Ostrze Yahhordesa Rozdział II

Rozdział II. Tak to jest powieść w odcinkach

Z Buntem Specymira było tak: Otóż wojewoda Rubin przyjechał do zamku Ryczyborg na inspekcję rano. Ale że to była zima, więc załoga, krasnoludy zacne, ucztowała w wilię, nie mając nic lepszego do roboty, już od zmroku, czyli gdzieś tak od trzeciej po południu, nic też dziwnego, że już o ósmej nikt tam sam na nogach nie ustał, więc jak wojewoda rano w trąbką zadąć kazał i na przegląd zwoływać, wyłaziły naprane krasnoludy skąd który legł, a i to nie wszystkie, bo te bez ducha leżące nie. I Specymir, pułkownik piechoty, ledwie na nogach się trzymając, jął rozkazy wydawać:

• Baaczność!

• Spocznij!

• Pierdnij

• Odpocznij!

Na co go Rubin w pysk, to rzuciły się krasnoludy mścić, tumult się zrobił, bigosowanie okrutne, bo też miał grzecznych rycerzy ze sobą. Ruchawka się rozeszła po wszelakich zamkach, gdzie krasnoludy stały załogą, już to królewską, już to najemną u możnych, że pieniądze wypłacone nie są, prawa odwieczne pogwałcone, umowy niedotrzymane. Tak to zbuntowani zajęli zamek Myślica, umocnili się, gdzie też nie bardzo miał kto ich szturmować, bo wojewoda Rubin zachorzał ciężko, ranion kordem, podeptan i opluty, wojewodzic Zbycho jeszcze młody szczyl, dopiero kasztelan Wcisław królewski rozkaz dostał, żeby ruchawkę stłumić i pomstę na wiarołomnych krasnoludach wywrzeć. A raz dlatego, że graf, diuk i par Delissos zajęty był utrzymaniem porządku we własnych włościach, tylko Hegemon przedzierające się ku górom krasnoludy ścigał, dwa, że Kanclerz Koronny Golik na króla w tej sprawie wraz z delissosowym stronnictwem nacisnął, mając nadzieję, że Wcisław klęskę poniesie, co pozycję jego zniszczy. Nardowist też nie bardzo był przeciwny, rozumiejąc, że ręka Boża musi być w tym.

Jedziemy tedy oblegać Myślicę, siedzibę barona Wulgatesa, w orszaku niezbyt licznym, bo kasztelan, ja, Jasper, kapitan Maciej z dwudziestka wojownika, kapłan Bordar, kolega jego, Rupert, co funkcje pisarskie sprawował i kierował przygotowaniem dokumentów, dużo czasu zeszło na pisaniu listów do króla, do hetmana Stefana, na północy stojącego, do Gór Lubych i w wiele innych miejsc. Protokoły także ów Rupert sporządzał, akt konfederacji zredagował, który poprzysięgliśmy, pięczęciami opatrzyliśmy. Ja pieczęć moją zrobiłem z dwóch pięciozłotówek, ładny rysunek od nich, orzeł estetyczny, korona, skrzydła rozpostarte. Dalej komes Wolimir z orszakiem, rycerstwa to dziesiątka tylko była, Chwalimir i Chwalibóg, z siły swej słynący, Zygfryd, Miestek, Roman, Karloman, Gienko, dwóch Janów, Marian, ale kopia u każdego dobrze obesłana, nie to że giermek i stajenny, ale tarczownik, łucznik też. Hilryk na dwór królewski jadący, Ribaldo, Voldar, hobbictwo, ale nie wszystkie, bo Tulipan odjechał do Jarzębna z pergaminami. Podczaszy, podskarbi dworski z dworu kasztelańskiego, trzydziestka łuczników na koniach. Michał mi towarzyszył jako giermek, koty w szpicy i po bokach. Mimo, że wyprawa miała być szybką, to wozów się toczyło ze dwadzieścia, bo to każdy rycerz co najmniej jeden, a to kredensy i zapasy, a to hobbickie dwókółki, powoli wszystko się toczyło, bo zeszło nam jeszcze 2 tygodnie w zamku, wreszcie przymrozek późny chwycił i jedziemy. Krasnoludy od razu do domu pociągnęły, bo niebezpiecznie teraz im się na gościńcach pokazywać, staroście kazałem przekazać, że politycznymi środkami konflikt będę rozwiązywał.

Myślę sobie, jak odwilż chwyci, to potoniemy w błocie, i Golik się klęska naszą zachłyśnie. Nosiłem się już po miejscowemu, kaftan, miecz u pasa, ale kurtka na to często, i sweter ciepły z zamkiem, co mam. Szczęściem, rajtków tu faceci nie noszą. Rolmopsy, konserwki, paszteciki i sucharki odłożone na czarną godzinę. Lornetkę za to wyobraźcie sobie wziąłem jednak ze sobą, i okolice oglądam. Lasy, pola, pastwiska... Łapię się na oczekiwaniu traktora, co zza zakrętu wyjedzie. Ale to nie sen - traktora brak. Za to co innego w każdej chwili może wyskoczyć. Mówię do Michała:

• Ach, módl się żebyśmy na balroga żadnego nie trafili, nie wiesz, że nie ludzką rzeczą jest z balrogiem się potykać? Kto na niego idzie bez Valarów, majarów, wszystkich armii elfich i sojuszniczych ten głupi jest i bez wyobraźni! A my teraz do walki zobowiązani jesteśmy, nie do ucieczki, pierwszy lepszy balrog co się napatoczy uwiędzi nas na ogniu, wysmaży i spałaszuje!

• Nie są one tu gośćmi zbyt częstymi - wtrącił się do rozmowy Jasper - choć daliśmy łupnia wielu potęgom i jakiś niedobity może balrog czai się w mroku...

Jasper wiele mówił o dawnych walkach, wielu wrogów pokonano, wielu uciekło, ale mogli planować gdzieś poza ramami świata zemstę i wtargnąć zuchwale pragnąc rewanżu. Podobno ten i ów parał się magią, ambicją zżerany mógłby ktoś sięgnąć po władzę nad światem, do czego stadko balrogów byłoby pomocne. Od czasu, gdy ustrzelono koło karczonogowej jamy kobolda, co się przekradał wiedzieliśmy na pewno, że coś się szykuje. Mapę on posiadał, dziwnych symboli pełną, zatrzymany przez patrol postawił magicznie zasłonę dymną, odbiec usiłował, ale kota taką sztuczka nie zmylisz, kierunku nie stracił i łucznik ustrzelił. Wędrowiec podejrzewał, że to któryś z czarowników onegdaj wypędzonych usiłuje się odkuć i to z tych grubszego kalibru, ale jeszcze trzeba było do ksiąg starych sięgnąć, gdzie dawne boje opisane były. Voldar z Appeldale nieocenioną w tym mógł być pomocą, jako człek dobrze zasoby biblioteki uniwersyteckiej znający. No i archiwum państwowe blisko. Mnie jednak na dwór wcale nie było spieszno i uznałem, że będę rozwiązywał problemy w miarę ich pojawiania się. A że teraz rozróba wynikła i rozkaz królewski usilnie wzywał, na Myślicę wraz z kasztelanem pociągnąłem, aby nie tylko w polityce sił swych spróbować ale i z krajem się obznajomić. Kwestię stroju rozwiązaliśmy wspólnie, gorzej z tożsamością, uznałem, że pod swoim nazwiskiem na razie występować nie będę, przybrałem imię Adalberta z Corviny, krewnego kasztelańskiego z królestwa Ridwy, obecnie w służbie Króla Jegomości. Niby rycerzem dotąd nie byłem, bo u nas to dawno wyginęli jak mamuty, szlacheckich przodków też nie mam, ale wymyśliłem po kilkudniowych rozważaniach tyle: Herbem moim będzie krzyż równoramienny z laurowym wieńcem, i mówię do onych zebranych w zamku:

• Herb będzie taki a taki, z leliją w środku, jako symbolem czystości i męstwa, a przyrzeczenie uroczyste składałem, w wieku lat siedmnastu, przysługuje mi nadto stopień ćwika, więc rycerz ze mnie nie byle jaki.

No to najważniejsze problemy rozwiązałem, teraz tylko z niepokojem spoglądałem na wolno toczące się wozy. Nie tak powinien wyglądać szybko poruszający się oddział. Miałem sporo czasu na wysłuchiwanie opowieści Jaspra i innych, szczególnie Ruperta, który kronikarza funkcję pełnił, choć teraz z konieczności robił za pisarza, liczba przeróżnych pergaminów, z deklaracjami, przysięgami i informacjami była całkiem spora. Nie obawialiśmy się napadu, gdyż była nas kupa koło setki chłopa zbrojnego, no i ja, który miałem za sobą ze dwie lekcje fechtunku w podstawówce i kilka godzin ciupania tu. Koty szły lasem w przedzie i z boku, patrolując ale głównie polując sobie. Nie wszyscy byli zgodni, czy kot istotą rozumną jest, z uwagi na zamiłowanie do surowizny, ułapi taki zająca i schrupie na surowo. Właśnie Gzymsik pędzi ku nam, ogonem majta w tę i we wtę. A szybki! Ja na początku jechałem, przed wozami, razem z kasztelanem, Jasprem, elfem, Maciejem, giermkiem moim nowym Michałem, kilka tu też osób innych, kot przyleciał, zziajany, i rzecze:

• Belfegor prosił oznajmić, że hassa a tak ze 30 krasnoludów lasem się przebiera, ponad dwa tysiące skoków stąd. Chodźcie, to wam pokaże! - i zawrócił, pognał z powrotem, zanim ktoś zdążył gębę otworzyć.

• Stój - rozkazał kasztelan i wozy stanęły. A do nas rzecze:

• - Drogę im musimy zastąpić

• Ale nie możemy zapominać o politycznej gadce - Zauważyłem.

Plan działania był taki. Kasztelan z rycerstwem i pocztami w środku, łucznicy po lewej, Maciej z swoimi po prawej okrążenie mieli zamykać. Reszta z czeladzią zostaje przy wozach. Pokłusowaliśmy /umiałem już trochę/ zatem na skraj lasu, gdzie z koni zeszliśmy, bo już Belfegor czekał z dokładnymi informacjami.

• Krasnoludy przebierają się wolno na skraj lasu, aby na drugą stronę polany przeskoczyć. Liczba ich jest dwadzieścia siedem. Szlachetni rycerze niech za mną postąpią, znalazłem miejsce na zasadzkę, potem łuczników rozprowadzą. Macieja zaś Gzymsik na pozycje poprowadzi - tu popatrzył na młodszego kocura tak, że ten aż się skurczył, nie licuje bowiem z powagą kota w służbie królewskiej gnać jak zwariowany w te i we wte, na rozkazy nie czekać. Zresztą takiemu się nie rozkazuje, mówi się, co i jak ma być. Przyganę jeden drugiemu przekazuje zaś nie ustnym opieprzem, ale ogonem, nieznacznym gestem łapy, powściągliwie.

W każdym bądź razie przycupnęliśmy w zasadzce, po niedługiej chwili kocury wróciły się, że już reszta na stanowiskach, potem nazad ku szpicy. Minął kwadrans, i łomot się uczynił, gdy krasnoludy coraz bliżej się przez chaszcze przedzierały. Stanąłem przezornie koło kasztelana, nieco z tyłu. Jasper dał znak, Wcisław krzyknął:

• Stój!

Hassa ogarnęła się w mig, to trzeba przyznać, pochowali się jeden za drzewo, drugi za krzaka, a wszystko w obronie okrężnej. Nasi też powysuwali, co kto miał, a to miecz, a to łuk zza drzewa. Mówię do Ribalda, co się przywlókł za innymi materiału poetyckiego szukać:

• Ty się teraz drzyj, bo artist jesteś i głos masz donośny, a wyraźny.

• Stój na polecenie jaśnie wielmożnego kasztelana Wcisława, komesa Wolimira i wszelkiego zgromadzonego rycerstwa! A dalejże, przyślij no który emmisariusza jako parlamentarzyste, abyśmy rozmówić się mogli, i objaśnić czego od was, hasso nielegalna i nieżyczliwa oczekujemy!

• Parol dacie?

• Najlepszy parol w tym że żyjesz jeszcze, mości krasnoludzie - odkrzyknąłem - bo wstępnym bojem was nie starliśmy, ale żeby w naszej uczciwości was upewnić, jeden z naszych dobrowolnie u was na ten czas w zakładniki posiedzi! - tu popatrzyłem pytająco na okoliczne rycerstwo.

• - Ja pójdę - rzecze Chwalimir

• Idę! - po krótkiej chwili głos doszedł z chaszcza i trójka krasnoludów pokazała się, rycerz nasz też wychynął zza drzewa, przykazane mając nie gadać za wiele. Tamci też podeszli ku naszej pozycji, widać, że wybiedzeni, brody zmierzwione, bo na piechotę drałowali po mrozie, ognie nie bardzo mogąc palić, a teraz, gdy Lube Góry już blisko w zasadzką wpadli. Odeszliśmy kawałek: Jasper, kasztelan, ja , komes, z rycerzy Chwalibóg i Koloman. Wędrowiec jął przedstawiać nas podług godności, profesji, na co krasnolud, hersztem widocznie będący:

• Jam jest Zought, a to są moi kumple i krewni: Zoltan i Zyndram. Przyszliśmy się wywiedzieć, co macie nam do powiedzenia, bo wcale się was nie boimy, ani godności, ani mieczy i toporami się po brzucholach przejedziemy!

Jasper nie dał się jednak wyprowadzić z pantałyku, unaoczniając krasnoludom beznadzieję stategicznego ich położenia, otoczeni wszyscy gardła powinni dać, jako buntownicy i rzezimieszki, na co są rozkazy królewskie, kanclerskie etc. My jednak, mniemając, że to z głupoty, nie niecnoty gotowiśmy do zgody i posłuszeństwa ich powrócić, o czym łacno przekonać się mogą, jako że nie wybiliśmy ich wstępnym bojem, ale cierpliwie negocjujemy, choć czasu ni ma, bo jak tu jakiś podjazd hegemonowy zawita, dopiero masz babo placek, do rzezacji pewnie przyjdzie, Hegemon na krasnoludy cięty bowiem od dawna.

• - Nie żądamy od was wiele, do turmy nie chcemy wsadzać, tylko za pokutę zobowiążecie się przez trzy lata do służby wojskowej, nie płatnie, ale tylko za łupem i wiktem. Patrz, mości krasnoludzie, oto pierścień królewski widzisz, że spec-agentem królewskim jestem, w kwestiach takich władnym rozstrzygać, zgodnie z myślą obecnego tu kasztelana, męża wielkiej godności i rozumu - powiedziałem to, a widząc zmieszanie ich wyciągnąłem pierścień drugi, co mi na łańcuszku wisiał - widzicie, to jest spec-pierścień, na znak, że Throbal o sprawie wie i popiera. Pojęliście?

• W sprawie kapitulacji nie możemy sami stanowić, musimy w kole się naradzić.

• Tedy ja wraz z wami pójdę, przemówię, rzecz całą przedstawię.

Po drodze pożyczyłem od barda bukłak wina, pociągnąłem, smak skórzany, niechby lepiej gąsiorek ze sobą nosił i do pozycji krasnoludzkich podeszliśmy razem z posłami. Tam jeszcze raz rzecz wyłuszczyłem, napitek w koło puściłem i mówię:

• Teraz my i rycerz Chwalimir ku swoim pójdziemy, abyście się mogli naradzić ze sobą i odpowiedź dać, czy ginąć chcecie, czy w królewskiej służbie winy mazać.

Tak się i stało.

Za jakąś chwilkę wylazł Zought i mówi:

• Ofertę waszą przyjmujemy, bijać nie będziem.

Wróciliśmy się tedy na kraj lasu, gdzie konie czekały z koniowodami. Mówię tedy do krasnoludów:

• Uważajcie, na każde wezwanie JKM, bądź moje, rycerza Alberta zwanego Adalbertem z Corviny, w gotowości staniecie, w rynsztunku dobrym, z toporem tarczą, kuszą, hełmem i pancerzem, ilu was tu stoi, Zoughta zaś mianuję nad wami setnikiem. Teraz łucznicy wezmą każdego na konia i szybko podwiozą, ile się da, dalej prędko.

Kazałem też im z wozów dać zapas mięsiwa i napitku. Do niego zaś mówię:

• Powtórz uważnie staroście, że teraz ku Myślicy jadę, spór tamtejszy zażegnać. A nikomu więcej o tym nie gadaj, chyba że Radzie Dziewięciu. Niech przebierające się ku nim krasnoludy salwują, jak umieją, bo Hegemon żadnych umów teraz respektować nie będzie, a my nie możemy też mu otwarcie bęcków sprawić. No to na was pora, bywajcie!

 

• Jakże to, krasnoludy nie pokonane, w kajdanach nie jęczą?

• Ano.

Tak sobie rozmawiałem z Michałem, który nie bardzo rozumiał powodów naszej wyrozumiałości. Temu Behemot, onej przygody czasu po przeciwnej stronie gościńca patrolujący mówi:

• Jak myślisz, cny młodzieńcze, czy jeśli tego lata z jednej strony orka się ruszy, z drugiej krasnoludy, ocalejemy jakoś?

• Majątku sobie nasz Albert przysporzył, drużyny dobrej, trzydzieści toporów to nie w kij dmuchał

• Strategiczne to są racje.

Na to zatrzymujemy się, żeby zwierzynie pociągowej dać wytchnąć, ja zaś z wozu kuszą wyciągnąłem, co dostałem od krasnoludów, ale nie tych, tylko wysłańców throbalowych, nie z najcięższych, ale donośna i roboty misternej, przy tej okazji zacząłem wchodzić z niemi w konfidencję, lunetkę snajperską montować w kuźni, przestrzeliwać, celownik regulować. Bardzo to im weszło w podziw, że z lunetką celność wzrasta. Kazałem sobie też szykować amunicję extra, a to bełty lekkie, bardziej nośne, bełt z kotwiczką, bełt płonący, bełt dymiący, znacznikiem zwany. Na końcu, jak już krasnoludy zbierały się z Wyborga mówię im:

• Przekażcie staroście i Radzie Dziewięciu, że jeśli w tym roku pokój z orkiem ma stanąć, to możni wszelacy musza się zrzec wszelkich praw do Adycji, a także tamtejszych kopalni i wyrobisk.

Dlatego to przy okazjach różnych zaprawiałem się w strzelaniu z kuszy, choć to zwierzyny nie spotykaliśmy wiele, tylko dwa dźwiedzie w lesie, oprócz tego pomniejszy drobiazg. Dziwny to kraj naprawdę - bywa, że dźwiedz poluje na lopę. Strzelanie jeszcze jakoś szło, gorzej z mieczowa robota, bo tu od małego powinienem się zaprawiać. Polecieli tedy tarczą zatknęli, ja korbką kręcę, naoliwiona dobrze, nie skrzypi, blokuję, pocisk zakładam, da się strzelić nawet bez podparcia, w lunetkę spozieram i bach! Nawet nieźle Inni tez próbują, jakoś im dziwno, choć mnie coraz lepiej idzie. Przydałoby to się dnia następnego, gdyż kiedy nocleg po zamkach, dworzyszczach nie wypadał, wysyłaliśmy konnych kilku z jucznym zwierzęciem, aby wieczerzę przygotowali odpowiednią w zajeździe. Tak tedy posłano naprzód czeladzi piątkę, hobbitów dwóch, jako w kucharce biegłych do karczmy "Pod Wichrowym Sadem", gdzieśmy mieli na noc zostać, choć do Myślicy nie było już daleko - dwa dni wozem. Ja zaś na Wąpierza, poczciwinę, się wygramoliłem i na patrol z Maciejem ruszyliśmy, wiodąc jego zbrojnych, z zamiarem bądź odszukania jakiś kup krasnoludzkich, bądź powstrzymania pod jakimś pozorem patroli hegemonowych. Poprosiłem tedy, by włócznie ze sobą wzięli, a w drodze konwersować jąłem, skąd są, o czym mi wachmistrz Kalita opowiadał. W chorągwiach obrony potocznej lekkich, jak ta maciejowa służyło głownie ubogie rycerstwo, na zbroję czy nawet kolczugę zdobyć się nie mogące, konia ciężkiego podobnie. Dalej wołodycy, w Murcji gęsto mieszkający, co nie mieli herbu, tylko zawołanie i znak. Trochę ludzi luźnych. Za pancerz służyły kaftany łosiowe, podobne hełmy, skórzane rękawice. Tak też często wyruszali wołodycy na wojnę, a kogo na to nie było stać, szczególnie na konia, to możni, zysku pałając żądzą, w chłopstwo zamieniali. Jeszcze problem był z mieczami, dlatego ten i ów tylko oszczepu zażywał, ale tutaj takich nie było. Jakżeśmy tylko na polanę wyjechali, tak kazałem im w szereg się formować, a drugi naprzeciw. Ćwiczył Maciej szarżowanie szykiem, zdyscyplinowanie, czego by pewnie rycerskie chorągwie ziemskie nie chciały czynić, podobnie jak to i u nas bywało niezbyt zdyscyplinowanymi będąc, każdy szarżował na własną rękę. A ci posłusznie manewry czynili. Pobaraszkowaliśmy tak a z godzinkę, wracając zaś spotykamy gońca, co alarmuje do powrotu, bo chłystek, co go na oklep karczmarz przysłał doniósł, że hegemonowy oddział naszych powiązał jako krasnoludzkich sprzymierzeńców, piętnastkę przy nich zostawił, a sam gdzieś wyruszył. Kasztelan wysłał tedy od razu komesa Wolimira, któremu towarzyszyli rycerze, poczty ich i dziesięciu łuczników. Wolimir, nie dał sobie w kasze dmuchać, ale sam z kilkoma ludźmi wprost przed karczmę zajechał, gdy reszta objechała od tyłu. Wchodzi, wita się niby nigdy nic, gad-gadu, w końcu pyta się:

• Kto wasz szef?

Wołają, no to go od razu Chwalimir pięścią w pysk, tak że padł, zanim krzykną, czeladź pouczona uprzednio wiąże, knebluje. Tak i następnych, ośmiu ich było zostawionych, mieli trzymać gospodę terrorem, aż reszta nie wróci. Ciemniało, jak nadjechaliśmy z wozami, mając informację, że tamci gdzieś pognali, bo nie widać. Tak koty doniosły. Zajechaliśmy na podwórek, wozy ustawili modłą krasnoludzką, przed wrotami, zakąsiliśmy coś, baczenie na okolicę mając. Goniec był przysłany, że hegemonowi jutro dopiero się zjawią, na noc w zameczku Imbolańskim stanąwszy. Noc przeszła spokojnie, chociaż strażami się otoczyliśmy, kotom natomiast kazał kasztelan spać, bo jutro może cały dzień gonienia. Jasper radził, żeby owych hegemonowych przy karczmie przyjąć, a potem komunikiem szybko ruszyć, wozy pod eskortą z tyłu zostawiwszy. Tak się też stało. Ja tylko poradziłem, zęby Macieja w lesie rano schować, jako odwód manewrowy. Rano jadą, rycerze wcale-wcale, zbroja, miecz, zakute łby. Stałem wtedy na pięterku, i przez lornetkę okolicę oglądałem, pierwszy dojrzał ich jednak Gildomir, któremu przypadło łucznikami dowodzić. Przed wrotami stanęli, zdziwko, że konwój taki, wozów na majdanie dość, zbrojny lud wszędzie. Posła przysłali, a dowodził nimi Karol Szary, Rycerz Podstępnego Oblicza, jak go potem zwano. Ten przysłany od razu na nas, gdzie ich kumple, hegemonowi słudzy. Na co Chwalibóg:

• Hegemonowych sług to tu nijakich nie ma. Owszem, trzymamy w loszku zbrodzieni, co ludzi naszych poszczerbili, ale ci w dybach z nami do Myślicy pójdą, przy obecnym tu kasztelanie bowiem prawo sądzenia na tej zbrojnej wyprawie, przeciw wrażym krasnoludom przez nas podjętej. Na którą pewnie Hegemon też wezwanie dostanie. Nic nie mówili łotrzykowie owi, że są w służbie hegemonowej.

No bo jak mieli mówić, skoro zakneblowani, wczoraj też szybko wciry dostali, że nie pisnęli. Ale poseł poszedł oglądać, mówi, że to ich. Na to komes Wolimir, że guzik nas obchodzi, katu ich oddamy. No to ten wrócił z niczym, postali, postali, w końcu odjechali ruszyć nas nie śmiejąc.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Vespera miesiąc temu
    Styl iście sienkiewiczowski. W ogóle czytając tę historię nie mogę się wyzbyć uczucia deja vu, jakby całość była poskładana ze znajomych klocków... Nazwy, imiona, gatunki, nawiązania, mam wrażenie, że wszystko już było (to nie wada, po prostu mam takie odczucia).
  • Smok.Eustachy miesiąc temu
    pewnie. Jest to efekt zamierzony z góry.
  • Vespera miesiąc temu
    Smok.Eustachy Tak też mi się wydawało

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania