Przygody Cess: Bal, wiadro i niezwykle kłopotliwy ambasador (Część 1/3)

Najważniejsze to stawiać krok za krokiem. Właśnie. Lewa, prawa, lewa, prawa, czy jakoś tak. Cess próbowała zrozumieć, jakim cudem w ciągu paru godzin prosta ulica zamieniła się we wzburzony, powykręcany i pełen niebezpieczeństw górski szlak. Przecież nie dokonało tego wypicie kufelka podłego piwska… Właściwie to mógł być więcej niż jeden kufelek. Może jeden dzbanek? Albo dwa? Tak, na pewno trzy.

A obiecywała sobie, że koniec z trunkami w pracy…

Z drugiej strony to nie jej wina, że mieszkańcy Gurgumy, stolicy małego zachodniego królestwa, akurat świętowali nadejście lata. Jutro nawet miał się odbyć bal na zamku. Wszędzie zabawa! Cess zawsze uważała, że należy szanować lokalne zwyczaje, więc skoro wszyscy pili – cóż było robić?

Nic to! Księżyc przyświecał pełnią oblicza, blask z karczemnych i domowych okien rozlewał się dookoła, wieczór łaskotał ciepłym wicherkiem, a żyły wypełniało piwo.

Czego więcej chcieć od życia?

Rozłożyła ręce. Stąpała teraz niczym stary bosman po rozkołysanym statku. Pewnie i swobodnie!

Któryś ze złośliwych kamieni podstawił jej nogę. Zaskrzeczała, machnęła rękami w desperackiej próbie powstrzymania nieuchronnego, po czym wyrżnęła twarzą w kałużę pełną błota. Mętne kropelki prysnęły we wszystkie strony.

– Zaraza – warknęła. Dlaczego zawsze upada w coś mokrego? Dźwignęła się z trudem, wykorzystując ścianę najbliższego gmachu jako podparcie. Sądząc po odgłosach ze środka, była to jedna z karczm, gdzie ludzie świętowali nadejście lata.

– Pomóc, księęę…szniczko? – rozległo się za jej plecami. Zaryzykowała spojrzenie w tył, próbując zachować pionową pozycję. W świetle bijącym z otwartych drzwi stało dwóch mężczyzn, podtrzymujących trzeciego, który zwisał bezwładnie z opuszczoną głową. Wszyscy nosili białe mundury z symbolem kruka, ale zarówno ptaki, jak i tkanina wokół nich prezentowały obecnie głównie plamy po jedzeniu i trunkach. – Poooszebuje pani pomocy?

Cess stwierdziła, że byli bardziej pijani od niej. No tak, ktoś musi pracować, a ktoś inny może się bawić.

– Dziękuję. Jestem pro… profesjonalistką – odparła uprzejmie, podnosząc rękę. – W życiu nie czułam się lepiej.

– To my wraaaszamy pić. Szczęśliwej drogi!

Przez moment Cess zastanawiała się, czy wejść z nimi do środka i zamówić kufelek.

– Weź się w garść, dziewczyno – burknęła pod nosem i ruszyła dalej, poklepując wiszącą u pasa skórzaną tubę. W środku bezpiecznie spoczywał zapieczętowany list. – To baaardzo ważne. Musisz wykonać zlecenie. Jesteś kurierką, a nie mo… mo… moczymordą!

Co do tego ostatniego krążyły różne opinie, ale Cess była zdecydowana zadać kłam tym oszczerstwom. Dostarczy przesyłkę i już!

Wyszczerzyła zęby do księżyca i weszła na most z cienkich desek, o żałośnie niskich barierkach, które sięgały jej zaledwie do pasa.

Minie rzekę, przejdzie obok młyna i spotka się z odbiorcą w zagajniku przy karczmie. Wszystko zapamiętała. Profesjonalistka z niej pełną gębą!

– Oho! – burknęła, czując znajome uczucie w żołądku. Czas wyrzucić coś z siebie. Z piekącym przełykiem popędziła do barierki, zaplątała się o nogi i grzmotnęła w poręcz, niebezpiecznie się przechylając. Pod stopami nie czuła desek.

– Nie, nie, nie! – Szybko zrozumiała, co się wydarzy. Czemu zawsze upada w coś mokrego? Próbowała się odsunąć, ale zabrakło jej sił w rękach. Świat zawirował, ostatnia kolacja zapragnęła nagle ruszyć przełykiem w drogę powrotną i Cess, wymiotując, zrobiła salto godne ballad.

Rzeka zamknęła się nad nią czarną falą.

 

***

 

Zarośnięty brzeg był pełen błota – jakżeby inaczej – oraz kęp zgniłej trawy. Cess wyraźnie czuła ich mdlący zapach. Czołgała się z trudem, dopóki nie poczuła, że wody obmywają już tylko stopy. Legła bez ruchu, kładąc policzek na mokrą ziemię.

Jest dobrze, jest dobrze, powtarzała sobie.

Trochę odpocznie, wstanie i zdąży dostarczyć list. To przecież bardzo ważne. Odruchowo sięgnęła dłonią do tuby.

Pusto.

Zamarła na chwilę, po czym nerwowo oklepała bok i uda. Jak to pusto?! Wytrzeźwiała gwałtownie, jak na widok poborcy podatkowego. Niech to szlag! Ani tuby, ani paska. Pewnie zerwał się w rzece.

– No ładnie, Cess. Pięknie, cudownie. – Dźwignęła się na kolana. Krótkie sklejone mazią włosy przylgnęły do twarzy, z poszarpanego ubrania ściekały krople.

– Ty krowi zadzie – sapnęła, idąc na czworakach przez miękkie błoto. – Ciamajdo! Wywłoko! Przesadziłaś. Zobacz, gdzie się znalazłaś. Ty… ty… – rozejrzała się uważnie i dokończyła szeptem: – moczymordo.

Usiadła na poobijanym tyłku, zgarnęła błoto z twarzy i otrzepała ręce. Co teraz?

Może przesyłka nie była wcale taka ważna? Ot, liścik miłosny albo kopia umowy handlowej.

– Bzdura – mruknęła.

Kapłan z Południa, który ją wynajął, zaoferował dwieście koron po wykonaniu zadania i bez przerwy trajkotał o wielkim znaczeniu tej przesyłki. Cess zapewniła, że nie znajdzie lepszego kuriera w całym kraju! Może trochę przesadziła? Niemożliwe! Wypadki zdarzają się nawet najlepszym.

Zaraz, zaraz…

Wspominał, gdzie iść, gdyby coś poszło nie tak, lub potrzebowała pomocy. Dom aukcyjny Nallo Przyjemniaczka.

 

***

 

– Jak, na bogów, straciłaś przesyłkę?! – Krzyk niemal ogłuszył Cess. Koniuszkiem palca wytarła spod oka kropelkę śliny Nallo.

Przyjemniaczek okazał się nieprzyjemnym kurduplem z postępującą łysiną i manierami, które bezzwłocznie wymagały poprawy. Chodził w kółko po wielkim salonie, machał ręką i rozpaczał, jakby to miało w czymkolwiek pomóc, zatrzymując się tylko po to, aby wykrzyczeć swój żal. Cess stała posłusznie i czekała, aż mały nerwus się uspokoi, jednocześnie lustrując wzrokiem pełną obrazów i rzeźb salę domu aukcyjnego.

Nallo nie był sam. Przy podłużnym stole siedziało kilku strapionych osobników. Szeptali coś do siebie, załamywali ręce i wzdychali głęboko, kręcąc głowami. Jedyny spokojny mężczyzna w tej bandzie durni miał południowe rysy twarzy i szare oczy, które nawet w Cess wywoływały ciarki, choć, jak sama uznała, to równie dobrze mógł być efekt kąpieli w lodowatej rzece. Przecież nie tak łatwo ją przestraszyć!

Nallo znów stanął przy niej.

– Pytałem, jak to się stało?!

– Eee…

No właśnie, jak? Czemu nie wymyśliła po drodze żadnej wymówki?

Zmarszczyła brwi.

– Właściwie to…

Zwrócone w jej kierunku twarze pochyliły się jednocześnie do przodu.

– Właściwie to… zostałam napadnięta! Właśnie, tak, niech to zaraza, ilu ich było! – Złapała się za głowę. – Panie, co tam się działo! Walczyłam jak lwica! To takie zwierzę z Południa, znacie? Nie? No to jak… jak… koń!

– Koń? – warknął Nallo.

– No, koń. Takie duże zwierzę, owies żre…

– Wiem, co to koń, do diabła! – Odrobina śliny tym razem wylądowała na czole Cess.

– Nie ma potrzeby się unosić. No, więc kopniak tu, kopniak tam. – Zaprezentowała kilka uderzeń, co zmusiło Nallo do gwałtownego odskoku. – Dwóch położyłam od razu, trzeciego ugryzłam, innego…

– Aż dziw, że cię okradli – przerwał człowiek o szarych oczach. Uśmiechał się krzywo, obnażając pożółkłe zęby.

– No, sama się dziwię! Po prostu było ich zbyt wielu. Pobili mnie, zabrali list i wrzucili do rzeki. Na szczęście jestem doskonałym pływakiem i…

– Kto to był? Przyjrzałaś się? – spytał Przyjemniaczek.

– Eee…

Dlaczego nie chcieli słuchać o jej bohaterskiej walce? Czy to ważne, kto zabrał przesyłkę? Nie ma i tyle. Po co drążyć temat?

– Ciemno było – odpowiedziała. Tłumaczenia chyba nie szły jej za dobrze. Dranie czekali na wyjaśnienia i diabli wiedzą, co zrobią, jeśli ich nie dostaną. Nagle przypomniała sobie trójkę przy karczmie. – Nie widziałam twarzy, ale mieli mundury: białe z jakimś czarnym ptaszyskiem.

Mężczyźni jęknęli niczym źle naoliwione zawiasy.

– Król ma list – zaskomlał jeden z siedzących dziwaków. – Jesteśmy zgubieni!

– Co ze skrytobójcami?! – krzyknął drugi. – Nie wycofacie się, prawda, panie Mal’Shah?

– Milcz! – Uciszył go szarooki i skinął głową w kierunku Cess. – Dajcie dziewczynie wina. Niech tu czeka. Nallo, porozmawiajmy na osobności.

O, w końcu ktoś mówił z sensem. Nie czekając na zaproszenie, Cess ruszyła w kierunku postawionych na stole karafek.

Tymczasem obaj mężczyźni zniknęli za drzwiami.

 

***

 

Miasto za oknem rozbrzmiewało odgłosami zabawy. Krzyczeli pijani mieszczanie, brzękało tłuczone szkło, a w powietrzu niosły się ochrypłe śmiechy. Nallo stukał palcem w parapet, drugą dłonią masował nasadę nosa.

– To idiotka – warknął.

– Bez dwóch zdań – odparł Mal’shah, przechodząc przez gabinet i siadając na skórzanym fotelu przy biurku pełnym szpargałów. – Ale jej wierzę. Z wyjątkiem walki, oczywiście. Napadli ją królewscy i…

– I teraz król wie o wszystkim – burknął Przyjemniaczek.

– W liście nie było nazwisk. Tylko błogosławieństwo od arcykapłana dla moich ludzi. Są przesądni. Chcecie zabić ambasadora Druzdainu, jednego ze Starej Rasy. To poważna sprawa.

– Błogosławieństwo, też mi coś… – Nallo prychnął. – Teraz król wie, że jutro na balu będzie zamach.

– Dlatego nic tu po nas. Rano wracamy na Południe.

– Nie! – Nallo odwrócił się gwałtownie. – Błagam! Umowa handlowa z Druzdainami to marzenie króla. Nie odwoła balu. Ambasador musi umrzeć. Umowa nie może zostać podpisana. Druzdaini zaleją rynek dziełami sztuki, którym ja… żaden ludzki artysta nie dorówna. Te kolory! Te kształty! – Westchnął. – To będzie nasz koniec. Zapłacimy, ile trzeba! Każdy rzeźbiarz i malarz w królestwie na pana liczy. Pięć tysięcy więcej.

Południowiec zaczął oglądać swoje paznokcie.

– Słyszałem, że na dworze jest czarodziej, o którym nie wspominałeś.

– Perus to stary pijak… siedem tysięcy.

– Bez błogosławieństwa nie przekonam moich ludzi. Do tej pory nie spotkali nikogo ze Starej Rasy.

– Wyglądają jak ludzie! – Zapewnił Nallo. – Kontaktują się przez garstkę przedstawicieli, ale wiem z pewnego źródła, że są tacy jak my. Tylko dziwnie gadają.

– Każda Stara Rasa ma swoje tajemnice.

– Dziesięć tysięcy! Na pewno odpowiednia ilość złota przekona pana ludzi…

– Wy, barbarzyńcy, nie dbacie o łaskę Stworzyciela. Żyjecie swoimi pragnieniami, żądzami, chcecie tego i tamtego, bez żadnej refleksji, myślenia o czymś doskonalszym niż wasze blade, grube ciała…

– Dwanaście tysięcy więcej! – zapiszczał Nallo. – Błagam! To fortuna!

– Stworzyciel wybaczy! – Mal’Shah westchnął i wzniósł ręce. – Zajmę się tym sam.

– Sam?

Południowiec zmarszczył brwi. Wstęga złocistej energii wyskoczyła z jego przedramienia, podniosła pustą karafkę z biurka i zaczęła nią zręcznie podrzucać.

Nallo przełknął głośno ślinę.

– Dobrze, oczywiście. A co z kurierką? Zabić ją?

– Ależ skąd – mruknął Mal’Shah, rozpraszając błyszczącą mackę. – Król będzie się spodziewał zamachu, więc mu go damy. Ta głupia dziewczyna nada się idealnie. Mam doskonałą truciznę: szybką i śmiertelną. Jeśli ta…

– Cess – podpowiedział Przyjemniaczek.

– Jeśli ta Cess zdoła otruć ambasadora, zabiję ją, nim zdradzi nasze nazwiska. Jeśli zginie, to wszyscy uznają, że niebezpieczeństwo zażegnane. Wtedy wkroczę ja i dokończę zlecenie. – Południowiec rozparł się z uśmiechem na fotelu. – Musisz tylko wprowadzić ją na bal. Może jako służącą?

Nallo prychnął.

– Sprawdzają ich bardziej niż gości. Myślę, że bez trudu zdobedę zaproszenie dla diuszesy albo hrabiny.

– Ona nie wygląda na hrabinę.

– Zajmę się tym. Tylko jak ją przekonać do otrucia ambasadora?

– Kto powiedział, że będzie o tym wiedzieć? Zrobimy tak…

 

***

 

Cess weszła pomiędzy resztę gości i bezceremonialnie nalała sobie wina do kubka. Zamierzała się do nich przysiąść, porozmawiać, rzucić żartem, ale zerknęła na ponure twarze i zrozumiała, że lepiej udać się na drugi koniec stołu. Patrzyli na nią z zaciśniętymi szczękami i nienawiścią w oczach.

Absolutnie niezasłużenie!

Siadła na krześle przy kominku, położyła nogi na stole i odchyliła się, popijając cierpkie wino. Na plecach czuła przyjemne ciepło i wkrótce zaczęła drzemać.

 

***

 

– Dziewczyno!

– Jestem! – Podskoczyła, a raczej spróbowała, bo stopy wciąż opierała na blacie. Zamachała rękoma i wypuszczony kubek odleciał gdzieś wysoko, krzesło zaszurało, przechyliło się i Cess z piskiem wylądowała na posadzce. Plecy zapłonęły bólem.

– Zaraza! – jęknęła.

Nallo stanął z boku i nachylił się z zatroskanym wyrazem twarzy.

– Wszystko w porządku?

Cess z trudem rozciągnęła wargi w uśmiechu.

– Oczywiście – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Ma pan ładny sufit.

Fresk przedstawiał bandę jeleni okładających kijami rozwrzeszczanego myśliwego.

– Dziękuję. Sam malowałem. – Nallo westchnął. – Pomóc ci wstać?

– Poleżę sobie, jeśli panu nie przeszkadza.

– Oczywiście, oczywiście. Mam dla ciebie propozycję.

Cess skrzyżowała ręce i zarzuciła nogę na nogę. Nonszalancka poza kosztowała trochę bólu, ale negocjacje to trudna walka na pozory, słowa i siłę woli.

– Słucham.

– Strata przesyłki to niefortunny wypadek, ale nie mogłaś nic na to poradzić.

– Dokładnie. – Co najwyżej nie schlać się jak żołnierz po bitwie, ale Cess przezornie zatrzymała tę uwagę dla siebie.

– Niestety, komplikuje to pewne sprawy. Bardzo ważne sprawy i coś trzeba z tym zrobić. Wiem, jak możemy pomóc sobie nawzajem. Co byś powiedziała na spędzenie cudownego wieczoru w doborowym towarzystwie i zapłatę w szczerym złocie?

Cess zmrużyła oczy.

– Oj, przyjacielu, co to, to nie. Ale w „Białym Ośle” jedna dziewczyna podobna do mnie sprzedaje swoje wdzięki i ma większe…

– Nie o to chodzi, psiakrew! – przerwał Nallo. – Jutro odbywa się bal u króla, na który przybędzie ambasador Druzdainu. Pójdziesz tam, zdobędziesz jego zaufanie, zrobisz jeszcze jedną malutką rzecz i pieniądze są twoje.

Cess podniosła jeden palec.

– Mogę o coś zapytać?

– Oczywiście.

– Czy pan oszalał?

Brwi Nallo powędrowały w dół.

– W przeciwnym razie powiem w Cechu o twojej wpadce, poszczuję cię psami i każę wrzucić do rzeki, skąd wypełzłaś. Nie do końca w tej kolejności. A potem…

Cess zdołała się uśmiechnąć.

– Nie mam sukienki – jęknęła. Lepiej nie wiedzieć, co jeszcze nieprzyjemnego planował Przyjemniaczek.

– O nic się nie martw. Znam odpowiedniego człowieka.

 

***

 

Gdy Cess wkroczyła do pracowni „Wielka Oaza Piękna”, jej wzrok zaatakowały przeróżne kształty i barwy. Bele tkanin, nakryć głowy, piór, świecidełek i dziwnych drobiazgów piętrzyły się pod ścianami, a na stojakach i manekinach wisiały rozłożyste suknie, których cekiny mieniły się w promieniach słońca.

Cess dopiero po chwili zauważyła, że ktoś stoi pośrodku tej wichury kolorów. Czarnoskóry mężczyzna nosił długi pstrokaty kaftan zdobiony piórami nieznanych ptaków, głowę miał pokrytą burzą loków, z uszu zwisały złote kolczyki, a usta – nadąsane i mięsiste – pokrywała niebieska szminka. Wyłupiaste oczy tkwiły pod niemal zupełnie wygolonymi brwiami. Cess opadła szczęka.

– Co, do diabła…?

Spróbowała odgadnąć wiek nieznajomego, ale najwyraźniej była za mało pijana. Dwie bliźniaczo podobne do siebie brunetki w krótkich sukienkach wygładzały mu tył kolorowego kaftana, zupełnie nie zwracając uwagi na gości.

Przyjemniaczek odsunął Cess i podniósł ręce.

– Flavio, przyjacielu, jak zawsze zachwycasz wyglądem.

– Nallo! – Głos Flavia zabrzmiał niczym uderzenie bicza. – Jak mój portret?

– W drodze, w drodze. Mam dla ciebie zadanie najwyższej wagi. Chodzi o bal.

– Oczywiście, że chodzi o bal. Całe miasto nim żyje. Myślisz, że ubierałbym się w ten sposób, gdyby nie bal? Miła, Szczera, ubierałbym?

– Absolutnie nie – nie podnosząc wzroku, odpowiedziały jednocześnie dziewczyny.

– Pewnie, że nie. – Przytaknął Flavio. – Ale muszę dbać o reputację. Żyję z tych balów.

– To niesamowicie ważne. Dam ci potrójną stawkę.

– O co chodzi?

– To Cess.

– I co z nią?

– Idzie na bal, a ty masz z niej zrobić takie bóstwo, aby każdy ślinił się na jej widok.

– Każdy się już ślini na mój widok – zaprotestowała Cess.

– Co? Nallo, pajacu, to żart? Miła, Szczera, to żart?

Bliźniaczki zachichotały bez śladu wesołości.

– Nie zajmuję się przypadkami beznadziejnymi – kontynuował czarnoskóry. – Może gdybyś ją ubrał w suknię z gorzały i kiełbas, to ktoś by się ślinił, ale…

– Flavio, błagam. Dorzucę obraz kocura, który zawsze chciałeś.

– Tego z wielkimi jajami?

– Dokładnie.

– W porządku, niech będzie. – Spojrzał krytycznym okiem na Cess i westchnął. – Dawno nie miałem takiego wyzwania.

 

***

 

Z korony wielkiego drzewa przy oknie dobiegał wesoły świergot ptaków. Nastrój Cess był zgoła odmienny. Stała na środku pracowni z niepewną miną, zagubiona jak wieloryb na pustyni.

Flavio krążył wzdłuż ścian, jedną ręką dotykając porozwieszanych na manekinach ubrań, drugą pukając w podbródek złożonym błękitnym wachlarzem. Bliźniaczki kroczyły za nim w milczeniu.

– Bal dziś wieczorem, a tu takie… takie… – Bez entuzjazmu zmierzył Cess wzrokiem i wydął policzki. – Coś. Miła, Szczera, najpierw suknia. Ty, dziewczyno, zdejmuj kamizelkę.

– To naprawdę konieczne?

Flavio rozłożył wachlarz i zatrzepotał nim przy twarzy, co sprawiło, że czarne loki uniosły się niczym chmara wściekłych węży.

– Przecież muszę zobaczyć twoją sylwetkę! Współpracuj!

– Dobrze już, dobrze – odparła Cess, sięgając do guzików. – Po co ta agresja?

Stara, poplamiona kamizelka spadła na podłogę. Cess próbowała obciągnąć równie wiekową, przykrótką koszulkę na nieco za duży brzuch, ale ta złośliwie wciąż wędrowała do góry.

Flavio spojrzał na ukryte pod cieniutką warstwą materiału piersi Cess i zasłonił dłońmi usta.

– Bogowie! – jęknął. W jego kącikach oczu wezbrały łzy. – Cudowne!

– Naprawdę? – odparła Cess. W końcu jakiś znawca docenił jej walory. Zawsze myślała, że są małe i nieatrakcyjne, a tu proszę – taka niespodzianka. Wypięła z dumą piersi. Postanowiła, że za złoto od Nallo kupi nowe ubranie. Wstyd okrywać takie cudeńka poszarpaną koszulą.

Wachlarz w rękach Flavia nie przestawał się poruszać, jakby jego właściciel ledwo trzymał się na nogach w obliczu nieziemskiego absolutu.

– Są tak cudownie płaskie! Jakby ich nie było!

Uśmiech na twarzy Cess zbladł i zgasł.

– Co takiego?

– Miła, Szczera, patrzcie! To dopiero perfekcja. Jeszcze trochę i byłyby wklęsłe. Nie jak te wasze… wymiona!

Cess zauważyła, że bliźniaczki z trudem hamują parsknięcia, za to ona najchętniej strzeliłaby Flavia prosto w tę wyszczerzoną gębę.

– Żartowniś – burknęła, krzyżując ręce na piersiach. Oczekiwaniom mężczyzn trudno sprostać.

Flavio klepnął ją w brzuch wachlarzem.

– Mogłabyś trochę schudnąć.

– Cham – mruknęła.

– Co z twoim nosem? Jest krzywy!

– Biłam się z takim jednym i źle się zrosło.

– Oburzające! Teraz spodnie, no, już, już!

– Spodnie? Nie za dużo pan sobie pozwala?

– Nosisz chyba majtki?

Cess prychnęła.

– Paaanie! Nie dość, że noszę, to czasem nawet – zrobiła dramatyczną przerwę – zmieniam.

O dziwo, spodziewany aplauz nie nastąpił. Flavio z pomocniczkami patrzyli na nią z nieruchomymi twarzami.

– Bal, psia mać – szepnęła Cess, ale rozpięła pasek i pozwoliła spodniom spłynąć, aż do kostek.

– Wielki Lukrecjuszu! – zapiszczał Flavio, wytrzeszczając oczy. Przyłożył nadgarstek do brwi i zatoczył się do tyłu. – Trzymajcie mnie!

Bliźniaczki pospieszyły z pomocą.

– Co znów? – warknęła Cess. – Kolejny ideał?

Flavio łykał powietrze wielkimi haustami.

– Włosy, niedźwiedzico! Kiedy je goliłaś?

Cess zmarszczyła brwi.

– Golić nogi? A po co?

Flavio wyrwał się z objęć bliźniaczek i ruszył ku drzwiom.

– Muszę zaczerpnąć świeżego powietrza. Miła, Szczera! Zajmijcie się nią. Wiecie, co robić. I pozbądźcie się tych włosów! – Wyszedł z obrażoną miną.

– Nareszcie – mruknęła Miła. Zadarła rąbek spódnicy, pokazując gładkie udo obwiązane podwiązką. Skrawek materiału przytrzymywał buteleczkę z obiecującą zawartością. Cess oblizała wargi. Miła odkręciła korek, pociągnęła łyk i poczęstowała siostrę. Szczera napiła się i przekazała butelkę Cess, która natychmiast przykleiła usta do metalu.

– Mocne – wychrypiała.

Szczera mrugnęła okiem.

– Nie da się pracować z Flavio bez odrobiny wytchnienia.

– Więc czemu tu jesteście?

– Nie jest tak źle. Dobrze płaci i trzyma ręce przy sobie. To stawia go wyżej niż większość naszych poprzednich pracodawców. A teraz, moja droga, zróbmy z ciebie bóstwo.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania