Przestrzeń której nie potrafię nazwać, niespodziewane spotkanie cd1
Dalszy ciąg 1
Byliśmy dopiero na początku drogi, a doszliśmy już do rzeczy ostatecznych. Harmonia myśli, wzajemna aprobata i zrozumienie zaczęły wyjaśniać moje zauroczenie jej osobą podczas pierwszego spotkania. Być może właśnie wtedy intuicja rozpoznała pokrewieństwo naszych natur, wywołując głębokie przeżycie związane ze spotkaniem kogoś bliskiego sercu, zanim jeszcze mogłem to sobie uświadomić.
Jej słowa o nieskończonej miłości, istniejącej poza granicami naszego świata, przywołały wspomnienie z lat młodzieńczych. Opowiedziałem jej o nim, idąc obok.
Było to pod Sarnimi Skałkami, niedaleko Giewontu. Poza szlakiem znalazłem miejsce ukryte pod młodymi smrekami, dostępne jedynie po krótkiej wspinaczce po niewysokich ścianach skalnych. Siadałem tam czasem, próbując pisać wiersze. Pewnego słonecznego dnia, w całkowitej ciszy, kilka metrów ode mnie rozległ się nagle potężny huk. Zobaczyłem jastrzębia spadającego z ogromną prędkością na mysz. Tuż nad ziemią rozpostarł skrzydła, ogłuszając zdobycz.
Odszedłem stamtąd i postanowiłem przejść trudniejszą ścieżką, prowadzącą przez wierzchołki skał.
Kiedy znalazłem się na pierwszym wzniesieniu, zobaczyłem nadchodzącą postać.
Zatrzymałem się.
Szedł z kierunku, z którego nie można było przejść. Za nim znajdowało się urwisko i gęsta kosodrzewina. Nie potrafiłem zrozumieć, skąd się tam pojawił.
Kiedy stanął obok mnie, odwrócił głowę w stronę panoramy Zakopanego i zaczął pytać o widoczne w dole miejsca. Odpowiadałem, wskazując kolejne punkty krajobrazu.
Po pewnym czasie powiedział, że musi iść dalej, ale nie wie, jak przejść przez skalne wierzchołki.
Dopiero wtedy zwróciłem uwagę na jego ubranie.
Było bardzo proste. Spodnie i rodzaj bluzy, wykonane jednak z materiału, jakiego wcześniej nie widziałem. Bluza miała jasny kolor z delikatnym odcieniem błękitu. Spodnie przypominały barwą dojrzałe zboże. W obu materiałach, pod dominującymi kolorami, pojawiały się ledwie dostrzegalne odcienie czerwieni i żółci. Wszystko było stonowane, niemal pozbawione ciężaru.
Powiedziałem, żeby szedł za mną. Przeprowadzę go przez skały.
Doszliśmy do ostatniego wzniesienia nad Ku Dziurą. Zatrzymałem się tam, ponieważ przede mną otworzył się piękny widok na Giewont i dolinę. Zacząłem opowiadać mu o kolejnych miejscach, obracając się powoli, wskazując je jedno po drugim.
Kiedy ponownie odwróciłem się w jego stronę, zobaczyłem, że nie patrzy na krajobraz.
Patrzył prosto na mnie.
Miał jasną twarz, bardzo jasne, niebieskie oczy i delikatne, jasne włosy. Łagodne rysy i niezwykle głębokie spojrzenie. Nic nie mówił. Jego twarz pozostawała spokojna.
Dopiero wtedy zamilkłem.
Poczułem, że stoi przede mną ktoś, kto mógłby odpowiedzieć na wiele pytań, które od dawna nosiłem w sobie. Ktoś, kto mógłby powiedzieć mi, jaki jest sens mojego istnienia i co powinienem zrobić dalej.
Nie zdążyłem jednak zapytać.
Spokojnie odszedł, schodząc po zboczu. Po chwili wszedł do świerkowego lasu.
Postanowiłem go dogonić.
Zbiegłem na dół.
Nie było go.
Ścieżka była tylko jedna.
Kiedy skończyłem opowiadać, przez chwilę szła w milczeniu. Potem zatrzymała się i powiedziała:
— Mając nieustannie do czynienia ze zwierzętami, coraz częściej odnoszę wrażenie, że ukrywają przed nami prawdy, które stanowią o ich istocie. Być może niektóre z tych prawd dotyczą również nas.
Nie odpowiedziałem.
Przez chwilę szliśmy dalej w milczeniu.
I wtedy pomyślałem, że być może od początku naszej rozmowy nie szukaliśmy odpowiedzi.
Być może szliśmy właśnie w stronę pytania.
Piotr Sobański
AI
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania