszcze udziec barani, elfy na koniec korytarza, krasnoludy i hobbici za zakrętem na lewo... Krzywili się niektórzy, że takie honory dla nich, że na piętrze i w budynku, ale radę mieliśmy zakładać i należało się. Rycerze- drużynnicy mieli kwatery na dole, służba w takich czworakach. Giermkowie mieli własną kwaterę, żeby być pod ręką. Pomyślałem sobie: „jak jeszcze jestem na chodzie, to zaplanuję śniadanie”, wyciągnąłem z plecaka cebulkę i jabłko, wyszedłem i zastukałem do wędrowczych drzwi:

 

- Jasprze, czy możesz mi poświęcić chwilkę?

Zeszliśmy do kuchni, gdzie ku mojemu zadowoleniu kuchciki szorowały gary. Po drodze dołączył się do nas Belfegor, nie wiem, gdzie mieszkał, koty kręcą się to tu, to tam, zwykle mają wydzieloną kwaterę, tu jednak przebywały tymczasowo. Śpią gdzie ochota przyjdzie, często u Jaspra w komnacie. Ja namierzyłem kucharza i pytam się go, czy znają tu takie coś, jak to żółte? Znają, uprawiają, i jeszcze inne takie. O i podczaszego widzę. Jabłka mają, proszę mi przynieść kilka, i miodu grzanego. I wyznaczyć jednego spec-kelnera tylko dla moich potrzeb. Nie będę każdemu tłumaczył ab ovo. Kelnerki nie, bo rozgada za dużo koleżankom. Mleko niech rano przyniosą prosto od krowy, widzę, że cedzaki efektowne, wyprane w skrzyni. Nie potrafią tam dokonywać dezynfekcji aseptycznej, ale pościele, ubrania, filtry mlekowe często-gęsto gotują. Teraz w zimie i tak trzeba palić, drewna dostatek, a i węgiel kupiony, boż góry blisko. Garnki na wysokim poziomie widzę stoją, i porcelana jakaś jest. Patelnie jak należy. O wszystkim porozmawiam jeszcze z podczaszym i kustoszem. No to jeszcze zwalczyliśmy z Belfegorem po kurczaczku, z tym że ja raczej warzywko, on kurczaczka. Zasada taka jest, że jeśli kot coś je, to można jeść bez obawy. Bo kot za byle co się nie chwyci. Wracając namierzyliśmy kumpli Belfegorowych, koty na służbę najczęściej przyjmuje się po cztery, gdyż zwykle trzy śpią, jeden jest na chodzie, czyli jak nie szuka czegoś do zjedzenia albo się nie pucuje, to jest w gotowości. Przywitałem się z Behemotem, kotem doświadczonym i w świecie bywałym, z Lukrecją, kotką łaciatą, z srebrzystym błyskiem, w służbie królewskiej od lat wielu, jako zwiadowca i kurier sekretny, no i najmłodszy buras Gzymsik, niedawno dołączył do kompanii, jeszcze pstro w głowie. Zajmowali się właśnie kroplą walerianową, co ją dałem Belfegorowi, jak on ją przyniósł tutaj, nie wiem, miau i miau, ale fajne, zioło w płynie, a skąd mam, a więcej nie ma, smakuje pysznie i się można wytarzać. Pokonwersowaliśmy z kotami chwilę, popatrzyłem na zegarek- dziesiąta, czas do komnaty. Żebym mieszkał w komnacie? Nigdy na to nie wpadłem. Jasper wstąpił po drodze po papiery, usiadł na zydlu, bo fotela modą hobbicką nie było, ja obmacałem piec, gorący, wrzuciłem drwo do kominka i jąłem wypakowywać plecak, mówiąc:

 

- Wielu już przybyszów przybyło? Zastanawia mnie to, jak i stojące zadania. Orientujesz się pewnie, że wyboru nie mam, bo nie da się samemu wrócić, nie ludzka to moc. Ale negocjować pewnie będę musiał, więc niech nie wiedzą, co jest grane.

- Dużo w tym racji, ale nie jest ona pełna. Wszyscy tu stronnikami króla jesteśmy, krasnoludy i niziołki są przedstawicielami starostw, słusznie miejsce im się tu należy. Wiemy wszyscy, że groźba wisi nad krajem, co spory i konflikty czyni do zapomnienia łatwiejszymi.

- Wiecie, wiecie, ale skąd?

- Król zawsze wie, kiedy przybysz koronie na odsiecz dąży, koty śnią, krasnoludy wiedzą, ale my nie wiemy skąd. Elfy o takich sprawach wiedzą dużo, od tego są elfami.

- Znaków jakiś na niebie nie było? Kometa się nie pokazała?

 

- Nie, co najwyżej widać było chmury ogniste na zachodzie, i błyski jakieś. Ale mówią, że ziemia drży to tu to tam. Hordy Doomcalera, się zwołują, planuje on decydującą ofensywę, nie myślę ja jednak, żeby to był prawdziwy powód twojego przybycia.

 

Dalszą rozmowę przerwało pukanie do drzwi. To Belfegor, a za nim zaraz Michał z miodem i jabłkiem. Kot niby bestia taka, jak skoczy człowieka obali na ziemię i gardło przegryzie w okamgnieniu, ale wpuściłem bez strachu – wyraz mordki bardzo wesoły i przyjazny - uważnie obwąchiwał graty leżąca na stole. Po chwili spytał:

 

- Wspominałeś, szanowny przybyszu, o ufokach i Matplanecie. Ciekawi mnie, kto to jest, te ufoki?

- Przybysze z innych planet, zwykle atakują wszystko, co się rusza. Zielone, oczy wyłupiaste, z laserem w garści.

- Laserem?

- Takie coś, podobne do tej latarki. Widzisz, to się przyciska, i świeci się światło.

 

- Ruski wynalazek zawył niemiłosiernie, świecąc jednak się promieniem elektrycznym.

- Te ufoki mają takie coś ,tyle że przepala ścianę. Pojąłeś?

 

- Pojąłem. Wiesz, dzisiaj pobiegłem na zwiady i zapuściłem się w głąb Twojego świata, widziałem takie światła w oddali...

- To światła ludzkich domostw, oraz oświetlenie dróg. Drogi w miejscowościach są oświetlone, żeby ludzie widzieli, gdzie iść, jak się nawalą w knajpie.

...słyszałem warkoty...

- To auta, samochody takie, wsiadasz, jedziesz, a ten warczy.

- ... i w górze?

- Samolot. Wsiadasz, startujesz, lecisz.

- Lecisz?

- Lecisz

- Wysoko w powietrzu?

- No.

- To można polować na kuropatwy od góry, jak jastrząb jaki?

- Jakbyś się bardzo upierał, to można.

 

- Wyciągnąłem mapę z plecaka i objaśniłem go, gdzie droga, , gdzie wioska, tu wysiadłem z autobusu w Okrajniku, tak, takie co warczy i jedzie, las to zielone na mapie...

- A co to jest ten szlak, i to zielony?

- Szlak to takie paski, co się maluje na drzewach, żeby turyści nie błądzili w lesie i nie ginęli marnie. No turyści, chodzą po górach, żeby pooglądać krajobrazy, pooddychać świeżym powietrzem, odpocząć aktywnie... Tak, i po szlaku idą, patrzą na paski żeby się nie zgubić. O widzisz, tu jest schronisko i się śpi.

 

- Chciałbym bardzo zobaczyć Twój kraj, i ten samochód, i chodzić po górach jak ten turysta...

- Belfegor zamyślił się, zupełnie zwyczajnie wylizał sobie łapę jedną, drugą, jak to kot, który musi przetrawić ważne informacje. Wypiliśmy z Jasprem po kusztyczku na dobranoc, pokazał mi papiery, ależ nabazgrolone, z trudem się odczytałem, z jego pomocą, Belfegor wtrącał czasem swoje trzy grosze, Było już dobrze po północy, gdy uznałem, ze wiem już dość i wędrowiec udał się do swojej komnaty. Belfegora, poprosiłem, żeby cały czas jakiś kot plątał się po zamku, mając oko i ucho na wszystko, jeszcze jakby przyleciał rano z pobudką.

Zmiana klimatu, miejsca, wiadomo, człowiek się nie wyśpi. Choć posłanie wygodne, futrzaki niedźwiedziaste ale na to jeszcze śpiwór do minus dwudziestu i lulu. Okno małe, zasłonięte kocem na noc, w oknie jakaś błona, szyb nie ma, wiadomo, prowincja. Zbudziłem się zanim Gzymsik przyszedł z pobudką i służącym z mlekiem. Zaraz też zjawił się Michał, okno odsłonił, ale mętne - ciemno. Lampki mają za to nie bardzo kopcące, chociaż tranowe albo i tłuszczowe. Zielsko jedno rośnie, zbierają je i tłoczą, potem do lampek i knot. Pali się ładnie. Gzymsik wszystkiego ciekaw, pcha nochal do pasty do zębów, a do czego to? Nalałem mu mleka do miski, u nas, mówię, dla kotów jest specjalna pasta, łagodna, co tak w nosie nie wierci.

- To u was są koty?

- Są tylko mniejsze

Wziąłem mój kubek, co go zawsze mam z sobą nalałem sobie mleka, do glinianego nalałem Michałowi, Zdziubindze po kądzieli, siedzimy, pijemy. Choć on to nie miał takiej śmiałości do gadki, jak koty, tylko się przyglądał z nabożnym zdumieniem mojemu ekwipunkowi, strojowi, wreszcie mnie.

 

Zeszliśmy na śniadanko, jak to śniadanko, kasza jakaś głównie, zaraz potem przyniosłem notes z zapiskami, poczynionymi wieczorem i jęliśmy radzić. Pierwszy przemówił kasztelan, że trudne czasy, ale nie jesteśmy sami, przybył gość, Przybysz z świata innego, który pomoże jak się go poprosi, bo widać, że dusza szlachetna i mądra, na naszych sprawach się już wiele rozumie. O wrażeniu, jakie na mnie zrobił wczoraj zmilczał, że ufok, potem Jasper w tonie, że owszem, pomoc, ale jak sami sobie nie pomożemy, to nic się samo nie zrobi /kupa blada – dodał jeden z krasnoludów, Rumel ma na imię/ i się nie uratuje. Na trzeciego poszedł kapłan Bordar, że wielokroć kraj nasz doznawał dobroci Eru Iluvatara, wśród klęsk i nieszczęść które ściągamy na siebie własną pysznością, zarozumialstwem, chciwością i chucią. Oto dziś stoimy przed widmem wszystkich hord Doomcalerowych a zgody w kraju nie masz, każdy tylko prywaty patrzy, i jak sąsiadowi sztylet w plecy wbić i dobra jego zagarnąć. Komes Wolimir odrzekł, że rycerze, jako szlachetnie urodzeni powinność swoją znają i ojczyznę własną piersią zasłonią.

 

Rycerze, to chyba zbójcerze! – Krokus się zaperzył – oto na górze leży artysta, gracz i muzyk Ribaldo, co go bez ducha znaleźliśmy na gościńcu. A kto go napadł? Nie łotry, luzacy, hołota ale właśnie herbowi zbójcerze!

 

Pewnie ich przywódcą jest Krwawy Hegemon? – spytałem ścichapęk.

 

- Skąd wiesz, wasza miłość?

- Tak mi się przypomniało. I co z tym Ribaldem, bardzo oberwał?

 

W zasadzie tylko obity i potłuczony. W czerep pałą dostał, to i wywalił się na śnieg, legł, jak to mówią, bez ducha. A myśmy przejeżdżali, na wóz go wzięliśmy i leży w komnacie już trzeci tydzień, a nie wstaje.

 

Leżeć to może i leży, ale śpiewa, na tym tamburynie czy tam gęśli brzdękoli, mówią, że on coś za bardzo dokazywał w hegemonowym zamku, o co Krwawy Hegemon urazę i podejrzenie powziął, stąd przyszło do kijobicia maestra.

 

Tak, Rumel bagatelizował sytuację i nieszczęsnego Ribalda, ale tak krawiec kraje, jak mu materiału staje. Sytuacja wewnętrzna Poinonii była mi dziwnie znajoma, król, dźwigający ciężar walki z orkami, możni, patrzący swojej korzyści, tacy feudalni jacyś, do bitki między sobą zdolni, albo i na króla, ale orkom nie podskoczą, bo się boją. Ostatnio zaś Doomcaler zebrał hordy do kupy i zaczął prowadzić politykę świadomej aneksji. Póki orki grabiły tylko, jakoś jeszcze szło, ale gdy zaczęły zdobywać stanice i zamki, umacniać się w nich jasnym się stało, że królestwo nie jest w stanie utrzymać Adycji Górnej, straconej po bitwie Versemirskiej, ładne pięć lat temu. Obecnie orki wtargnęły do Adycji Dolnej i z największym trudem udało się je odrzucić. Skarb, jak to mówią, świecił pustkami, lennicy korony zawodzili, zwołać wyprawę strach, bo zamiast na wroga, to pyszczą i królowi do oczu skaczą. Inne kraje nadgraniczne też mocno zniszczone, jak to Recja, Murcja aż po Wielkie Uroczyszcza, Becja Mała wreszcie. Jeszcze jakby było mało zbójcerze w swoich zamkach, grabiący gościńce. Tak to się skarżyli też hobbici, że panowie łasym okiem spoglądają na Jarzębną Dziedzinę, za nic mając królewskie przywileje i w poddaństwo niziołki chcą obrócić. Tak skakali sobie do oczu aż zawołano na obiad.

 

Po obiedzie jąłem się zapoznawać z konnicą, osiodłano mi tego samego co wczoraj konika, ciska poczciwego imieniem Wąpierz, w małym gronie, Jasper, podejrzany mi, przycisnąłem go i przyznał się, że ma cos wspólnego z majarami, Maciej i elf Gildomir komentowaliśmy obraz sytuacji, jaki zarysował się rankiem. Fajna ta okolica, jechaliśmy lasem, potem polem, zagajnikiem, gdzie ćwiczyłem zsiadanie i wsiadanie, wracając spotkaliśmy ludność wieśniaczą, która to ludność jednak w liczbie sztuk jeden uciekła w las.

 

- Niedobrze się dzieje, skoro chłopstwo z taką niechęcią nas traktuje – powiedziałem raczej do siebie

- Tak, coraz gorzej im się wiedzie, jak zostaną doprowadzeni do ostateczności, to cepami takie lanie sprawią, że herby z hukiem pospadają z tarcz – zauważył Jasper.

- No, hegemonowa na pewno, choć on jest tylko lokalny. Graf, diuk i par Delissos zapewne się ich nie lęka, bo ze dwa razy ruchawki rozgromił.

- Maciej jął opowiadać o antychłopskich wyprawach, buntach, pogromach i pacyfikacjach.

- Wszystko to guzik nam pomoże, jak lud wieśniaczy do ostatniej cholery przywiedziemy.

- U nas, elfów takich problemów nie uświadczysz.

- Bo wy listkiem, a jabłkiem czy piosnką żyjecie, długo zresztą, akumulujecie więc kapitały...

Tak sobie rozmawiając wjechaliśmy do wsi Brzeszczoty. Przygotowywałem się psychicznie na widok wioskowej nędzy, jednak realia dobiły mnie zupełnie. Kurne chaty, kurek parę, studnia, nie widać nikogo, bo się przed nami po domach pochowali. O rzesz, a ten co tak wieje? Zza węgła wyleciał chłop, ten sam, co przed nami czmychnął, nie miał szczęścia, bidulka, bo teraz gonił go karczonóg, dorodny okaz, pancerny, szczypiec sześć, ócz dwadzieścia, nóg w parach ze trzydzieści, zdecentralizowany mocno, choć stałocieplny, macką wieśniaka dziabnął. Maciej i Gildomir zareagowali jak na zawodowca przystało. Elf jął szpikować monstera strzałami, rycerz zeskoczył z konia, wyciągnął miecz i czekał na atak rozwścieczonej bestii. Jasper chwycił za wodze mojego konia, aby odciągnąć mnie w bezpieczne miejsce. Jednak Wąpierz szarpnął się i zatrzymał na chwile, co mi starczyło do zeskoczenia. Chwyciłem za linkę alpinistyczną, co ją sobie przytoczyłem do siodła, zawsze nosze ze sobą...

 

- Co robisz? – zawołał wędrowiec.

- Ścisnąłem węzeł, widząc, że rycerz i elf, już pieszo, wiążą przeważające siły karczonoga walką, błyskawicznie obiegłem zwierza, zarzuciłem mu pętlę na odwłok, węzeł na drugim końcu, pętle na siodle Jaspra i...

- Wio!

Monstrum się zdziwiło, gdyż nagle zostało pociągnięte do tyłu, wędrowiec objeżdżał podwórek holując zdezorientowane, Gildomir strzelał w bezradnie się wijące cielsko raz za razem. Łup – ciapło zwierza o ścianę, trach – przejechał po płocie. Wędrowiec zatrzymał w końcu konia, odczepił linkę, spokojnie podjechał do płotu i przywiązał wierzchowca – reszta koni bowiem się rozbiegła. Z chałupy wyleciało ze trzech miejscowych /dopiero teraz!/ i dalejże z widłami do boju. Przeliczyli swoje siły jednak, monster jednego capnął szczypcami, drugiego opryskał jakąś żrącą mazią, trzeci uciekł. Kompani moi o wiele rozważniej podchodzili, z dwóch stron, Jasper widły jedne złapał, odwłok do ziemi przygwoździł, Maciej mieczem przebił przód, Gildomir zbrojny w długi nóż jeno macki odcinał, bo ostre to narzędzie. Ja drugie widły złapałem, i wbiłem w pośrodek bestii. Dopiero wtedy chłopstwo się zaczęło zbiegać, z kołkiem, grabiami, kijami, nie powiem, pomogli, bo się jeszcze bestia wyrywała, kąsać gotowa. Ale padł wreszcie nieżywy, mówię, do stodoły zawlec majdan uprzątnąć. Jasper rannymi się zaopiekował, bo to rany paskudne, na jednego kazał wodę lać z ceberka, a potem do izby. Gorzej z pociętymi.

 

- Sołtys tu jest?

- Ano ja jestem sołtys, co łaskawy pan każe.

- Zielarki, znachorki tu gdzieś nie masz?

- Ano jest – rozejrzał się strachliwie – jakieś dwie mile stąd mieszka, ale to straszna czarownica, bez pozwolenia nie lza do niej iść, my tylko na Jamrosiowe Wzgórze idziem, tam ją czekamy, komu potrzeba.

-Ty paniki nie siej, tylko chłopaka do zamku wyślij, niech powie, że monstrum nas zatrzymało, a kustosz niech migiem tu przyśle ze dwudziestkę konnych i koty. A do baby sam poprowadzisz?

 

- Azali wżdy?

- Tylko bez gadania.

Po czym kazał rannych nieść do komory, a w izbie porządki robić. Kury i kozy precz, wietrzyć, myć podłogę, ściany bielić. Inni niech koni naszych szukają, trzech, co niezbyt daleko się rozbiegły. Ale się zmachałem tą bitka, ale tu po babę znachorkę trzeba jechać.

 

- My we trzech po babę ruszymy, a ty na zbrojnych poczekaj, rozkazy wydać.

- Sołtys wóz przyszykował, i jedziemy, on najchętniej zwiałby jak najszybciej, my z przytupem.

- Hej, babo!

- A kto wyście są?

- Izba Skarbowa. Zezwolenie na działalność masz?

- Tamci popatrzyli na mnie jak na idiotę, baba, stara, typowa Jaga, rozdziawiła gębę.

- Dobra, karczonóg w wiosce narozrabiał, są ranni, pojedziesz z nami, zarobisz czworaka, wywłokę dostaniesz. A jak nie... – Baba otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć – Nie ma szans na negocjacje, ten pakiet został zamknięty. KPF?

 

W drodze powrotnej wypytałem znachorkę, jak to z leczeniem w okolicy, że napary, okłady, pajęczyny poleca, dużo ziół zna, kości nastawić umie. Reumatyzm pokrzywą leczy, a uroków nie rzuca, krowom mleka nie odbiera, bo za to srogie bęcki są i nieetyczne. Ona leczeniu służy. Elf też jej o rozmaitych roślinach leczniczych nagadał, tak przyjechaliśmy z powrotem, Jaspra nie było, bo jak się okazało, kustosz nie uwierzył chłopakowi, i gonić kazał precz. Dopiero jak wędrowiec narobił rabanu, postraszył tegoż, że chrumkać będzie w chlewiku, bo jak wieprz głupi, tak ten do Wcisława poleciał, o mało w gębę nie zarobił. Kasztelan dopiero zwiad przysłał, bo ciekawiło nas niezmiernie, skąd karczonóg tu przywędrował. Belfegor z Behemotem zaraz trop znaleźli, i dalej w las. Rycerze Chwalimir, brat jego Chwalibóg, Miestek, Zygfryd zaraz za nimi podążyli, choć pieszo, konie za uzdę, ciemno już się robi, ale dwudziestka zbrojnych za nimi.

 

Elf wszedł do chaty, gdzie porządki skończono, dzieciaki na piecu, Bolek, i Chwostek, ranni, na posłaniach ułożeni, Jaga napary parzy, kompresy nakłada temu poparzonemu. Ja za elfem.

 

- Ot, przywlokła się cholera – mówi Jaga.

 

Masz babo za fatygę czworaki – Maciej dał jej garść monet, choć w części miedzianych, w części srebrnych - doglądaj ich, jakbyś coś potrzebowała, daj znać.

 

Z Brzeszczotów do zamku niedaleko, w zamku spać, bo człek zmachany, choć pytań wiele. Ale żeby to spać, bo w nocy rozróba. Koty jamę w lesie wytropiły, skąd karczonóg wylazł, do roboty nic już nie mając wraz z wojskiem do zamku wróciły, traf chciał, że główny kucharz w kuchni je zastał, jak szukały małej zakąski, i w krzyk. No to Behemot go prask, na to przyleciał kustosz z podczaszym, no to Belfegor urządził zabawę w gonienie tłuściocha. Sam kasztelan musiał pacyfikować i uspokajać, potem przyszli do mnie z raportem, zapaprali podłogą połową barana, co łupem bitewnym była, pooglądali śpiwór, pokiwali łebkami, poszli do hobbitów spać. Koty trzymają sztamę z hobbitami, bo te lubią dobrze zjeść, młodź kocia szkodniki na polach zwalcza, dorośli wroga upatrują, gorzej, jak obiło kocie komando rycerzy barona de Vellego, co nazbyt swawolili w starostwie, a i rekwizycje poczynili.

 

Poprosiłem toteż kasztelana, żeby gadkę urządzić wieczorem, a teraz zbrojownię pooglądać, pojechać, rannych obejrzeć, czy żyją, a potem zdrzemnąć się kapkę. Mroczyło się, gdy zaczęła się konferencja dyplomatyczna z Hilrykiem Wątrobą, potem wystawna kolacja, ale bez upicia na razie. Ribaldo trochę posiniaczony już na chodzie, więc proszą, niech zagra. On, że nie jest w formie, na co Grumli, jeden z krasnoludów woła:

- Zasuwaj, stary na bałałajce, bo czasu szkoda na ceregiele!

- Ja nie jestem byle kto, ja jestem Ribaldo, mistrz, maestro znany, nie lza tak do mnie krasnoludzie.

- Coś sztywno gadasz, mistrzu, bierz instrument i wiosłuj...

No to sala w ryk, ale poskutkowało. Tkliwa pieśń była, o rycerzu i rycerce, co tęskniła, gdy on w stanicy. Zeszła rozmowa na reformę, co ją zaleciłem i konfederację w obronie króla i korony radziłem zawiązać. Wyciągnąłem expose, co to je sobie ułożyłem, pociągnąłem z kielicha i pytam się:

 

Szanowni zebrani, rzecz to oczywista, że ciężką walkę przyjdzie stoczyć, więc jeśli roli Przybysza się mam podjąć, to muszę wiedzieć nasamprzód, na jaka pomoc się możecie zdobyć i jakiej udzielicie, a to w zbrojnych mężach, gotowiźnie, zbrojach, mieczach, podwodach, koniach, kucach, lembasach, solonych rybach i mięsie, wszelakich jeszcze innych zapasach, pracach budowlanych i fortecznych?

 

Tak ich z mańki zażyłem, że po kolei się deklarowali, a to kasztelan Wcisław i komes Wolimir, krasnoludy z górskiego starostwa, a i w imieniu tych w kraju całym osiadłych, przewodził im Meron, wojownik wielce doświadczony, zaufany samego starosty Throbala, Krokus obiecywał żywność extra i podwody, jeszcze kuce z hodowli wytrzymałe bardzo, ryby solone i mięsiwo, kotły garnki, uprząż, czapraki, koce. Gildomir dostawy lembasów, innych pokarmów trwałych, oddział elfich ochotników. Elfy w swojej krainie, chronionej magicznie nie wiele dbają o orki, ale tu coś większego się kroiło, więc ochotnika król ich obiecał, Hilryk obiecał co dwa lata stu rycerzy na wyprawę, bo to księstewko mizerne, sam obawiałem się, że przyjdzie ja bronić przed zakusami margrabiego. Ale dobrze, że mu ością w gardle siedzą.

 

Widzę, zaangażowanie szczere, dlatego oświadczam, orzekam i przysięgam, mimo wad moich, a to skłonności do pyszalstwa, lenistwa, obżarstwa, opilstwa – tu krasnoludy mlasnęły z uznaniem – braków w inteligencji ogólnej, jak i myślanckich detalach – stać na straży królestwa Poinonii, bronić go przed wszelkim wrogiem, za wyjątkiem balroga..

 

Za wyjątkiem balroga? – z żalem zapytał Michał, a z oczów jego wyzierało rozczarowanie. Kazałem mu uprzednio zostać na obradach, niech się w sprawach publicznych obznajamnia.

 

No dobra. To balroga też. Zachować sprawiedliwość, biednego obronić, takoż wdowę i dziewicę, ku pożytkowi Króla Jegomości. W skromności, uczciwości i pomiarkowaniu. Zdrowie Najjaśniejszego Pana! – wszyscy toast wychyliliśmy

 

Tedy uważajcie teraz wszyscy, bo powiem, jak będzie. A nie będzie prosto. Konfederację nam trzeba zawiązać, kasztelana, który wiele dowodów dzielności dał, na urząd marszałka proponuję. Wszystkie zaś rycerstwo do posłuszeństwa królowi zobligowane będzie, razem z seniorami do związku przystępując. Zanadto bowiem możni w pychę się wbili, lenników więcej mając, niż król i pan nasz. Już tego lata wielu na północną granicę musi ruszyć, a nie będzie nam Doomcaler straszny, gdy orki armatą górować nie będą. Prawda, mości krasnoludy?

 

Ho, ho, już my się o to postaramy, piece już w naszej krainie pracują, arsenały królewskie zasilone będą.

 

Dalej, wojsko nasze z skrzydlatych jeźdźców składać się będzie, na co ja już sposób mam, jak ze świstem do szarży ruszać. Dalej, rzeczą ważną jest, żeby moje przybycie w tajemnicy pozostało jak najdłużej, aby wrogowie kontrakcji nie przedsięwzięli. Źle się trochę stało, że tu w tak licznym gronie obradujemy, co uwagę ściągnąć może. A roztropny szpieg, mający swoich ludzi sprzedajnych wśród służby wiele dowiedzieć się może, prawda, mości Krokusie?

 

Prawdatoli. My w ten sposób dowiadujemy się o nieżyczliwości względem Jarzębna, kiedy to ostatnio baron de Velle wciry dostał. Słuchać trzeba, co taki mówi, kiedy pijanego do łoża zanoszą, jak wzywają do stołu, strzemię każe podać...

 

Tak więc Ty, wraz z kapłanem tu obecnym Bordarem, służbę królewską zorganizujecie, aby wiadome było, co Krwawy Hegemon, a i graf Delissos pijani w łożu wychrapują, a i czym się upijają aż na dworze wicekróla.

 

Rycerstwo na mnie się popatrzyło krzywo, ale nie rzekło nic. Hobbit Tulipan zaś zapytuje się Ribalda:

 

- A ty, śpiewaku, do związku naszego, konfederacji nie przystąpisz?

- Chcąc nie chcąc przystąpił, na to ja mówię:

 

Skoro tak, to teraz jesteś królewskie medium i masowy przekaz. Komponuj teraz pieśń, że król pan dobry i łaskawy, a Krwawy Hegemon wieprz!

Następne częściOstrze Yahhordesa Rozdział II

Średnia ocena: 2.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Gregory Heyno 2 miesiące temu
    Mały komentarz, opinia taka moja.
    Pierwsze wrażenie było takie, o co w ogóle biega?, ale jak przeczytałem całość to dopiero zauważyłem, że to jest jakby część 2. Dopiero po tym przeczytałem prolog, który wiele wyjaśnia. (nie zauważyłem od góry listy rozdziałów)
    I to takie pseudo-staropolskie gaworzenie, trochę - tak, cały czas - nie. Przez to tekst czytało mi się ciężko.

    Ogólnie wygląda to jakby zarys rozdziałów do opowieści, a nie sama opowieść.
    I dialogi, niby ok, można się połapać co kto mówi, ale totalny brak reszty, emocje, opisy, i co tam jeszcze innego co znajduje się w standardowym opowiadaniu - tak mi trochę tego tutaj brak.
    Może to i taki sposób pisania, jednak mi nie podszedł za bardzo.

    Mimo wszystko rzucę okiem jeśli wyjdzie kolejna część.
    Powodzenia w kolejnych tekstach.
  • Smok.Eustachy miesiąc temu
    Wszędzie pełno emocji i opisów dlatego tutaj tego badziewia ni ma. Linia ideowa taka jest utworu.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania