Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Pod presją koronek
Rozdział 1. Kryształ, koronki i kurier z traumą
Kto, będąc nastukanym do granic możliwości, tańczy w środku zimy na mikroskopijnym balkonie na warszawskiej Woli, mając na sobie wyłącznie słuchawki i absolutnie nic poza tym? I to w rytm „Nie płacz Ewka”?
Cóż. Poznajcie mnie. Marianna Podgórska. Zadziorna stara panna, która właśnie butelką najtańszego wina z Biedronki usiłowała zagłuszyć swoje wewnętrzne demony.
Demonów zebrało się całe stado, dlatego w kolejce do uciszenia czekała już trzecia butelka totalnego mózgojeba. Tego wieczoru, na własne nieszczęście, przypomniałam sobie o swoich urodzinach. Kolejny rok minął od momentu moich narodzin, co wszechświat postanowił zakomunikować mi nową, niepokojąco głęboką zmarszczką na czole, dodatkowym kilogramem w biodrach i dwoma siwymi włosami na skroniach. Te ostatnie zostały natychmiast wyrwane. Z nienawistną nadzieją, że nie odrosną.
Jak to zwykle bywa przy spożywaniu taniego alkoholu, w pewnym momencie mój zatruty toksynami organizm przeszedł w tryb analizy danych. Niczym maszyna losująca Lotto, wprawiona w ruch pod wpływem procentów, mój mózg zaczął wyrzucać białe kuleczki. Na każdej z nich wypisane były życiowe porażki, lęki, nieudane związki i spektakularnie złe decyzje.
W bębnie maszyny losującej Marianny Podgórskiej wylosowano dziś następujące numery:
Kulka numer jeden: Kolejny facet okazał się pomyłką.
Kulka numer dwa: Wiek, który sama określiłam jako „przedemerytalny”.
Kulka numer trzy: Brak dzieci.
Kulka numer cztery: Brak męża.
Te cholerne piłeczki zaczęły z impetem odbijać się od mojego mentalnego stołu pingpongowego, trafiając mnie prosto w czoło z dziwnym, rytmicznym dźwiękiem. Puk, puk, puk.
Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, nawet gdy otworzyłam oczy, pukanie nie ustało. Macając się po czole, upewniłam się, że nie mam na nim żadnego guza. Dopiero po dłuższej, bolesnej chwili do moich zmasakrowanych alkoholem neuronów dotarło, że dźwięk dochodzi z drzwi wejściowych. W mieszkaniu unosił się ciężki aromat strawionego wina. Zerknęłam na zegarek i momentalnie zerwałam się z łóżka, jakby materac stanął w ogniu.
Zaspałam. Zaspałam na cholerną, wyczekaną wizytę u lekarza! Specjalnie wzięłam kilka dni urlopu, żeby zrobić komplet badań profilaktycznych należnych kobiecie w moim – nienawidzę tego słowa – wieku.
— Cholera jasna! — wrzasnęłam.
Ignorując grawitację i pulsujący ból skroni, podbiegłam do drzwi i wyjrzałam przez wizjer. Po drugiej stronie stał zniecierpliwiony kurier. W rękach trzymał dokumenty jednego z moich najważniejszych klientów. Kiedy facet zaczął już odwracać się na pięcie, by odejść, podjęłam najgorszą decyzję tamtego poranka – szarpnęłam za klamkę, naciągając na twarz uśmiech, który w moim mniemaniu miał być naturalny.
Teczka z dokumentami wypadła kurierowi z rąk z głośnym trzaskiem.
I nie, nie chodziło o moje blond włosy, które na czubku głowy tworzyły konstrukcję przypominającą gniazdo oszalałego bociana. Nie chodziło też o to, że prawa sztuczna rzęsa gdzieś zaginęła, a lewa trzymała się na słowo honoru, powiewając przy każdym mrugnięciu. Ani nawet o to, że moja rzekomo „pocałunko-odporna”, luksusowa szminka była rozsmarowana aż po ucho.
Chodziło o fakt, że stałam przed nim dokładnie tak, jak pan Bóg mnie stworzył. Czyli w stroju Ewy przed wymyśleniem listka figowego.
Źrenice kuriera rozszerzyły się do rozmiarów pięciozłotówek, a dolna szczęka bezwładnie opadła mu na klatkę piersiową. Kiedy w końcu zrozumiałam, skąd ten zachwyt w jego oczach, rzuciłam się na ziemię, porwałam upuszczoną teczkę i zaczęłam rozpaczliwie zasłaniać nią raz górne, raz dolne partie ciała, tańcząc w drzwiach jak chora psychicznie tancerka kabaretowa. Moje ostatnie dwie działające komórki mózgowe zderzyły się ze sobą, produkując genialny komunikat:
— Do widzenia — wykrztusiłam z pełną kulturą, po czym zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem.
Żeby zmusić szare komórki do intensywniejszej pracy, zaserwowałam sobie siarczystego klapsa teczką w czoło i poczłapałam z powrotem do łóżka. Wizytę u lekarza przełożyłam telefonicznie, bezczelnie kłamiąc drżącym głosem, że dopadła mnie „śmiertelna infekcja grypowa”. Rzuciłam teczkę – narzędzie mojego ostatecznego upokorzenia – na stolik nocny, naciągnęłam poduszkę na głowę i postanowiłam przespać ten najgorszy poniedziałek w życiu. Choć, umówmy się, nie był to ani pierwszy taki poniedziałek, ani zapewne najgorszy.
Gdy zwlekłam się z łóżka, mój mózg pulsował w rytmie techno. Zegarek wskazywał dziewiętnastą. Telefon świecił jak choinka – kilkanaście nieodebranych połączeń i cała masa SMS-ów. Nie miałam siły ich czytać, a tym bardziej odsłuchiwać wiadomości głosowych od mojej przyjaciółki. Niestety, mój palec omsknął się na ekranie i z głośnika natychmiast dobiegł wysoki, drażniący i doskonale mi znany głos Izy – mojej wspólniczki:
„Trzeba zamówić bardotkę różową, osiemdziesiąt pięć D! I musimy zapakować tę dostawę dla ,,Puszystych,,. Faktury masz do odbioru na Żytniej i błagam, musisz jutro przyjść chociaż na godzinę! Umówiłam ci dwie potwornie natrętne, ale obrzydliwie bogate klientki. Nie możemy ich odpuścić, bo jak obsmarują nas w sieci, to leżymy. Jasne? No, buziaki!”
Iza. Moja najlepsza i właściwie jedyna przyjaciółka. Kiedyś obie gniłyśmy w wielkiej korporacji, wspinając się po szczurzej drabinie awansów. Pewnego dnia powiedziałyśmy „dość” i postanowiłyśmy połączyć siły w branży, która dawała nam obu gigantyczną satysfakcję. Iza kochała cyferki, faktury i tabelki w Excelu. Ja byłam od ludzi.
Otworzyłyśmy luksusowy butik z damską bielizną. Ale to nie był zwykły sklep z majtkami. To było, bez skromności, królestwo. Przepych, luksus i luksusowe spa dla kobiecej duszy. Skończyłam profesjonalne kursy brafittingu i szybko stałam się najbardziej pożądaną kobietą... wśród innych kobiet. Nasz butik lądował na okładkach magazynów, a raz nawet zaproszono nas do telewizji śniadaniowej. Kobiety nas kochały, a faceci uwielbiali kupować u nas prezenty, kiedy prezentowałyśmy im koronkowe cuda. Zarabiałyśmy na tym, co kochałyśmy.
— Mam dość cycków — oświadczyłam chropowatym głosem swojemu mocno nadwątlonemu odbiciu w lustrze.
Nigdy nie obchodziłam urodzin, uznając celebrowanie upływu czasu za czysty masochizm. Jednak te były wyjątkowe. Kończyłam trzydzieści lat i właśnie dopadł mnie przedwczesny kryzys wieku średniego. Dwa dni temu, po kilku latach związku, rozstałam się z partnerem. Moja wizja białej sukni, rodziny i dziecka prysła jak mydlana bańka, wywołując emocjonalne tsunami. Doszłam do wniosku, że jestem stara, samotna i bezużyteczna.
Plan ratunkowy zakładał upicie się czymkolwiek. Po pierwszej butelce wykreśliłam się z grafiku w pracy i zapisałam do każdego możliwego lekarza w Warszawie na „już”. Po drugiej butelce uznałam, że starość należy witać z przytupem na balkonie. Trzecia butelka – absolutny gwóźdź do mojej trumny – podsunęła mi genialną myśl: przed ukończeniem trzydziestego pierwszego roku życia muszę mieć męża. A jeśli nie dziecko, to chociaż ciążowy brzuch.
Potrząsnęłam głową, żeby odpędzić te alkoholowe majaki, i wskoczyłam pod lodowaty prysznic. Godzinę później, po nałożeniu perfekcyjnej tapety i wbiciu się w ulubiony, elegancki kostium, postanowiłam udawać, że panuję nad swoim życiem. Sprawdziłam kalendarz, żeby odwołać resztę lekarzy – nagle przestałam czuć się schorowaną staruszką. Ze zdumieniem odkryłam, że na jutro mam umówionego urologa i proktologa. Szybko wysłałam maila z rezygnacją z tych wątpliwych przyjemności i popędziłam do salonu, gotowa do akcji.
Przebrnięcie przez warszawskie korki kosztowało mnie tyle nerwów, że gdy wpadłam do butiku, o mało nie rozbiłam szklanych, zdobionych złotem drzwi. Zrobiłam to z takim impetem, że stojąca blisko wejścia klientka z wrażenia wypuściła z rąk parę koronkowych majtek.
Iza aż podskoczyła za ladą.
— Miałaś mieć urlop! — zawołała, wystawiając bujną czuprynę zza wieszaków.
— Miałam, ale mi przeszło — burknęłam, wieszając płaszcz na wieszaku.
— Widzę, że humor dopisuje...
Zaczęłam krzątać się po salonie, desperacko szukając jakiegoś zajęcia, byle tylko nie patrzeć przyjaciółce w oczy.
— Byłaś u lekarza? — próbowała zagaić Iza.
— Nie. Odwołałam wszystko.
— Wszystkie wizyty?
— Tak. Okulistę, ginekologa, endokrynologa, nefrologa i proktologa.
— Proktologa? — Iza zmrużyła oczy. — Czy to nie jest ten lekarz, który zagląda w...
— Tak, to ten.
— Myślałam, że twoje życie seksualne jest wystarczająco bogate i nie musisz szukać takich ekstremalnych atrakcji.
— Było bogate — poprawiłam ją ze zbolałą miną.
Iza zamarła z wieszakiem w dłoni.
— Jak to: było?!
— Rozstaliśmy się.
— O rany, Maruś! Czemu nic nie mówiłaś? Co się stało?! — Iza rzuciła się w moją stronę z miną rasowego detektywa.
— Nic. Zostawił mnie.
— Miał kochankę?
— Nie. Pokłóciliśmy się. O wszystko. O to, że żyję tylko cyckami, że się nim nie interesuję, że wiecznie gadam o babach i nie zwracam uwagi na jego potrzeby.
— Co za bzdury! — fuknęła Iza. — I co wtedy?
— No... nakręciłam się. Nie wytrzymałam.
— I co zrobiłaś?
— Przywaliłam mu w łeb.
Iza aż zakryła usta dłonią.
— O Boże... Czym?!
— Tym kryształowym wazonem, który dostałam od ciebie — wyznałam, po czym momentalnie pękłam i zarewałam się na cały głos. — I się wyprowadził! — wykrzyczałam przez łzy.
Przyjaciółka natychmiast zamknęła mnie w niedźwiedzim uścisku, gładząc po głowie.
— Spokojnie, Maruś... Nie płacz. Tego kwiatu to pół łąki, nie martw się!
— Pół światu — poprawiłam ją, pociągając nosem.
— Co?
— Mówi się: tego kwiatu to pół światu.
— No tak, mniejsza z tym... Daj spokój, i tak go nigdy nie lubiłam. Narcyz zapatrzony w siebie, a do tego tępy jak but.
Nasz festiwal empatii przerwał nagle głośny, demonstracyjny chrząknięcie. Klientka, która do tej pory kręciła się między wieszakami, odłożyła oglądany biustonosz na miejsce i rzuciła z pogardą:
— „Spa dla duszy”... Też mi coś. patologia — fuknęła i wyszła z salonu, ostentacyjnie trzaskając drzwiami.
Dopiero teraz dotarło do nas, że cały ten dramat rozegrał się na oczach obcej osoby.
Iza była rok młodsza ode mnie. Miała męża i dwójkę rozwrzeszczanych do granic możliwości dzieciaków, które zapewniały jej codzienną dawkę miłości, ale i potężny wycisk emocjonalny. Czasami zazdrościła mi braku tego życiowego bagażu i wolności. Ja z kolei zazdrościłam jej tego rodzinnego harmidru, porannego szykowania do szkoły i awantur o niedojedzone śniadania, które ostatecznie zawsze kończyły się przytulaniem. Od czasu do czasu zabierałam zresztą jej małe potwory do siebie, żeby dać przyjaciółce odetchnąć, a sobie podkarmić instynkt macierzyński.
— Mam postanowienie noworoczne — wychlipałam, wycierając nos w chusteczkę.
Iza spojrzała na mnie z ukosa.
— Rychło w czas. Mamy koniec lutego.
— Nieważne! W tym roku znajdę męża. Takiego, który będzie mnie kochał, szanował, dbał o mnie i nosił na rękach!
Iza zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów i uśmiechnęła się złośliwie:
— Taaa... O ile trochę schudniesz.
— Świnia jesteś! — fuknęłam, ale na mojej twarzy w końcu pojawił się uśmiech.
— No dobra, już dobra, nie obrażaj się. Znajdziemy go razem.
— I to jest świetny plan.
Zadanie domowe dla Izy na ten wieczór brzmiało: przetrzepać całą listę kontaktów w telefonie i wyłonić potencjalnych kandydatów na mojego przyszłego małżonka.
Ja natomiast, tuż po powrocie do domu, wyciągnęłam wielki, elegancki notes i zaczęłam grubym markerem rozpisywać strategiczny plan działania. Cel: usidlić faceta, założyć rodzinę i – błagam, kosmosie – nigdy więcej nie tańczyć nago na balkonie przy piosenkach Perfectu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania