Poprzednie częściPod presją koronek

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Pod presją koronek r2

Rozdział 2 Blondyn, majtki i dywanik łazienkowy

Plan był doskonały. Skrzętny, rozpisany w punktach, czarno na białym. Krok po kroku, jak dorwać faceta i nie zwariować. Wdrożyłam go w życie już następnego dnia o poranku, siedząc w dusznym pokoiku pachnącym kadzidełkami.

– Czy czeka mnie miłość? – zapytałam, nerwowo miętosząc rąbek bluzki.

– Ooo tak, czeka cię wielka miłość. Już niedługo – wyrecytowała kobieta, leniwie przekładając karty.

– A to blondyn czy szatyn? Bo wie pani, w sumie bez różnicy, ale byle nie rudy. No nienawidzę rudych.

– Blondyn, kochanieńka, blondyn.

– A bogaty? Pracowity? Kulturalny? – dopytywałam, niemal wchodząc na stół.

Wróżka Zenobia miała mnie już powoli, ewidentnie dość. Mówiła wszystko, bylebym tylko była zadowolona i w końcu sobie poszła, ale mi wciąż było mało. Siedziałam u niej od ponad godziny. Rozumiałam ją – biznes to biznes, czas to pieniądz, im więcej klientów, tym lepszy utarg, a ja wierciłam jej dziurę w brzuchu o takie szczegóły, których biedna kobieta nie nadążała wymyślać na bieżąco. Dowiedziałam się już, że mój przyszły mąż jest piękny, bogaty, nieziemsko przystojny, ma dom, samochód, a nawet – uwaga – psa mojej ulubionej rasy.

W pewnym momencie Zenobia wymownie zerknęła na zegar ścienny. Podążyłam za jej wzrokiem i aż podskoczyłam na krześle wyścielonym jakąś czerwoną, bogato zdobioną szmatą.

– Cholera jasna! Spóźniłam się na spotkanie!

Jak przystało na profesjonalną wróżkę, Zenobia zachowała kamienną twarz i oznajmiła melodyjnym, uduchowionym tonem:

– Poczeka.

– Jest pani świetna, naprawdę. Świetna! – rzuciłam, bezceremonialnie ciskając stuzłotowy banknot na okrągły stolik przykryty czymś, co do złudzenia przypominało dywanik łazienkowy.

Wybiegłam z gabinetu, w locie łapiąc apaszkę i torebkę. Gdy tylko znalazłam się na ulicy, drżącymi palcami wybrałam numer Izy.

– Ja już wszystko wiem! – wykrzyknęłam do słuchawki tak głośno, że moja przyjaciółka musiała odsunąć telefon na odległość ramienia.

– Ale co wiesz?

– Jaki będzie mój mąż. Byłam u wróżki!

– O Boże… Marianna, zwariowałaś!

– Nie. Po prostu, żeby go znaleźć, muszę mieć jakikolwiek trop. To pozwoli mi od razu wykluczyć tych, którzy się nie nadają. Prawda?

– Wróżka pomaga ci znaleźć męża? – w głosie Izy lód mieszał się z czystym niedowierzaniem.

– No tak.

– Pojebało cię. Widzimy się później – rzuciła krótko i się rozłączyła, ewidentnie podejrzewając mnie o całkowite postradanie rozumu.

Ignorując sceptycyzm przyjaciółki, popędziłam na umówione spotkanie z poczuciem, że ten dzień będzie po prostu cudowny.

W restauracji na rogu czekał już na mnie Tomasz – przedstawiciel modnego magazynu. Iza i ja prowadziłyśmy słynny salon z damską bielizną, a jemu potwornie zależało, aby ich modelki zaprezentowały nasze projekty w kolejnym numerze. Jak się później okazało, facet był przygotowany perfekcyjnie. Miał całą teczkę zdjęć, sesję zaplanowaną krok po kroku i wiedzę o naszym asortymencie, która zawstydziłaby niejednego bieliźbiarza. Podchodził do pracy śmiertelnie poważnie.

Nie był jednak przygotowany na to, że właścicielka salonu wpadnie do lokalu niczym huragan, promieniejąc uśmiechem i… dostanie nagłego zawieszenia systemu.

Weszłam do luksusowego wnętrza, rozejrzałam się i od razu dostrzegłam mężczyznę w jasnobłękitnym, skrojonym na miarę garniturze. Trzeba mu było oddać – idealnie podkreślał wszystkie jego walory. Prześlizgnęłam się wzrokiem po drogich butach, dopasowanych spodniach, marynarce uwydatniającej wysportowaną sylwetkę, aż w końcu moje oczy dotarły do jego fryzury.

Blondyn.

Zamurowało mnie. Całkowicie zapomniałam, jak się mówi, jak się oddycha i po co w ogóle tu przyszłam. W mojej głowie pulsowała tylko jedna myśl: Wróżka powiedziała wyraźnie, że blondyn, że miłość i że w najbliższym czasie!

– Dzień dobry, jestem Tomasz Marcinkowski – powiedział, wyciągając do mnie dłoń.

Moja dłoń nie odpowiedziała na wezwanie. Zawisła w próżni na zdecydowanie zbyt długą, niezręczną chwilę. Tomasz odchrząknął, opuścił rękę i jak na dżentelmena przystało, odsunął dla mnie krzesło. Ja jednak wciąż stałam, gapiąc się na jego włosy jak sroka w gnat. Mężczyzna odchrząknął po raz drugi, kompletnie zbity z tropu.

– Zechce pani usiąść?

– Blondyn… – szepnęłam ledwo słyszalnie i opadłam na krzesło, jakby nagle odcięło mi dopływ prądu w nogach.

Tomasz właśnie otwierał usta, prawdopodobnie chcąc rzucić jakimś gładkim, biznesowym komplementem, żeby wkupić się w moje łaski, kiedy zadałam mu pytanie stulecia. Pytanie, które w żaden znany ludzkości sposób nie łączyło się z handlem ekskluzywnymi majtkami.

– Jest pan żonaty?

Facet zamarł w osłupieniu. Widziałam, jak w jego głowie z głośnym piskiem opon ruszają procesy myślowe. Pewnie zastanawiał się, czy nie lubię żonatych, czy wręcz przeciwnie – uważam singli za niepoważnych w biznesie.

– Co to ma do rzeczy? – wykrztusił w końcu.

– Szukam męża – wypaliłam bez sekundy zastanowienia.

– A ja szukam majtek – odpowiedział błyskawicznie, kompletnie otumaniony moim wyznaniem.

Zapadła cisza. Najbardziej niezręczna, gęsta cisza w historii spotkań biznesowych. A potem… potem oboje runęliśmy śmiechem.

– Marianna Podgórska – przytomnie wyciągnęłam rękę, próbując uratować resztki swojej godności.

– Tomasz Marcinkowski.

– Przepraszam – powiedzieliśmy jednocześnie.

Dalsza część spotkania przebiegła już w całkowicie normalnym trybie, choć moja uwaga i tak była podzielona. Gdy tylko pożegnaliśmy się, a zadowolony z obrotu spraw Tomasz opuścił lokal, natychmiast wyciągnęłam z torebki swój tajny notes. Był wielkości zwykłego zeszytu, miał sztywną, krwistoczerwoną okładkę, a na pierwszej stronie widniał nabazgrany przeze mnie, wielki, pogrubiony napis: MĄŻ 2026. Cyferką „1” skrupulatnie zapisałam jego imię, nazwisko, numer telefonu i dorzuciłam krótką notatkę. Pierwsze koty za płoty.

Wieczorny powrót do rzeczywistości okazał się jednak nieco mniej romantyczny. Kiedy zajechałam pod blok, odkryłam, że na moim prywatnym, ustawowo przypisanym do mieszkania miejscu postojowym stoi jakiś obcy samochód. Zniecierpliwiona zatrąbiłam kilka razy, ale nikt nie wyskoczył z przeprosinami. Nie mając ochoty sterczeć tam do nocy, zaparkowałam na sąsiednim, mało wygodnym miejscu i wściekła ruszyłam do klatki. Uwielbiałam swoje stałe miejsce pod drzewem – łatwo się z niego wyjeżdżało i nie trzeba było manewrować jak na egzaminie na prawo jazdy.

Stara winda, której szczerze nienawidziłam, zgrzytała i jęczała jak potępieniec, ale o dziwo nie stanęła między piętrami i dowiozła mnie na dziesiąte piętro. Tam czekała na mnie kolejna niespodzianka. Z niesmakiem stwierdziłam, że w jednym z mieszkań trwa generalny remont. Gruz, pył i ryk wiertarek zwiastowały jedno: wprowadza się ktoś nowy. A ja tak lubiłam moich starych, przewidywalnych sąsiadów! Znaliśmy się z widzenia, zawsze zamieniliśmy parę miłych słów. Lubili mnie, bo byłam cicha i nie urządzałam głośnych imprez – no, poza tą jedną, ostatnią, urodzinową, o której wolałam nie pamiętać.

Zanim włożyłam klucz do zamka, zmierzyłam wzrokiem te całe pobojowisko. Westchnęłam głęboko, przygotowując się psychicznie na dni pełne warkotu maszyn, i w końcu przekroczyłam próg mojego przytulnego królestwa.

Sama nie mam za grosz talentu do urządzania wnętrz, dlatego projekt powierzyłam profesjonaliście. Zrobił to idealnie pod moje dyktando. Ogromny salon z mnóstwem lamp dających wieczorem ciepłe, romantyczne światło, śnieżnobiała kuchnia, gabinet, w którym pracowałam w pocie czoła, sypialnia w stylu boho i pokój kąpielowy – bo zwykłą łazienką tego nazwać nie było można – w którym uwielbiałam się relaksować.

Odwiesiłam torebkę, zrzuciłam cholernie wysokie szpilki, rzuciłam płaszcz na oparcie krzesła i padłam na miękką kanapę. Nareszcie w domu.

Żeby zagłuszyć natrętne myśli o pracy, włączyłam telewizor i zaczęłam bezmyślnie skakać po kanałach. Moią uwagę przykuł program o starych, słowiańskich zaklęciach. Ponieważ czułam się Słowianką od stóp do głów, obejrzałam go z zapartym tchem do samej mety. I nagle, w mojej głowie nastąpił przełom.

Szybko podsumowałam w myślach wszystkie swoje dotychczasowe porażki życiowe i doszłam do rewolucyjnego wniosku: wszystko, co robiłam do tej pory, było kompletnie bzdurne. O ile w biznesie odnosiłam sukcesy, o tyle moje miłosne katastrofy wcale nie były winą mojego wyglądu, charakteru czy miliona kompleksów. To były fazy księżyca! Życie wbrew naturze! Brak odpowiednich rytuałów i całkowity deficyt magii!

O drugiej w nocy wciąż siedziałam w gabinecie, otoczona stertą notatek, przepisami na tajemne mikstury z internetu, listą niezbędnych ziół i magicznych kamieni. Mój czerwony notatnik zyskał właśnie kilka nowych stron, gęsto zapisanych czerwonym długopisem. Plan „MĄŻ 2026” właśnie wszedł w fazę ezoteryczną.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania