Poprzednie częściPod Złamanym Kilofem. Rozdzial 1.

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Pod Złamanym Kilofem. Rozdział III — Las.

Gewałt wyszedł z kopalni w znacznie lepszym humorze, niż do niej wszedł.

Złoto. To słowo miało tę zaletę, że porządkowało wiele rzeczy. Gewałt od razu poczuł się mniej skacowany.

Wyjął swoje miecze i obejrzał je pod światło. Machnął nimi kilka razy, aż powietrze zawarczało. Potem wsunął je ostrożnie za plecy.

Na zewnątrz dzień zdążył się już rozjaśnić. Niskie chmury wciąż wisiały nad doliną, ale deszcz ustał i na mokrych kamieniach pojawił się matowy połysk. Ze zbocza spływały cienkie strużki wody. Co jakiś czas kropla spadała z daszku nad wejściem do kopalni i rozbijała się na ubitej ziemi z cichym plaśnięciem.

Koń stał przy drewnianym słupku niedaleko wejścia do kopalni. Gewałt odwiązał wodze, sprawdził popręg i wsiadł. Skóra siodła była jeszcze wilgotna po nocnym deszczu. Pod kopytami chlupotało błoto.

Chłopi czekali kawałek dalej. Wyglądali na wyraźnie zadowolonych, że Gewałt postanowił ruszyć w stronę lasku, choć żaden nie uznał za stosowne powiedzieć tego głośno. Najstarszy tylko pokiwał głową i otarł nos rękawem.

— Drogo koło młyna — powiedział. — Potem w lewo.

— Znajdę.

Chłop zawahał się, jakby chciał dodać coś jeszcze, ale spojrzał na dwa miecze Gewałta i zrezygnował.

Gewałt ruszył w dół zbocza.

Wioska z tej strony wyglądała inaczej niż wieczorem. Bez dymu i półmroku łatwiej było dostrzec jej zwyczajność. Między domami kręciły się kury. Przy studni dwie kobiety napełniały wiadra i rozmawiały cicho, dopóki nie zobaczyły Gewałta. Potem obie umilkły i odprowadziły go wzrokiem.

Przy kuźni młody chłopak pompował miech, a kowal trzymał w szczypcach rozgrzany do czerwoności kawał żelaza. Każde uderzenie młota rozchodziło się po ulicy jasnym, metalicznym dźwiękiem. Z piekarni pachniało ciepłym chlebem. Od strony stajni — znacznie mniej zachęcająco.

Za karczmą droga opadała łagodnie w stronę młyna. Po obu stronach ciągnęły się niewielkie pola przecięte kamiennymi murkami. Zboże było już wysokie, ciężkie od wilgoci i przy każdym podmuchu wiatru kładło się szerokimi pasami. Nad jednym z pól krążyły dwa kruki.

Młyn stał przy wartkim strumieniu spływającym z gór. Wielkie koło obracało się powoli, wyrzucając z drewnianych łopat srebrne wachlarze wody. Wokół budynku unosił się zapach mokrego drewna, mąki i mułu. Przez otwarte okno słychać było jednostajny szum kamieni młyńskich.

Gewałt przejechał przez niski kamienny mostek.

Za młynem droga się rozdzielała.

Jedna odnoga prowadziła dalej wzdłuż strumienia, między polami. Druga skręcała ku niewielkiemu lasowi rosnącemu na łagodnym wzniesieniu. Drzewa nie były szczególnie stare ani groźne. Brzozy, dęby, trochę sosen. Zwykły lasek, z tych, w których można było znaleźć grzyby, jagody, kłusownika albo ciało, zależnie od pory roku i szczęścia.

Przy rozwidleniu stała znajoma postać w ciężkiej pelerynie.

Gewałt rozpoznał Haracjusza jeszcze zanim zobaczył jego twarz.

Haracjusz opierał się ramieniem o pień przydrożnego drzewa. Raz po raz poruszał ramionami, jakby próbował znaleźć wygodniejszą pozycję dla skrzydeł.

W jednej ręce trzymał niewielką skórzaną torbę, w drugiej zwinięty rulon papieru przewiązany sznurkiem.

Na widok Gewałta uniósł rękę.

— Dokąd to?

Gewałt ściągnął wodze. Koń zatrzymał się obok niego i od razu opuścił łeb do mokrej trawy.

Gewałt ruchem głowy wskazał lasek.

— Tam.

Haracjusz popatrzył na niego.

— Widzę, że szybko się orientujesz w terenie. Ale tam chwilowo nieczynne.

Gewałt zsiadł. Buty zapadły się lekko w miękką ziemię przy drodze.

— No słyszałem. A kto tam jest?

— Jeden osobnik.

Gewałt spojrzał na niego, czekając na dalszą część.

Haracjusz nic nie dodał.

— Osobnik?

— Wyjątkowo duży osobnik. Ja bym go raczej nie denerwował.

— Jak duży?

Haracjusz rozejrzał się, szukając czegoś odpowiedniego do porównania.

Przy drodze, kilkanaście kroków dalej, leżał głaz. Musiał kiedyś spaść ze zbocza. Był szary, porośnięty mchem i wysoki niemal jak mały piętrowy dom.

Haracjusz wskazał go brodą.

— Mniej więcej jak to.

Gewałt popatrzył na głaz.

Potem znowu na Haracjusza.

Wiatr przeszedł przez koronę pobliskiego drzewa. Na pelerynę Haracjusza spadło kilka kropli, które zebrały się wcześniej na liściach.

— I chłopi nazywają go ogrem? — zapytał Gewałt.

Haracjusz zerknął w stronę lasku.

— Jak oni go tylko nie nazywają. Problem — i nie tylko chłopów — polega na tym, że kiedy się pojawia, interes się zamyka. Czasami na całe tygodnie.

Gewałt pokiwał głową. Z głębi lasku dobiegł nagle czyjś podniesiony głos.

Obaj spojrzeli w tamtą stronę.

Najpierw między drzewami pojawiło się coś jasnego. Potem postać w długiej, ubłoconej szacie wyskoczyła na ścieżkę i niemal od razu zniknęła za kolejnym pniem.

Po chwili pojawiła się ponownie. Był to pastor.

Biegł wzdłuż skraju lasu, trzymając przed sobą wielki drewniany krzyż. Jedną ręką obejmował go za podstawę, drugą przyciskał do piersi. Sutanna podwinęła mu się wysoko nad kostki, a buty miał oblepione błotem. Co kilka kroków potykał się o korzenie, odzyskiwał równowagę i biegł dalej.

— Precz! — krzyczał. — Precz, plugawa siło! Precz potworze. Opuść to miejsce!

Jego głos niósł się daleko po mokrym powietrzu.

Z lasu odpowiadała tylko cisza.

Pastor zatrzymał się na chwilę, uniósł krzyż jeszcze wyżej i zaczął od nowa, tym razem głośniej.

Gewałt patrzył za nim.

— Ten też zainteresowany?

Haracjusz skrzywił się.

— Pasjami.

Pastor zniknął między drzewami. Jeszcze przez chwilę słychać było jego głos i trzask łamanych gałęzi.

Gewałt spojrzał w stronę lasku.

— A w ogóle jest w tej okolicy ktoś, kto tam nie bywa?

Haracjusz zastanowił się chwilę.

Nie odpowiedział od razu. Poprawił pasek torby, spojrzał na młyn, potem na drogę prowadzącą do wsi.

— Na razie wychodzi na to, że tylko ty i ja.

Gewałt spojrzał na niego.

Haracjusz wyprostował się odrobinę.

— Ja muszę dbać o reputację.

Poprawił pelerynę. Tym razem zrobił to bardzo starannie, jakby porządek materiału miał szczególne znaczenie dla dalszej części rozmowy.

— Dlatego jeżdżę do sąsiedniej wsi.

Od strony lasu znów dobiegł głos pastora, tym razem słabszy i bardziej zachrypnięty.

Gewałt złapał konia za wodze.

— Czyli mam wielkiemu jak góra facetowi powiedzieć, żeby delikatniej obchodził się z kurwami? – mruknął jakby do siebie.

Haracjusz popatrzył w stronę lasu, potem na Gewałta.

— Możesz to załatwić bardziej dyplomatycznie.

— Na przykład?

Poborca zastanowił się.

— Nie wiem. Ty masz dwa miecze.

Gewałt spojrzał przez ramię na rękojeść wystającą znad pleców,

Haracjusz przesunął językiem po zębach.

— Twój poprzednik dostał pieniądze i zaraz potem odjechał.

Gewałt znieruchomiał.

Ręka, którą trzymał wodze, przestała się poruszać.

— I ten wielki zapłacił?

Haracjusz spojrzał na niego z ukosa.

— Dobrze zapłacił.

Gewałt natychmiast przestał wyglądać na człowieka, którego wysyła się do wykonania niewygodnego obowiązku.

— Nie wiesz ile?

Haracjusz uśmiechnął się.

— Wiedziałem, że w końcu zadamy właściwe pytanie. Oczywiście, że wiem. Od tego tu jestem. Kontroluję przepływ pieniędzy, na polecenie księcia.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania