Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Pod presją koronek r3
Rozdział 3 Biała herbata, ekshibicjonista i słoik po ogórkach
Budzik wrzasnął jak co dzień o czwartej trzydzieści. Ból w łokciach, skroniach, nadgarstkach, plecach i kilku innych partiach ciała, o których istnieniu wolałabym zapomnieć, natychmiast wybił mi z głowy pomysł porannego marszobiegu. Podniosłam ciężką głowę z potwornie niewygodnej kozetki w moim gabinecie. To właśnie na niej zasnęłam nad ranem, po wnikliwym przestudiowaniu słowiańskich przepisów na wielką miłość.
Zetknęłam na telefon. Nie po to, by sprawdzić wiadomości, ale żeby upewnić się, czy jakimś cudem nie jest to niedziela. Niestety. Była sobota, a w soboty pracowałyśmy z Izą na zmianę. Zwinęłam się w kłębek, planując zapaść w kolejny, długi sen, ale biurowy mebel skutecznie uniemożliwił mi znalezienie jakiejkolwiek wygodnej pozycji. Poddałam się.
Wstałam, a moje oczy natychmiast spoczęły na nocnych notatkach. Kusiły. Och, jak bardzo kusiły, żeby wypróbować je w praktyce! Przetrząsnęłam szuflady i najbardziej skryte zakamarki mieszkania w poszukiwaniu magicznych akcesoriów. Z ulgą stwierdziłam, że udało mi się skompletować większość bazy. To, czego nie miałam, postanowiłam bezczelnie zastąpić zamiennikami o zbliżonych właściwościach. Magia to w końcu kwestia elastyczności, prawda?
Krok pierwszy z mojej kartki głosił: „Oczyść przestrzeń wokół siebie – wywietrz pomieszczenie i okadź przy pomocy białej szałwii”.
Otworzyłam na oścież wszystkie okna, wpuszczając do środka rześkie, chłodne powietrze poranka. Szałwii w zapasach nie stwierdzono. Miałam za to białą herbatę w saszetkach. Uznałam, że „biała” to słowo-klucz. Wysypałam zawartość małej torebki na talerzyk i podpalając sobie przy tym palce, odprawiłam rytuał dokładnie tak, jak nakazywała znana w internetowych kręgach wiedźma. Pachniało średnio, ale dym był? Był.
Krok drugi: „Wypowiedz intencję, z jaką chcesz odprawić rytuał miłosny. Pamiętaj, żeby wypowiadane intencje miały pozytywną wibrację”.
Stanęłam na samym środku salonu, wyprostowałam się i wyrecytowałam donośnym głosem:
– Pragnę mieć u swojego boku mężczyznę, który odwzajemni moje uczucia, będzie mnie kochał i razem stworzymy wspaniałą relację!
Dźwięczało to tak głośno, żeby Wszechświat – a już na pewno moi sąsiedzi zza ściany – nie mieli żadnych wątpliwości, o co tu chodzi.
Krok trzeci: „Stwórz obraz tego, czego pragniesz. Wyobraź sobie, że jesteś u boku wymarzonego partnera”.
Przymknęłam oczy. W mojej wyobraźni błyskawicznie wyrosła postać przystojniaka o niebieskich oczach i lekko rozwianych wiatrem włosach. No, ideał.
Następnie instrukcja nakazywała wziąć jedną świecę (oznaczającą mnie) i namaścić ją olejkiem różanym. Olejku brak, ale moje luksusowe masło do ciała o zapachu dzikiej róży idealnie nadawało się do smarowania wosku. Wzięłam drugą świecę (oznaczającą JEGO) i zrobiłam dokładnie to samo. Ustawiłam obie na talerzu tak, by mocno się ze sobą stykały, po czym związałam je czerwoną nitką.
– Niech zwiąże nas nić miłości – wymamrotałam pod nosem.
Wzbudziłam w sobie resztki porannej energii, udając, że całą moją istotę przenika czysta, kosmiczna miłość, po czym podpaliłam oba knoty.
– Niech miłość zapłonie między mną a nim. Jestem kochana przez wspaniałego mężczyznę.
Mamrotałam te zaklęcia z zamkniętymi powiekami tak długo, aż uznałam, że Wszechświat (oraz moje bolące plecy) mają już serdecznie dość. Teraz miłość mojego życia musiała czaić się tuż za rogiem. Nie było innej opcji.
Godzinę później wyglądałam jak milion dolarów. Odstawiłam się jak na randkę życia i postanowiłam ruszyć w miasto, by w profesjonalnym sklepie zielarskim nabyć resztę czarodziejskiego rynsztunku. Zbiegłam po schodach, ignorując zgrzytającą windę. Czułam wielką nadzieję i ekscytację. Z rozwianym włosem i uśmiechem na ustach oczekiwałam, że gdy tylko przekroczę próg klatki, los postawi na mojej drodze kogoś wyjątkowego. Jeśli nie od razu męża, to chociaż materiał na kilka upojnych nocy i płomienny romans.
O mało nie skręciłam karku na ostatnim schodku, gdy moje przeznaczenie faktycznie się objawiło.
Smród, jaki uderzył w moje nozdrza na parterze, niemal zwalił mnie z nóg. Pod skrzynkami na listy, na stercie brudnych kartonów, spał w najlepsze bezdomny. Sądząc po ustawionych obok niego w równym rządku pustych półlitrówkach, balował tu całą noc. Mój radosny uśmiech zwiędnął w ułamku sekundy. Zacisnęłam palce na nosie i starając się nie stukać obcasami, przemknęłam obok mamroczącego coś pod nosem mężczyzny.
Dopiero na zewnątrz zaczerpnęłam głębokiego tchu. Spojrzałam z wyrzutem w niebo, rzeźbiąc na twarzy minę głębokiego rozczarowania.
– No na pewno nie o to mi chodziło, Wszechświecie! – warknęłam pod nosem.
Wtedy zrozumiałam: biała herbata to jednak nie biała szałwia, a masło do ciała nie zastąpi czystego olejku. Rytuały działały, po prostu wymagały cholernej precyzji. Wsiadłam do samochodu i ruszyłam na zakupy, mocniej ściskając w dłoni kartkę w kratkę, na której miałam rozpisane składniki na eliksir miłości. Popołudniu byłam też umówiona z Izą – miałam odebrać od niej listę kandydatów na męża i zacząć testować na nich nowe zaklęcia.
Jako początkująca czarownica w stolicy, nie miałam pojęcia, gdzie zaopatrują się wiedźmy z Salem. Na szczęście pani w tradycyjnym sklepie zielarskim okazała się niezwykle pomocna i oprócz suszonych ziół dała mi namiary na bardziej „alternatywne” punkty.
Zadowolona i obładowana torbami, wylądowałam w naszej ulubionej kawiarni. Iza, wierna swojej tradycji, spóźniła się ustawowe dwadzieścia minut. Właśnie uzupełniałam czerwony notes, gdy nad moją głową rozbrzmiewał jej głos.
– Sorki za spóźnienie, ale korki były potworne.
– Cześć. Gdybyś się nie spóźniła, dzwoniłabym już po pogotowie – odparłam, nawet nie podnosząc wzroku.
– Nie przesadzaj.
– Dawaj listę! – zarządziłam kategorycznie, stukając palcem w stolik.
Iza westchnęła ciężko, siadając naprzeciwko.
– A nie zapytasz, co w sklepie? Czy wszystko u mnie w porządku? Albo jaki mamy utarg?
– Gdyby w sklepie działo się coś złego, już dawno bombardowałabyś mnie telefonami. U ciebie zawsze wszystko jest w porządku i to jest w sumie aż chore. A utarg? Jak zawsze, raz większy, raz mniejszy. Dawaj listę i nie marudź, zamówiłam ci już kawę i ciastko, żebyśmy nie traciły czasu na zbędne ceregiele.
– Jesteś walnięta.
– Jestem starą panną, w której organizmie hormony właśnie dokonują brutalnego przewrotu wojskowego. Więc albo pomożesz mi znaleźć męża, albo dzwoń po egzorcystę.
– Woda święcona już nie wystarczy?
– Iza!
– No dobra, masz i się odczep – fuknęła, wsuwając w moje dłonie zmiętą kartkę.
Wzięłam papier, obróciłam go dwukrotnie w palcach, uniosłam brew i ostentacyjnie wydęłam usta. Spojrzałam na przyjaciółkę tak, jakby przed chwilą dokonała zbrodni przeciwko ludzkości, a przynajmniej przeciwko moim planom matrymonialnym.
– Co to ma być? – zapytałam z głębokim oburzeniem.
– Lista.
– Ale tu są tylko dwa nazwiska!
– To są na razie dwa nazwiska.
– Czy w twoim otoczeniu naprawdę nie ma więcej facetów godnych uwagi? – skrzywiłam się. Miałam silne podejrzenie, że Iza wypisała te imiona na kolanie, na parkingu tuż przed wejściem do knajpy.
– A żebyś wiedziała, że nie ma! Z jednym mam dzieci, a reszta to debile.
– Kiepska perspektywa.
– Spokojnie, znajdziemy ci męża! – wrzasnęła nagle na cały regulator, sprawiając, że połowa gości w kawiarni zamarła z widelcami w połowie drogi do ust.
Natychmiast podniosłam menu i zasłoniłam twarz, udając, że mnie tu nie ma. Dopiero po chwili wyjrzałam zza karty i zasyczałam:
– Kompletnie ci odbiło?!
– No co? Każda metoda jest dobra – uśmiechnęła się szeroko. – Ten pierwszy to kolega mojego Tomka. Super facet.
– Twój mąż ma kolegów? – zdziwiłam się szczerze.
– Ma, i to kilku. To, że jest introwertykiem, nie oznacza, że trzymam go zamkniętego w piwnicy. Ten kolega jest przystojny i bardzo inteligentny.
Spuściłam wzrok na kartkę.
– Ma na imię Euzebiusz – przeczytałam na głos, kładąc nacisk na każdą sylabę.
– Oryginalnie, prawda?
– Euzebiusz… – powtórzyłam, gapiąc się na nią wymownie. – Jak do tego mówić? Spróbuj to jakoś zdrobnić. No dalej, czekam.
– Tomek woła na niego Edek.
– Edek z krainy kredek? Daj spokój, odpada! Skreślam go.
– Skreślisz faceta tylko przez imię?
– Tak. Jest gorzej niż beznadziejne. Co tam jest drugie?
– Brat Tomka, Michał. Może nie wygląda jak model z żurnala, ale to dobry, ciepły człowiek.
– Brat Tomka… – jęknęłam.
– O Jezu, a teraz co znowu nie pasuje?
– Nic. Skoro nie ma innego wyboru, niech będzie Michał. Wszystko jest lepsze od Euzebiusza.
– W przyszłym tygodniu zorganizuję wspólne spotkanie – zapowiedziała Iza.
– Okej – bąknęłam bez większego entuzjazmu.
– Strasznie marudzisz, wiesz?
– Po prostu zastanawiam się, jak to się stało, że ty trafiłaś na takiego porządnego faceta. Przecież nie spadł ci z nieba. Musiałaś coś zrobić.
– Afirmowałam – rzuciła z dumą.
– Co zrobiłaś?!
– Afirmowałam. Wierzę, że przyciągamy to, co sami wysyłamy w świat. Kwestia nastawienia. Mam sobie powtarzać, że znajdę cudownego męża, aż w końcu się pojawi. Poczytaj sobie o prawie przyciągania. A teraz muszę lecieć, idziemy z Tomkiem na randkę!
Gdy tylko Iza zniknęła za drzwiami, wyciągnęłam telefon i zaczęłam namiętnie googlować hasło „prawo przyciągania”. Zamówiłam kolejną kawę i po godzinie byłam już chodzącą encyklopedią ezoteryki. Zapisałam najważniejsze punkty w moim krwistoczerwonym notesie, mruknęłam pod nosem pogardliwe: „Euzebiusz, akurat…”, zapłaciłam rachunek i wybiegłam testować potęgę umysłu.
Uznałam, że na początek muszę oczyścić głowę z toksycznych myśli. Spacer po parku Skaryszewskim wydawał się idealnym planem.
Błądząc po żwirowych alejkach, zaczęłam skrupulatnie formować w myślach obraz mojego idealnego partnera. Chłodny wiatr smagał moją twarz, a ja w wyobraźni bawiłam się w architekta męskiej urody. Obraz zmieniał się co chwilę: najpierw oczy miały być zielone, potem niebieskie; włosy raz krótkie, zaraz potem dłuższe, by mogły malowniczo falować. Gładka skóra versus kilkudniowy, seksowny zarost. W końcu postać nabrała realnych kształtów.
Wyobraziłam sobie wysokie, barczyste ramiona ukryte pod doskonale skrojonym płaszczem drogiej marki. Przystojny blondyn z lekko zmierzwioną grzywką opadającą na oczy. Oczy niebieskie niczym morska toń i uśmiech tak czarujący, że uginają się pode mną kolana. Szedł w moim kierunku. Ja zmierzałam ku niemu, gotowa wtulić się w jego bezpieczne objęcia, poczuć zapach luksusowych perfum zmieszanych z męską skórą, usłyszeć, jak bardzo mnie kocha…
I w tym momencie stało się dokładnie to, co dzieje się w kreskówkach, gdy główny bohater z impetem wpada na nagle wyrastającą z ziemi ścianę, a wokół jego głowy zaczynają krążyć małe, żółte gwiazdki.
Gwiazdek wprawdzie nie zobaczyłam, ale musiałam gwałtownie zamrugać, by upewnić się, że nie mam omamów. Przede mną wyrósł facet. Wysoki, barczysty, w brązowym płaszczu. I faktycznie się uśmiechał.
Moje serce zamiast przyspieszyć, najpierw zamarło – jakby ktoś brutalnie odciął zasilanie w całym budynku. Chwilę później zaczęło walić jak oszalałe, ale nie z zachwytu. Z czystego przerażenia.
Przede mną, prosto z moich uduchowionych afirmacji, zmaterializował się mężczyzna o wybitnie wątpliwej aparycji. Twarz miał okrągłą i pucołowatą jak księżyc w pełni. Włosy? Owszem, blond, ale zamiast seksownego nieładu, tworzyły żałosne strąki sterczące po bokach wielkiej, błyszczącej łysiny. Brązowy płaszcz nie skrywał nienagannej sylwetki, lecz potężny, zaokrąglony brzuch oraz… całą resztę. Ponieważ facet nie miał pod tym płaszczem absolutnie nic.
Zanim zdążyłam przetrawić ten widok, ekshibicjonista z dumnym uśmiechem rozchylił poły materiału, prezentując mi anatomię, której za żadne skarby świata oglądać nie chciałam.
Mogłam uciekać. Mogłam krzyczeć. Mogłam zemdleć. Ale zamiast tego, ogarnęła mnie czysta, pierwotna, babska wściekłość. Ten człowiek właśnie brutalnie zdeptał, zniszczył i zbezcześcił moją idealną wizję faceta o morskich oczach! Sprawił, że moje afirmacje obrzydły mi do granic możliwości.
Zamiast dbać o własne bezpieczeństwo, zerwałam z ramienia moją drogą markową torebkę na cienkim pasku i nie zważając na jej wartość, zaczęłam okładać faceta z całej siły.
– Ty zboczeńcu jeden! – wrzasnęłam, trafiając go prosto w ramię.
Obnażacz już po pierwszym ciosie skulił się, zgarbił i potulnie owinął płaszczem, rzucając się do rozpaczliwej ucieczki. Ale ja byłam zbyt rozgoryczona, żeby odpuścić. Gnałam za nim wąskimi alejkami parku, wymachując torebką niczym husarską szablą i regularnie dziurawiąc mu plecy.
– Ja ci pokażę, gdzie się takich czubków zamyka! Jak cię złapię, to cię wykastruję na miejscu, zboku jeden! – darłam się, budząc sensację wśród nielicznych przechodniów.
W biegu wyciągnęłam z kieszeni telefon i dysząc ciężko, wykręciłam numer alarmowy.
– Halo! Proszę natychmiast przysłać patrol pod główną bramę parku Skaryszewskiego! Dopadłam pederastę! – wykrzyczałam do słuchawki i się rozłączyłam, mając nadzieję, że dyspozytor potraktuje mnie poważnie.
Gdy zagoniłam mojego „blondyna” pod bramę, radiowóz już tam stał. Sprzedałam facetowi ostatni, pożegnalny cios torebką, wprost w ramiona dwóch rosłych policjantów. Dopilnowałam, by funkcjonariusz zapisał w protokole każdy, najdrobniejszy szczegół. Dorzuciłam nawet tyradę o tym, jak bardzo zostałam odarta z marzeń o księciu z bajki. Policjant gapił się na mnie, gdy dziko gestykulowałam, i przez ułamek sekundy widziałam w jego oczach obawę, czy nie powinien zabrać na komisariat również mnie. Przez chwilę chyba nawet współczuł zatrzymanemu zboczeńcowi.
Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku obywatelskiego wróciłam do samochodu, trzasnęłam drzwiami i ruszyłam z piskiem opon. Ale limit nieszczęść na ten dzień wcale się nie wyczerpał.
Podjeżdżając pod blok, odkryłam, że moje miejsce parkingowe znów jest zajęte przez to samo bezczelne auto. Nie mając siły na kłótnie, wyciągnęłam notes, nabazgrałam kartkę i włożyłam ją facetowi za wycieraczkę, dusząc w sobie potok przekleństw:
- Proszę o przeparkowanie samochodu z mojego miejsca parkingowego. Marianna, lokal 109.
W końcu, obładowana torbami pełnymi ziół i podejrzanych specyfików, zamknęłam za sobą drzwi mieszkania. Zaparzyłam gigantyczny kubek melisy na uspokojenie skołatanych nerwów, po czym wybrałam numer Izy i nagrałam jej się na pocztę głosową:
– Twoje afirmacje nie działają, miałam fatalny, absolutnie koszmarny dzień. Umów mnie z tym bratem twojego męża. Michał brzmi super.
Nie czekałam na odpowiedź. Wiedziałam, że pewnie grucha do telefonu ze swoim idealnym, zesłanym przez ten cholerny Wszechświat małżonkiem.
Wieczór na szczęście okazał się łaskawszy. Herbata z imbirem, cynamonem i solidną łyżką miodu powoli przywracała mi chęć do życia. Z głośników sączyła się moja ulubiona, relaksująca muzyka. Gdy poczułam, że moje ciśnienie wróciło do normy, otworzyłam czerwony notes. Składniki na eliksir miłosny leżały na blacie.
Randka Izy z Tomkiem to jedno, ale Wszechświat ewidentnie potrzebował twardej, rzemieślniczej pomocy, żeby w moich sprawach w końcu zapanował porządek.
Przepis wymagał:
* 1 szklanki czerwonego wina (wybrałam najmocniejsze, jakie mieli w sklepie),
* 3 łyżek miodu (jest!),
* szczypty cynamonu i imbiru (są!),
* kilku kropli ekstraktu z wanilii,
* łyżki suszonych płatków nagietka lub piwonii (udało się zdobyć w zielarskim – jest!).
Instrukcja zaznaczała, że eliksir najlepiej warzyć po nowiu, w okresie przyciągania intencji. Zaintrygowana podeszłam do okna, żeby sprawdzić status satelity. Niestety, niebo spowijała gęsta, czarna kołdra chmur. Brak jakichkolwiek śladów księżyca. Uznałam, że brak wiadomości to dobra wiadomość, i nie zamierzałam przerywać procedury.
„Podczas przygotowania zapal świecę w intencji powodzenia i przystąp do pracy po zachodzie słońca. W garnku połącz wino z miodem i dokładnie wymieszaj”.
– To akurat proste – skomentowałam na głos, bełtając gęstą ciecz.
„Spróbuj mikstury łyżką, dodaj przyprawy i wanilię”.
Zamieszałam, spróbowałam i z uznaniem mlasnęłam kilka razy. Smakowało naprawdę nieźle. Przelałam eliksir do szklanego naczynia – w tej roli idealnie sprawdził się dokładnie wymyty słoik po ogórkach konserwowych. Wrzuciłam płatki kwiatów, zakręciłam wieczko i potrząsnęłam nim energicznie.
Ostatni krok brzmiał: „Weź naczynie w dłonie i napełnij je intencją”.
Żeby intencja była jasna, przejrzysta i pozbawiona jakichkolwiek błędów w interpretacji (nauczona doświadczeniem z parku), chwyciłam słoik oburącz, uniosłam go wysoko ponad głowę niczym kapłanka, zamknęłam oczy i z pełnym skupieniem zawołałam:
– Wszechświecie! Siło sprawcza! Potrzebuję faceta, który będzie mnie kochał już na zawsze i który nigdy, przenigdy mnie nie zrani! I już pal licho te rozwiane włosy i oczy w kolorze morza, byle był dobry i uczciwy! Tak mi dopomóż siło czysta!
Powtórzyłam to w myślach jeszcze ze trzy razy, dla pewności. A potem, nie czekając na rano, odkręciłam słoik i pociągnęłam dwa potężne łyki.
Poczułam, jak eliksir przyjemnie rozgrzewa mnie od środka i rozlewa się słodyczą w ustach. Miałam głęboką nadzieję, że to zasługa potężnej magii, a nie faktu, że bazą mikstury było czternaście procent alkoholu.
Zostało mi tylko czekać na efekty. Przed samym snem wypiłam jeszcze dwa solidne łyki prosto ze słoika i zasnęłam jak niemowlę, utulona do snu obietnicą czarów, które po prostu musiały w końcu zadziałać.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania