Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Pod Złamanym Kilofem. Rozdział II — Kopalnia.
Noc odeszła z doliny niechętnie. Jeszcze długo po świcie między zboczami wisiała szara mgła, zaczepiając się o dachy domów i kamienne ogrodzenia jak brudna wełna. Deszcz, który przez większą część nocy bębnił w gonty karczmy, nad ranem osłabł do drobnej, upartej mżawki. Z rynien kapała woda. Z podwórza dochodziło mlaskanie końskich kopyt w błocie, skrzypienie kołowrotu przy studni i od czasu do czasu czyjeś przekleństwo, zwykle wypowiadane głosem człowieka, który właśnie odkrył, że dzień już się zaczął.
Na piętrze Pod Złamanym Kilofem panował jeszcze półmrok. Wąski korytarz pachniał starym drewnem, mokrą wełną i dymem, który nocą przedostał się z sali przez wszystkie szpary, jakie karczma posiadała, a posiadała ich więcej niż ścian. Gdzieś za jednymi z drzwi ktoś chrapał. Za innymi ktoś kaszlał głęboko i długo, jakby próbował wypluć własne płuca. Z dołu dobiegał głuchy stuk ustawianych garnków i głos karczmarza, który kłócił się z kimś o cenę owsa.
Gewałt obudził się z uczuciem, że ktoś przez całą noc kuł mu czaszkę od środka. Nie młotkiem. Kilofem. I najwyraźniej był to fachowiec, który nie uznawał przerw śniadaniowych.
Przez dłuższą chwilę leżał bez ruchu, z twarzą wciśniętą w poduszkę i jedną ręką zwieszoną z łóżka. Otworzył jedno oko. Zamknął. Otworzył drugie, ale świat przedstawiał się przez nie równie nieprzekonująco.
Spróbował przypomnieć sobie, gdzie jest. Najpierw wrócił obraz karczmy: dym, kufle, ogień w palenisku. Potem Haracjusz i jego ciężka peleryna. Następnie sześciu krasnoludów w kącie. Kopalnia. Problem.
Reszta była mniej wyraźna. Wspomnienia urywały się gdzieś w okolicy trzeciego albo czwartego kufla i wracały później w postaci pojedynczych obrazów: czyjaś broda zanurzona w piwie, Haracjusz próbujący wytłumaczyć komuś różnicę między podatkiem a rabunkiem oraz krasnolud stojący na ławie i śpiewający pieśń o górniku, kozie i bardzo nieszczęśliwym małżeństwie. Gewałt nie był pewien, czy ostatnie wydarzenie miało miejsce naprawdę, czy było skutkiem gorączki alkoholowej. Zdecydował, że nie chce wiedzieć.
Na małym stole obok łóżka stał pusty gliniany dzban. Na dnie zostało trochę płynu o zapachu kwaśnego piwa i czegoś mocniejszego. Gewałt mgliście pamiętał, że użył go w nocy, nie całkiem zgodnie z przeznaczeniem.
Na podłodze leżał jeden but. Drugi zniknął. Gewałt znalazł go dopiero po kilku minutach pod krzesłem, razem z drewnianą łyżką, kawałkiem suszonej kiełbasy i miedzianym guzikiem, który zdecydowanie nie należał do żadnej części jego garderoby. Podniósł łyżkę. Obejrzał ją. Odłożył. Kiełbasę obejrzał znacznie uważniej, po czym również odłożył.
Podniósł się na łokciach. Pokój wykonał powolny obrót w lewo. Gewałt poczekał cierpliwie, aż przestanie. Usiadł i natychmiast tego pożałował. Ból przeszedł mu od karku przez skronie aż do oczu.
Przez małe, zaparowane okno dostrzegł na podwórzu swojego konia, schowanego pod daszkiem stajni. Zwierzę miało mokrą grzywę, opuszczony łeb i tę szczególną minę, którą konie potrafią przybrać wyłącznie wobec ludzi robiących ze swoim życiem rzeczy niemądre.
Jakby wyczuwając jego wzrok, koń uniósł łeb i spojrzał w stronę okna.
Gewałt popatrzył na niego.
Koń przeżuł coś powoli, po czym bez pośpiechu odwrócił głowę.
— Też się cieszę — mruknął Gewałt.
Umycie twarzy zimną wodą pomogło tylko tyle, że kac stał się świeższy. Nałożył skórzany kaftan i zarzucił miecze na plecy. Metal zapięć wydał mu się dziś nieznośnie głośny.
Na dole karczma wyglądała jak pobojowisko po bitwie, w której obie strony walczyły kuflami. Na ławach spało jeszcze dwóch gości. Pod stołem leżał człowiek, którego Gewałt nie pamiętał, a jeden z psów urządził sobie z jego brzucha poduszkę. Karczmarz chodził między stołami, zbierał naczynia i liczył coś pod nosem. Na widok Gewałta uniósł brwi, po czym bez słowa postawił przed nim kubek piwa.
Gewałt wypił go duszkiem.
Karczmarz postawił drugi.
— Było źle? — zapytał Gewałt.
Karczmarz zastanowił się chwilę.
— Przyzwyczajony jestem.
Gewałt uznał, że to wystarczająca odpowiedź.
Do kopalni dotarł później, niż zamierzał. Z położenia słońca — a właściwie jaśniejszej plamy za chmurami — wynikało, że poranek był już w zaawansowanym stadium.
Droga prowadząca pod górę była po nocnym deszczu rozmokła. Błoto oblepiało buty i podeszwy, a spływająca ze zbocza woda wyżłobiła w koleinach małe strumienie. Nad wsią wisiał zapach dymu z mokrego drewna. Z kominów snuły się niskie smugi, przyciskane do dachów ciężkim powietrzem. Z kuźni dochodził pierwszy rytmiczny stuk młota, metaliczny i równy. Każde uderzenie odbijało się echem od przeciwległego zbocza i trafiało Gewałta dokładnie w środek czaszki.
Przy wejściu do kopalni, na dwóch krzywo zbitych deskach, wisiała tablica:
NIE WCHODZIĆ BO NIEBESPIECZNIE. KTO WCHODZI TEN NA SWOJOM ODPOWIEDZIALNOŚĆ. POTEM NIE MÓWIĆ ŻE NIE BYŁO PISANE.
Gewałt przeczytał ją dwa razy. Najpierw myślał, że mu się wydawało, ale za drugim razem pisownia nie stała się bardziej poprawna.
Przed wejściem do kopalni stały dwa znajome wozy na grubych, okutych kołach. Mokre drewno ich skrzyń pociemniało prawie do czerni. Przy jednym z dyszli dwa kudłate kuce skubały resztki siana z płóciennego worka. Z otworu szybu wypływał chłód i ciężki zapach mokrej skały, rudy, smoły oraz dymu z górniczych lamp.
Krasnoludy wyglądały tak, jakby noc spędziły dokładnie tak samo jak Gewałt, tylko z jeszcze większym poświęceniem. Brody mieli rozczochrane, oczy podkrążone, a skórzane fartuchy wciąż nosiły ślady poprzedniego dnia. Jeden pił coś gorącego z metalowego kubka. Drugi trzymał przy skroni mokrą szmatę. Trzeci jadł cebulę jak jabłko.
Krasnolud, który poprzedniego wieczoru podszedł do stolika Gewałta, siedział na odwróconej beczce i jadł kiełbasę. Jego broda, ciemna z rudawymi pasmami, była spięta metalowym kółkiem i nosiła ślady czegoś, co mogło być musztardą albo mieszaniną kopalnianego pyłu i smarków. Pod lewym okiem miał fioletowy siniak. Gewałt nie pamiętał, żeby wczoraj tam był.
Zatrzymał się przed nim. Rozejrzał się.
— No to jestem. Mieliście dla mnie robotę.
Krasnolud przez chwilę patrzył na niego, jakby próbował sobie przypomnieć nie tylko rozmowę, ale również poprzedni wieczór.
— Jestem Burdok Kutaszyn.
Wyciągnął rękę.
Gewałt ją uścisnął.
— Gewałt.
Burdok pokiwał głową. Potem zatkał palcem jedną dziurkę nosa i wysmarkał się na ziemię. Dopiero potem uznał, że jest gotów mówić.
— Macie królewnę — ponaglił Gewałt.
— No właśnie. I mamy z nią problem.
Burdok podniósł się z beczki z wyraźnym wysiłkiem, poprawił coś ciężkiego w jednej z nogawek i skrzywił się.
— No to chodź.
Gewałt spojrzał na jego nogawkę. Jeden z krasnoludów parsknął śmiechem.
Burdok również się uśmiechnął, ale w sposób, który natychmiast odebrał tamtemu ochotę do dalszych komentarzy.
Ruszyli do kopalni.
Przejście z szarego poranka do wnętrza góry było gwałtowne. Po kilku krokach światło za plecami osłabło, a powietrze natychmiast zrobiło się chłodniejsze. Wilgoć osiadła na twarzy Gewałta cienką warstwą. Pachniało mokrym kamieniem, żelazem i starym drewnem. Gdzieś głębiej czuć było także olej lampowy i dym, a jeszcze głębiej coś kwaśnego, mineralnego, czego Gewałt nie potrafił nazwać.
Ściany połyskiwały wilgocią. W nierównych szczelinach zbierała się woda, która co kilka sekund spadała ciężkimi kroplami na kamienną posadzkę. Każda brzmiała wyraźnie. Plask. Cisza. Plask. Z sufitu zwisały korzenie cienkie jak palce. Między belkami podtrzymującymi strop zalegały czarne smugi sadzy.
Pod nogami chrzęścił drobny kamień. Ciężkie buty krasnoludów uderzały o ziemię krótkim, twardym rytmem. Gewałt słyszał za plecami ich oddechy, pobrzękiwanie narzędzi i ciche przekleństwa, gdy któryś zahaczał barkiem o belkę albo wchodził w głębszą kałużę.
Co kilkanaście kroków w ścianie otwierał się boczny chodnik. Niektóre były oświetlone i dochodziły z nich głosy pracujących górników, stuk kilofów oraz chrobot łopat przesuwających urobek. Inne ginęły w zupełnej ciemności. Przy jednym wejściu wisiała drewniana tabliczka z napisem, którego Gewałt nie zdążył przeczytać. Pod spodem ktoś dopisał węglem: CHUJ.
Przy pierwszym większym rozwidleniu Burdok zatrzymał się i odwrócił do Gewałta.
— Jak już masz dla nas pracować, to wypada wiedzieć, kto jest kto.
Wskazał krasnoluda w pogiętym hełmie.
— Jorg.
Jorg skinął głową w milczeniu. Nie widział potrzeby dodawania czegokolwiek.
Burdok wskazał pozostałych.
— Gul. Fart. Goldfarb. Muckley.
Gul poprawił pas. Fart uśmiechnął się niewinnie. Goldfarb przeliczał coś na palcach. Muckley był brudny nawet jak na krasnoluda.
Gewałt przesunął po nich wzrokiem. Ruszyli dalej.
W jednej niszy leżały kilofy, młoty i kliny ułożone w zaskakującym porządku. W innej stał niski stolik z dzbankiem wody i kubkami. Nad nim wisiała kartka przybita dwoma gwoździami. Litery były wielkie, krzywe i nierówne. Gewałt odczytał: NIE PIĆ S DZBANA, SUKINSYNY. Ktoś pod spodem dopisał: A S CZEGO.
Burdok nawet na nią nie spojrzał.
Dalej minęli opuszczony wagonik. Jedno koło miał zdjęte, a skrzynia była pełna kamieni i wody. Na jego burcie wyryto kilka imion, dwie daty i trzy przekleństwa.
Kilka kroków dalej światło lampy padło na ścianę.
Gewałt zatrzymał się.
W skale ktoś wyrył wyjątkowo szczegółowy rysunek męskich genitaliów. Autor poświęcił dziełu dużo czasu i najwyraźniej posiadał zarówno talent, jak i ambicję. Rysunek miał cieniowanie, żyły oraz coś, co mogło być podpisem.
Gewałt przyjrzał mu się z powagą badacza starożytności.
— Ktoś musiał nad tym siedzieć parę dni.
Burdok zerknął na ścianę.
— Nie. Wczoraj Jorg.
Z tyłu odezwał się jeden z krasnoludów:
— Podobieństwo przypadkowe.
— Wcale nie — powiedział drugi.
— Zamknijcie mordy — rzucił Jorg. Odwrócił się, ale zanim ruszył, zerknął jeszcze raz na rysunek z ledwie widocznym uśmiechem.
Szli dalej.
Im głębiej schodzili, tym bardziej kopalnia traciła charakter miejsca pracy, a zaczynała przypominać wnętrze czegoś ogromnego i uśpionego. Odgłosy kilofów stawały się rzadsze. Głosy robotników zostawały za plecami. Korytarz rozszerzył się, ale przez to ciemność po bokach wydawała się jeszcze gęstsza. Lampy wisiały teraz dalej od siebie. Między nimi trzeba było przejść kilka kroków niemal po omacku, zanim kolejny krąg żółtego światła wyłonił wilgotną ścianę.
Zmienił się też zapach. Mniej było dymu i potu. Więcej zimnej skały. Gdzieś z głębi ciągnęło powietrze tak chłodne, że Gewałt poczuł je na karku. Nie był to przeciąg z wejścia. To powietrze przychodziło z samego wnętrza góry.
Krasnoludy przestały gadać.
Burdok szedł pierwszy. Jego sylwetka w świetle lamp wydawała się jeszcze szersza. Z tyłu broda jednego z krasnoludów ocierała o skórzany fartuch z cichym szelestem. Ktoś raz zakaszlał. Echo poniosło dźwięk daleko w boczne korytarze i wróciło słabsze, jakby góra zakaszlała w odpowiedzi.
Po kilku minutach przed nimi pojawiła się kamienna ściana, a w niej wielkie drewniane wrota.
Nie wyglądały jak drzwi do magazynu ani odciętego wyrobiska. Były za wysokie i zbyt solidne. Zrobiono je z grubych, pionowych bali, sczerniałych od wieku i wilgoci. Drewno popękało wzdłuż słojów, ale nadal sprawiało wrażenie twardego jak kamień. Wrota zabezpieczały trzy ciężkie żelazne rygle, biegnące przez całą ich szerokość. Końce każdego spoczywały w głębokich kamiennych gniazdach po obu stronach przejścia.
Wokół zamka drewno było starte od częstego używania. Na żelazie widać było świeższe rysy. Ktoś te drzwi otwierał. I zamykał. Regularnie.
Gewałt zatrzymał się kilka kroków przed nimi.
Spojrzał na pierwszy rygiel. Potem na drugi. Na trzeci. Następnie na Burdoka.
— Trzymacie królewnę za drzwiami z trzema ryglami?
— Tak. I jeszcze jedno: ona śpi. Już bardzo długo.
Gewałt wskazał na żelazo.
— Śpi? To po co rygle?
Burdok przez chwilę milczał. Jeden z krasnoludów za nim odwrócił wzrok. Drugi poprawił uchwyt młotka przy pasie.
— Żebyśmy czuli się bezpieczniej. Zresztą, jak ją zobaczysz, przestaniesz zadawać głupie pytania.
Burdok wyjął spod fartucha ciężki klucz długości prawie całej dłoni Gewałta. Metal był ciemny i wypolerowany na krawędziach od używania.
Wsadził klucz do zamka. Mechanizm wewnątrz zazgrzytał głęboko. Dźwięk odbił się od ścian korytarza.
Burdok chwycił pierwszy rygiel obiema rękami. Żelazo zaskrzypiało w kamiennym gnieździe. Krasnolud napiął ramiona, buty przesunęły się po mokrej posadzce i rygiel wysunął się z kamiennego gniazda z ciężkim metalicznym jękiem.
Potem drugi.
Gewałt zauważył, że pozostali krasnoludowie cofnęli się o pół kroku. Jorg poprawił hełm. Ktoś zgasił lampę stojącą najbliżej drzwi i podniósł ją ponownie, jakby sprawdzał, czy knot działa.
Burdok położył dłonie na trzeci rygiel, ale go nie ruszył.
Odwrócił się do Gewałta.
— Jeszcze jedno.
— Co?
Burdok przez chwilę patrzył na drzwi. Potem na Gewałta.
— Ona śpi. Ale jakby się obudziła...
— No?
Krasnolud podrapał się po brodzie. Metalowe kółko na jej końcu cicho zadzwoniło o sprzączkę fartucha.
— To spierdalaj.
Gewałt spojrzał na niego. W korytarzu było tak cicho, że słyszał kroplę wody spadającą gdzieś daleko za plecami.
Przez moment patrzyli na siebie bez słowa.
Potem Burdok odwrócił się, złapał trzeci rygiel i pociągnął.
Żelazo wyszło z gniazda z przeciągłym zgrzytem. Za drzwiami coś zaszumiało cicho, jak oddech w wielkiej pustej komorze.
Krasnoludy cofnęły się jeszcze odrobinę.
Gewałt poprawił miecze.
Burdok położył dłoń na ciężkim uchwycie wrót.
I pociągnął.
Ciężkie skrzydło drzwi poruszyło się najpierw ledwie o szerokość palca. Drewno, przez lata nasiąknięte wilgocią kopalni, stawiało opór jak coś, co przywykło do pozostawania zamkniętym. Zawiasy odpowiedziały długim, niskim jękiem. Dźwięk przeszedł przez korytarz i zgasł gdzieś daleko w czerni, zostawiając po sobie wrażenie, że cała góra przez chwilę nasłuchiwała.
Burdok naparł mocniej. Mięśnie na jego krótkich przedramionach napięły się pod warstwą pyłu. Skórzany fartuch zaskrzypiał przy brzuchu. Drzwi ustąpiły jeszcze trochę, wypuszczając ze szczeliny chłodny podmuch.
Powietrze po drugiej stronie było inne.
Gewałt chwycił go za przedramię.
— Zaraz, zaraz. Nie tak szybko. Pogadajmy o kasie. Co ja z tego będę miał?
Burdok skrzywił się.
— Dogadamy się. Mamy srebro. Poza tym będziesz miał okazję całować się z królewną. To mało?
— Z całowania ciężko się utrzymać. Chociaż nigdy nie próbowałem. To ile tego srebra macie?
Burdok popatrzył na Jorga. Jorg odwrócił głowę.
Burdok już otwierał usta, kiedy z głębi korytarza dobiegł tupot.
Najpierw niewyraźny, daleki, pomieszany z echem kopalni. Po chwili zrobił się szybszy i wyraźniejszy: kilka par ciężkich butów uderzało o kamień, ślizgało się na wilgotnym podłożu, przyspieszało znowu. Ktoś zaklął. Ktoś inny sapnął tak głośno, że echo poniosło ten dźwięk daleko w głąb kopalni.
Burdok odwrócił głowę.
— Co znowu? Kogo tam diabli niosą?
Krasnoludy stojące bliżej drzwi także spojrzały w stronę korytarza. Jorg przymknął drzwi do komory. Po chwili w przejściu pojawili się trzej chłopi.
Wpadli do jasnego kręgu rzucanego przez lampy prawie jednocześnie. Byli mokrzy, ubłoceni po kolana i tak zdyszani, jakby biegli przez pół wioski bez zatrzymania. Najstarszy z nich miał gruby wełniany kubrak, który nasiąkł wodą i wisiał na nim ciężko. Z jego brody kapało na koszulę. Drugi zgubił gdzieś czapkę, włosy przykleiły mu się do czoła, a trzeci trzymał bok i oddychał z otwartymi ustami.
Przynieśli ze sobą zapach mokrej ziemi, potu i chłodnego powietrza z zewnątrz. Od razu dało się go wyczuć w korytarzu.
Najmłodszy chłop spojrzał ponad ramieniem Burdoka. Jego oczy zrobiły się większe.
Jeden z krasnoludów zauważył to natychmiast.
— Zamknij to.
Jorg chwycił żelazny uchwyt obiema rękami i zaczął pchać. Drzwi ruszyły powoli. Drewno zaskrzypiało, zawiasy jęknęły, a po posadzce przesunął się długi pas światła, coraz węższy, aż na końcu została tylko pionowa szczelina.
Jeden z chłopów wychylił głowę, próbując zajrzeć do środka.
— Co tam macie?
Burdok spojrzał na niego.
— Gówno.
Chłop jeszcze przez moment patrzył na szczelinę.
Drzwi zamknęły się z głuchym uderzeniem. Jeden z krasnoludów wsunął pierwszy rygiel, potem drugi. Metal zgrzytnął o metal.
Burdok poczekał, aż ostatnia szczelina zniknie.
— No. Czego?
Najstarszy z chłopów spróbował odpowiedzieć, ale najpierw musiał złapać oddech. Oparł dłonie na kolanach i kilka razy głęboko wciągnął powietrze.
— Panika we wsi. Potwór się pokazał!
Gewałt, który do tej pory stał oparty biodrem o kamienny blok przy ścianie, wyprostował się trochę. Chłopi patrzyli na niego z lękiem w oczach. Wreszcie jeden wydyszał:
— Ogr, kurwa. Duży. Przyszedł do lasku. No, do tej chatki z czerwoną latarnią.
Gewałt patrzył na niego przez chwilę.
— Macie tu burdel?
Chłop wyprostował się, na ile pozwalał mu mokry kubrak.
— Dom dla samotnych kobiet.
Jeden z krasnoludów parsknął. Dwóch pozostałych zachichotało pod nosem.
Wieśniak odwrócił się gwałtownie.
— Jak on tam będzie siedział… Dziewczyny nam wykończy.
Przez kilka sekund nikt nic nie powiedział. Potem roześmiali się wszyscy.
Burdok oparł dłoń o kolano.
— Wy się, kurwa, boicie — wydusił — że wam ogr burdel zużyje?
Najstarszy chłop poczerwieniał.
— One potem przez miesiąc do niczego będą!
Gewałt spojrzał na chłopów.
— Kto płaci? Bez ustalonej zapłaty nie idę zabijać ogra.
— A kto mówi, żebyś go od razu zabijał? — odezwał się jeden ze starszych krasnoludów. Machnął ręką w stronę chłopów.
— Oni są głupi. Idź z nim pogadaj.
— Z ogrem?
— A z kim, kurwa, z latarnią?
Gewałt nie odpowiedział.
Starszy wskazał na niego palcem.
— Już tu kiedyś był taki jeden. Trochę podobny do ciebie. Też tak wyglądał, jakby kasy potrzebował. Poszedł. Pogadał z ogrem. Ogr mu zapłacił i zaraz potem odszedł.
Gewałt zmarszczył brwi.
— Ogr zapłacił?
Przez chwilę patrzył na krasnoluda.
— Ogr miał pieniądze?
— Złoto.
Gewałt natychmiast poprawił pas. Popatrzył na Burdoka, na wrota, potem na chłopów.
— Gdzie dokładnie jest ten lasek?
Burdok wsadził ręce do kieszeni. Potem obejrzał się na wrota.
— Jasne. Sto parę lat już śpi, parę godzin jej nie zbawi. Ale ja tu nie będę sterczał pod tymi pierdolonymi wrotami. Załatw ogra i wracaj.
Jorg spojrzał na pozostałych.
— No to do roboty, chłopaki. Nie jesteśmy na pierdolonych wczasach.
Komentarze (1)
:-)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania