Przygody Cess: Bal, wiadro i niezwykle kłopotliwy ambasador (Część 3/3)

Eskorta kilku milczących osiłków zatrzymała się przed drzwiami i wpuściła obie dziewczyny do środka.

Pomieszczenie było niewielkie, a główną atrakcję stanowiło szerokie łoże obsypane poduszkami, co jasno wskazywało przeznaczenie komnaty. Za otwartym wyjściem z powiewającymi zasłonami rozciągał się szeroki taras zakończony kamienną barierką; w oddali migotały światła miasta, a bezchmurne niebo zdobiła wielka tarcza księżyca na tle niezliczonych gwiazd.

Wszystko ładnie, pięknie, ale Cess nie przyszła tu po romanse. Zostawiając księżniczkę z tyłu, zrobiła parę kroków i przystąpiła do działania.

Miała plan, co nie zdarzało się zbyt często. Właściwie większość jej planów rzadko się sprawdzała i nigdy zgodnie z pierwotnym założeniem, ale tym razem była pewna swego: nalać gorzały, wsypać proszek, poczęstować księżniczkę, wykpić się bólem głowy i wrócić na bal.

Na Bogów, ależ to łatwe!

– Zaiste urocza komnata – rzekła Zelienn. – Bal również wygląda wspaniale.

Cess wyjęła piersiówkę. Zza pleców usłyszała dźwięk zamykanego skobla.

– Tak, tak, bardzo ładnie – zgodziła się, napełniła kieliszek trunkiem i odstawiła butelkę na stolik. Oczywiście, wlała niewiele, żeby dziewczyna nie padła. Tylko tego by brakowało. Odsunęła palcami kryształ na pierścieniu i szybko wsypała proszek do kieliszka. Rozpuścił się bez śladu. Najgorsze za nią. Pełen profesjonalizm!

Odgłos przełykanego płynu zabrzmiał jak wyrok. Piersiówka zniknęła z blatu, odnajdując się w dłoni księżniczki, która przychylała ją coraz wyżej i wyżej, wciągając najmocniejszą gorzałę w mieście jak spragniony pijaczyna.

– Nie! – pisnęła Cess, wybałuszając oczy na widok ostatnich kropli wpadających do gardła Zelienn. Do diabła, wychlała wszystko! – Nie to miałaś wypić – dodała, ale księżniczka nie słuchała.

– Azaliż o to ojciec tyle krzyku czynił? – powiedziała Zelienn z zawiedzioną miną. – Zaledwie ostre. Widzisz, pani, pozwolono mi spróbować tylko kilka kropel wina, a ja o innych ludzkich trunkach tyle dobrego słyszałam! Gdy ujrzałam – czknęła potężnie – jak popijasz coś takiego, to musiałam spróbować! Zabawy pragnę! Ty również, pani?

– Tak jakby – przyznała ostrożnie Cess. – Trochę gorzałki nie zaszkodzi. Nie rozumiem, czemu zabraniać… księżniczko?

Zelienn poszarzała na twarzy, uniosła wysoko brwi i zapatrzyła się w dal.

– Mów mi Zel. Ależ gorąco!

Ruszyła chwiejnym krokiem w stronę tarasu. Rozpięła dłońmi jakieś sznurki i jej szaty zsunęły się na podłogę.

Cess rozdziawiła gębę, widząc jak szczuplutka, naga i niewątpliwie pijana blondynka wstępuje w światło księżyca.

– Król mnie zabije na śmierć – jęknęła pod nosem. W głowie już widziała uniesiony katowski topór. – Zaraz, Zel! Tak nie można!

Zelienn obróciła się, wybuchnęła ochrypłym śmiechem, jej oczy rozbiegły się w różnych kierunkach. Wyrzuciła ręce w powietrze i zaczęła tańczyć.

– No bez jaj! – skwitowała Cess, wbiegając na taras. Cały plan szlag trafił! A była tak blisko!

Księżniczka przerwała pląsy.

– Można… z jajami…

Jasne włosy zafalowały, skóra przesunęła się niczym wzburzona woda, wybrzuszyła, i nagle zamiast pięknej Druzdainki na tarasie stała naga i nie do końca urodziwa kopia króla z sali balowej. Nawet kozia bródka wyglądała identycznie.

Cess krzyknęła. Bardzo głośno, bardzo piskliwie i, ze względu na obecność gorsetu, bardzo krótko.

Drzwi zatrzęsły się od uderzeń.

– Co się tam dzieje? – zawołał strażnik. – Co z ambasadorką?

– Dobrze! – Kobiecy głos dobiegł z gardła Zel. – Bawimy się! Bawimy… – dodała szeptem, zmarszczyła brwi, jakby obudziła się właśnie z głębokiego snu, po czym spojrzała w dół. – Coś jest nie tak…

„Niedopowiedzenie stulecia”, uznała Cess. Wzięła głęboki wdech. Tylko spokojnie. Z dziesiątek swoich niesamowitych zalet, Cess najbardziej podziwiała zdolność do trzeźwego myślenia w każdych warunkach, co potwierdzał utrzymany w ręku kieliszek.

Pro-fes-jo-na-lizm!

– Zel, skarbie, wypiłaś troszkę za dużo naraz.

– Tak myślisz? – spytała naga osobliwość, po czym wskazała między swoje nogi na pewien zwisający szczegół. – Tego tu… wcześniej nie było.

– No, mam nadzieję!

– Po… poczekaj, pani. Zmiana kształtu wymaga sku… skupienia.

Twarz Zelienn przybrała wyraz niezwykłej koncentracji. Skóra wybrzuszyła się ponownie, naprężyła i… król stał jak wcześniej, tylko teraz na policzkach miał dodatkową parę oczu, równie przekrwionych jak te wyżej.

– Już… dobrze?

Cess wydęła policzki. Czas spojrzeć gorzkiej prawdzie w oczy. Dziewczyna… albo chłopak, albo czymkolwiek była ta Druzdainka, spiła się na całego. Król nie będzie zachwycony. W czym więc zaszkodzi jeszcze jeden malutki łyczek? Przynajmniej zadanie od Nallo zostanie wykonane. A może łaskawy los sprawi, że dzięki weselnicy księżniczka wytrzeźwieje? Zioła czasem wytwarzają przedziwne efekty. Warto zaryzykować.

Przecież nie może być gorzej!

– Zel, wypij to. Gdy zatrujesz się gorzałką, najlepszym lekarstwem jest wypić jeszcze troszeczkę.

– Naprawdę?

– Zaufaj mi.

– Ufam całkowicie – zapewniła Zelienn z poważną miną, wyciągnęła rękę po kieliszek, zadrgała, znieruchomiała i burknęła: – Niedobrze mi.

Nagle jej ciało zrobiło się przeźroczyste, po czym spłynęło z chlupotem na posadzkę, przybierając postać zadziwiająco niewielkiej galaretowatej kałuży.

Przez dłuższą chwilę Cess stała z kieliszkiem w wyciągniętej dłoni i mrugała oczami. Następnie powolutku zacisnęła palce na peruce, zerwała ją i rzuciła nad barierką w stronę miasta.

– No kur…!

Pięści znów załomotały o drzwi.

– Wszystko w porządku?! Możemy wejść?

Cess zakryła twarz dłonią i westchnęła. Koszmar! Co jeszcze może pójść nie tak?

Ktoś szarpnął klamkę.

– Nie! – wrzasnęła Cess. – Nie wchodzić! Och! Ach! – zaczęła piszczeć. – Księżniczko, och, doprawdy! Nie powinnaś!

Drżącą dłonią odstawiła kieliszek pod ścianę i nie przestając jęczeć – co za wstyd – zdjęła rękawiczki, po czym klęknęła przy brzegu nieruchomej kałuży.

– Zel? Skarbie?

Niestety, galareta nie raczyła odpowiedzieć.

Krzywiąc twarz, Cess włożyła palec w maź. Ciepła, śliska i klejąca. Tyle zostało z ambasadorki Druzdainu. Tyle zostanie z Cess, gdy król się o tym dowie. Chyba że wcześniej wyręczy go szarooki wspólnik Nallo. Katowski topór czy zakrzywiony sztylet?

Zabiła księżniczkę gorzałą? Może to przejściowe? Przecież Zel nie jest człowiekiem, prawda?

Bliska płaczu Cess poklepała kałużę, tak jak kiedyś budziła nieprzytomnych klientów karczmy.

– Zel? Pobudka!

Zgarnęła w dłonie trochę mazi i spróbowała uformować coś na kształt głowy, ale złośliwy śluz uparcie wracał do bezkształtnej postaci.

– No, dalej! Weź się w garść. Nie rozklejaj mi się tu. Błagam, Zel, zbierz się do kupy. Psiakrew!

Zrobiła dziurkę w galarecie, zaraz obok drugą, pod spodem szybko wyrysowała uśmiechniętą linię ust.

– Zel, słyszysz mnie?

Maź zabulgotała. Na brzegu pojawiły się wykrzywione, przezroczyste wargi.

– Zaiste, będę… będę… beuh! – fontanna śluzu wystrzeliła na suknię oszołomionej Cess.

– Żyjesz! Dzięki bogom! Będzie dobrze. Znajdę medyka, albo lepiej maga! Król z pewnością ma czarodzieja na dworze! Zaraz cię postawi na nogi!

– Nie działa na mnie… magia. Wracam… spaaać.

Usta sflaczały i się rozpuściły.

Cess zmrużyła oczy. Co to za zachowanie? Ma sama ogarnąć cały ten bałagan?

– O, nie, moja panno! Proszę tu natychmiast wracać! Jeszcze nie skończyłyśmy rozmawiać! Zel? Zel!

Ledwo się cieszyła, że księżniczka żyje, a już miała ochotę ją udusić. Tylko tu nawet nie było za co chwycić, psiakrew!

– Przysięgam, że… że… wytrę cię szmatą! Właśnie. Odezwij się!

Cisza.

W porządku. Spokojnie.

Wzięła głęboki wdech i z obrzydzeniem strzepnęła z sukni galaretowate wymioty.

Musi stąd wyjść. Poszukać pomocy. Ale nie może zostawić księżniczki samej. Co, jak przyjdzie sługa i ją zmyje z podłogi? Rozejrzała się po tarasie.

Ciepły zefirek leniwie kołysał kwitnące przy jednej ścianie róże, pod którymi stało…

Oczy Cess zabłysły na widok zapomnianego wiadra. Chwyciła je czym prędzej i chlusnęła w krzak resztkami deszczówki.

Wtem pisnęła, gdy coś z ogromną szybkością wspięło się po balustradzie i przykucnęło na niej, jak cień czarniejszy od nocy.

Mal’Shah wyprostował się, zdjął kaptur, następnie wyciągnął zza pasa ten straszny zakrzywiony nóż.

Cess przełknęła ślinę i przycisnęła wiadro do piersi.

Nallo i południowiec działali na zlecenie króla, a król zabronił podawać Zel alkohol. Właściwie nic dziwnego, pewnie wiedzieli, co się stanie! Czemu jej nie powiedzieli? Skandal! Teraz będą negocjować z pijaną kałużą!

– Gdzie księżniczka? – warknął szarooki.

Zostało tylko jedno wyjście – kłamać!

Na szczęście kłamała doskonale.

– Wyszła gdzieś. Nie, żebym się jej nie spodobała. Co to, to nie. Była oczarowana, ale pilne sprawy ją wezwały, no i, wie pan, wyszło, jak wyszło…

– Łżesz! Wypiła weselnicę?

– Eee, cóż… tak jakby… właściwie nie, ale pracuję nad tym!

– Byłaś sama z księżniczką i wypuściłaś ją z rąk? – Południowiec zmarszczył brwi. – Jesteś bezużyteczna, a ja gardzę bezużytecznymi ludźmi. – Odchrząknął i powiedział uroczystym tonem: – Wiedz, że zginiesz z ręki Mal’Shaha, Ostrza Dziesięciu Pustyń, Władcy Gorącego Piasku.

– Wszystko wytłumaczę! – jęknęła Cess. – Ja nie chciałam!

Na bogów! Umrze za gorzałę i to nie tę, którą wypiła!

Południowiec ugiął kolana, wyskoczył w powietrze, aż jego szaty rozpostarły się na tle księżyca jak skrzydła nietoperza, a klinga błysnęła w srebrzystym świetle niczym zapowiedź śmierci…

…i wylądował prosto w roztopionej Zel, poślizgnął się, zakręcił rękami, w końcu wywrócił do tyłu, uderzając głową w barierkę, by ostatecznie spłynąć po niej plecami i znieruchomieć.

Cess zagwizdała pod nosem.

– Poza lądowaniem to był wspaniały skok – przyznała.

Mal’Shah jęknął, powoli uniósł powieki.

Niech go szlag! Cess spodziewała się, że da jej już spokój.

Pomachała energicznie dłonią.

– Nie trzeba wstawać, nie trzeba. Pan się zdrzemnie!

– Zabiję… – wycharczał nieszczęśnik.

Cess podeszła do niego, rozejrzała się na boki i upewniwszy się, że balkon jest zupełnie osłonięty od wścibskich oczu, uniosła wiadro, po czym z trzaskiem grzmotnęła południowca w łeb.

Zza drzwi dobiegł zaniepokojony głos.

– Co to było?! Co z księżniczką?!

Cess wywróciła oczami.

– Bawimy się, do stu diabłów! Przestań podsłuchiwać, ty wyuzdana fujaro!

– Prze… przepraszam!

Nie było czasu do stracenia. Cess klęknęła przy kałuży.

– Przejdziemy się, moja droga.

Zaczęła nabierać śluzu do wiadra. Garść za garścią. W końcu cała maź pływała w środku.

– Zel, żyjesz? Obudziłaś się?

– Ktoś mnie podeptał? – zabulgotała ciecz.

Cess odetchnęła z ulgą. Ojczulek zawsze powtarzał, że z każdego rynsztoka można wyjść, pytanie, jak bardzo chcesz się ubrudzić. Jako stały bywalec wielu przydrożnych rowów, z pewnością wiedział, co mówi.

– Ot, śmieszna historia. Kiedyś ci opowiem. Idziemy szukać pomocy, nic się nie martw. Ze mną jesteś bezpieczna.

Pobiegła do drzwi, pacnęła się w czoło, zawróciła po kieliszek z weselnicą i dopiero odsunęła skobel. Na twarz przywołała najbardziej szczery uśmiech – tak szeroki, że zabolały ją policzki – i powoli wyszła na korytarz, szybciutko zatrzaskując drzwi. Tuzin barczystych strażników patrzył na nią spode łba.

Jeden, większy niż pozostali, z kanciastą szczęką i małymi oczkami, wysunął się naprzód i pochylił nad Cess.

– Ambasadorka? – powiedział powoli, jakby samo mówienie sprawiało mu wysiłek.

Cess przylgnęła plecami do drzwi i zachichotała.

– W środku, dobry człowieku. Leży naga w łożu, więc absolutnie nie wchodźcie! Wypoczywa!

– To gorzała? – Olbrzym spojrzał na kieliszek i zmarszczył nos.

– A jakże! Ktoś zostawił w komnacie. Na szczęście ukryłam przed księżniczką. Powinniście lepiej sprzątać!

– Co jest w wiadrze?

Cess poczuła, jak lepki pot spływa jej po plecach. Wiele par oczu wbijało w nią groźne spojrzenia, z pewnością czekając na jakikolwiek pretekst.

Niedoczekanie!

– Damskie sprawy! – Wyprostowała się i krzyknęła w stronę zaskoczonego draba. – Z drogi, kmiocie, bo szepnę słówko księżniczce i marnie skończysz! Na bal trafię sama!

Ruszyła dziarskim krokiem pomiędzy zdumionymi osiłkami, skręciła za róg i puściła się biegiem w kierunku sali biesiadnej.

Mogłaby się ukryć gdzieś w korytarzach i liczyć na to, że Zel wytrzeźwieje, zanim je znajdą poirytowani strażnicy, ale nie znała tego zamku, więc miała marne szanse przeciwko licznym zastępom króla.

Nic to! Przemknie jak duch i wyjdzie głównym wejściem, nie wzbudzając podejrzeń.

Na jej widok, para strażników przed salą balową stanęli na baczność.

– Dobrze się pani bawiła – powiedział jeden, próbując schować za plecami butelkę.

– Doskonały bal, dossskonały! – rzucił drugi lekko rozchwianym głosem. – A wiaderko pani po co?

– A wam, po co na służbie butelka?

Zbrojny machnął ręką, co omal nie skończyło się jego upadkiem.

– Nie było rozmowy – skwitował, po czym uchylił drzwi.

Cess swobodnym krokiem wparowała miedzy rozbawiony tłum. Na szczęście goście byli skupieni głównie na sobie i nikt nie zwracał na nią uwagi. Ruszyła wzdłuż chłodnych ścian, przemykając od kolumny do kolumny.

Zaraz, zaraz…

Przecież, zamiast biegać z kieliszkiem pełnym weselnicy, wystarczy wlać ją do wiadra. Gorzała połączy się z Zel i po sprawie – misja wykonana. To był chyba dzień doskonałych pomysłów. Może wtedy Mal’Shah przestanie czyhać na jej życie.

– Mam cię! – krzyknął znienacka jakiś kurdupel, chwytając Cess za rękę z kieliszkiem.

– Nallo!

– Otóż to. Jak ty wyglądasz? – Zmierzył ją wzrokiem i skrzywił twarz. – Ledwo przyszedłem na bal, a ludzie mówią, że ambasadorka już się zabawia w komnacie z jakąś dziewką. A ty, co?

Stojąca obok szlachcianka spojrzała krzywo na Przyjemniaczka.

– Co za bezczelność! – burknęła i odeszła.

– Ale… – Cess próbowała coś powiedzieć, ale Nallo nie dopuszczał jej do głosu.

– Ty, oczywiście, pijesz. Czego ja się spodziewałem? Dawaj ten kieliszek!

– Ale…

Nim Cess zdążyła dokończyć, zawartość kieliszka zniknęła w szerokiej gębie Przyjemniaczka.

– I już! – skwitował artysta. – Koniec picia. Ogarnij się, znajdź ambasadorkę i zrób, co trzeba, choćbyś miała tę jej kochankę za kudły wyprowadzić! – Obrócił się w kierunku trójki rozbawionych dandysów, która przysłuchiwała się rozmowie z wielkim zainteresowaniem.

– A wy, co? – warknął. – Idźcie podpierać inną kolumnę!

Jeden z wypudrowanych paniczyków uniósł palec i otworzył usta, ale wtedy coś ogromnie huknęło i drzwi wespół z parą podchmielonych strażników przeleciały obok i wylądowały z impetem na kilku zaskoczonych arystokratach.

– Gdzie jesteś, dziewczyno?! – Pełen gniewu krzyk zagłuszył na chwilę pisk wystraszonego tłumu.

– Mal’Shah? – spytali jednocześnie Cess i Nallo, wyglądając zza kolumny.

Południowiec stał na brzegu sali w kłębach kurzu, z rozbitej głowy spływała mu krew, wykrzywiona twarz nie zwiastowała nic dobrego.

Jakim cudem obudził się tak szybko? Już nawet wiadru nie można ufać!

– Straże! Brać go!

Cess rozpoznała głos króla.

Coś trzasnęło, zaskwierczało i nieopodal kolumny przeleciał wyjący strażnik. Wpadł w jedną ze szlachetnych dam, która nakryła się nogami i fałdami sukni.

Co tu się dzieje?

Wśród tłumu rozległy się piski, krzyki i gniewne wyzwiska. Ludzie rzucili się do ucieczki, potykali na niewygodnych butach, przewracali, wpadali na stoły, strącając z brzękiem błyszczące zastawy.

Przyjemniaczek szarpnięciem obrócił Cess w swoją stronę.

– To twoja sprawka, prawda? – Był tak wściekły, że w kącikach ust wezbrała mu piana.

Cess chciała uciekać, ale kurdupel nie zamierzał jej puścić. Co z nim nie tak? Nie widzi, że Mal’Shah oszalał? Może przyłożyć mu wiadrem? Wyglądało na to, że korzeń weselnicy to jakaś lipa. Nallo coraz bardziej purpurowiał, ślina wypływała mu z ust, nozdrza drgały niczym chrapy konia po całonocnym biegu.

– Co zrobiłaś Mal’Shahowi?! – wrzasnął, zaciskając dłonie na jej ramionach.

– Nic! Słowo posłańca! – zapewniła. – Ale to dobrze. Sprzedali panu fałszywą weselnicę.

– Ach, tak? Skąd wiesz?

– Bo właśnie pan ją wypił i nie działa.

Nallo wybałuszył oczy.

– Powiedz, że żartujesz! – krzyknął, po czym zabulgotał, zesztywniał i runął na podsadzkę jak ścięte drzewo, wciąż z grymasem zaskoczenia na twarzy.

– Poważnie? – burknęła Cess. To ona tu haruje i naraża życie, a ten po prostu sobie umiera? Tak się kończy kupowanie ziółek z niesprawdzonych źródeł. A kto niby zapłaci dwieście…?

Kolejni gwardziści pofrunęli, ścigani złotymi błyskawicami. Jeden uderzył w kolumnę nad Cess. Odłamki kolorowego tynku posypały się dookoła.

Cess poczuła szarpnięcie w wiadrze. Para czułek zakończonych mrugającymi oczami oraz wygięte w podkowę usta wznosiły się powoli nad brzegi wiadra. Kilka macek wyrzucało ze środka różnej wielkości kawałki zaprawy.

– Cóż za hultaj mi takie paskudztwa nawrzucał? – powiedziała księżniczka.

– Zel! Co u ciebie?

– Już mi lepiej.

Ogromnej postury szlachcianka klęcząca obok drugiej kolumny zauważyła Zel i wrzasnęła z całej siły, ale nikt nie zwrócił uwagi na kolejny pisk.

– Wiadra pani nie widziała? – oburzyła się Cess. – Sio!

Jak uciec? Żołnierze z korytarzy próbowali wbiec do sali balowej, tak jak arystokraci chcieli się z niej wydostać, więc obie strony utknęły w drzwiach. Tak samo, jak przy wyjściu po drugiej stronie sali, a ostatnia droga ucieczki znajdowała się za Mal’Sahem.

Czy nikt nie powstrzyma tego południowego drania?!

– Perus, do diabła! Gdzie jesteś? – Król najwyraźniej myślał tak samo.

Cess zaryzykowała spojrzenie za kolumnę.

Mal’Shah stał z rozpostartymi rękoma, otoczony bańką błyszczącej, żółtawej energii i rozglądał się, szukając wiadomo kogo – bogom ducha winnej kurierki! Królewscy strażnicy próbowali sforsować przeszkodę, lecz gdy tylko dotknęli ochronnej sfery, zygzaki światła ze skwierczeniem wyrzucały ich w powietrze.

– Mój bal! – jęknęła Zelienn, obserwując szalejący chaos. – Mój bal! – Zaczęła szlochać.

– Zaraz pojawi się nadworny mag – zapewniła Cess płaczącą księżniczkę. – Na pewno gdzieś tu się podziewa.

Jak na zawołanie ktoś wylazł spod długiego stołu.

– Idę, idę, wa… sza wysokość!

– O, widzisz? – powiedziała zadowolona Cess, po czym podniosła brew, gdy mag pokazał się w całej… okazałości?

Wyglądał jak z opowieści nie do końca trzeźwego barda: czarna szata w dziwaczne znaki była zmięta i poplamiona, spiczasty kapelusz zgnieciony jak rozdeptana śliwka, a siwa broda zmierzwiona i pokryta resztkami jedzenia. Ręka czarodzieja zamiast nieodzownego kostura obejmowała chichoczącą dzierlatkę z przekrzywioną peruką i kuflem złocistego piwa w dłoni, które co chwila wlewała do ust roześmianemu towarzyszowi.

– No, coś takiego – burknęła Cess. Wszędzie pijacy i moczymordy!

I skąd, do licha, wziął to piwo?

Mag ujrzał, co się dzieje, spoważniał, odsunął towarzyszkę, po czym wyprostował dłoń w kierunku Mal’Saha i wypowiedział donośne zaklęcie. Strumień białej energii popłynął przez salę, szumiąc jak rozpalony kominek.

Gdzieś w połowie drogi zwolnił, oklapł, z sykiem uderzył w podłogę i rozpłynął się w powietrzu.

Cess zgarbiła ramiona i spuściła głowę.

– Myślisz, że gotów znów spróbować? – spytała Zel z nadzieją.

Cess uśmiechnęła się półgębkiem, patrząc na sapiącego czarodzieja.

– Tak szybko? Musisz się jeszcze wiele nauczyć o ludzkich mężczyznach.

– Perus, zwalniam cię! – Król aż ochrypł.

– Pompon! Wyłaź! – ryknął Mal’Shah.

O, jeszcze czego!

Cess zdała sobie sprawę, że pora na zdecydowane działania. Mal’Shah ją w końcu znajdzie, więc należało użyć podstępu i błyskotliwego blefu. Odchrząknęła i zawołała tubalnym głosem:

– Nie ma tu żadnej Pompon! Uciekła już!

W odpowiedzi kieliszki na stołach zadrgały i pękły, rozpryski szkła z podłogi uniosły się, zawisły w powietrzu i, ku przerażeniu Cess, pomknęły w jej stronę.

„Czyli wyszło jak zwykle”, zdążyła pomyśleć, ruszając biegiem i piszcząc wniebogłosy, na chwilę, zanim strumień szkła rozbił się z brzękiem o kolumnę.

Wybiegła na marmurową posadzkę. Wiadro z księżniczką zaczynało ciążyć, ale przecież nie zostawi biednej dziewczyny na pastwę oszalałego Południowca. Król z pewnością teraz żałuje zatrudnienia Nallo i Mal’Saha. To jacyś szaleńcy! Gdyby nie ona, to nie wiadomo do czego by tu doszło!

Prawie dopadła rozwrzeszczany tłum, gdy zdała sobie sprawę, że przebiera nogami w powietrzu.

– Co jest, psiakrew?

Spojrzała w dół.

Wokół jej pasa zacisnęła się złocista macka, po chwili uniosła wysoko, obróciła twarzą do Mal’Saha i niosła w jego kierunku.

– Mam cię, Pompon! – Ucieszył się Południowiec.

Księżniczka przestała szlochać.

– Ja latam? – Wysunęła czułki z wiadra, co wywołało okrzyki zdumienia wśród szlachty i strażników. – Och, co to za łobuz?

– Puść mnie, draniu! – krzyczała Cess. – Rezygnuję z tej roboty! Obiecaliście mi przyjemny wieczór, przeklęci kretyni!

Była wściekła. Bardziej niż wtedy, gdy ukradła złotą kolię, która okazała się podróbką. Albo, gdy zimną nocą w Berbenie kazano jej powozić rozklekotanym wozem bez kropli alkoholu.

Machała nogami, biła mackę wolną ręką i drapała, ale nic nie pomagało. Wyrzucony w powietrze chuderlawy strażnik przeleciał obok z zaskoczoną miną, gdy dojrzał płynną księżniczkę.

Macka zatrzymała rozwrzeszczaną Cess nad Południowcem.

– To w wiadrze to ambasadorka? – Mal’Shah zmarszczył brwi. – Dwie pieczenie na jednym ogniu. Tak u was mówią?

Cess splunęła w jego kierunku, ale ślina tylko zaskwierczała na złotej bańce.

– Niech ci czyrak na tyłku urośnie, krzywa mordo! Wypuść mnie!

– Wiedz, że zginiesz z ręki Mal’Shaha, Ostrza…

– Kogo to, to diabła, obchodzi?! – krzyknęła. – Pomocy!

Żołnierze robili, co mogli, ale na próżno. Sfera Południowca nie przepuszczała niczego i nikogo.

Rozpryski szkła znów się uniosły, poszybowały nad Mal’Shaha i połączyły się, formując wielki, błyszczący miecz. Ostrze wisiało na wyciągnięcie ręki i nietrudno było zgadnąć, gdzie opadnie.

Cess szarpnęła się mocniej.

– Zabieraj to paskudztwo!

To nie może się tak skończyć! Uśmiercona w wyniku zbiegu nieporozumień w zapyziałym królestwie przez durnia, który dostał wiadrem i się wściekł. To jakiś żart!

Ostrze drgnęło.

– Rozpołowię cię! – Szarooki wyszczerzył zęby.

Przerażona Cess rzuciła w niego wiadrem.

Uświadomiła sobie, co zrobiła, gdy ujrzała niezwykle zdziwiony wyraz czułek księżniczki, ale było za późno na poprawę. Wizja rychłej śmierci, każdego może wytrącić z równowagi.

W zetknięciu ze świetlistą energią wiadro pękło, za to dostojna maź przeleciała bez szwanku, wylądowała prosto na twarzy zaskoczonego Południowca i owinęła się wokół jego głowy.

Krzyknął, a przynajmniej próbował, ale z ust wyszło tylko kilka bąbelków powietrza, które natychmiast utknęły w galarecie.

– Bierz go, Zell! Oderwij mu głowę! – zawołała uradowana Cess. Księżniczka miała rację, mówiąc, że nie działa na nią magia. W końcu coś się udało na tym przeklętym balu!

Mal’Shah drapał Druzdainkę, wbijał w nią palce, ściskał i odrywał, ale śluz po prostu wracał na swoje miejsce. Macki i ochronna sfera zamigotały.

Cess nie potrzebowała wielkiej wyobraźni – której i tak nie miała – aby przewidzieć, co się stanie.

– Spadnę! – zawołała w kierunku osłupiałych strażników. – Łapcie mnie!

Wybałuszając oczy, południowiec padł na kolana, potem zadrgał i legł nieruchomo; złota energia rozpłynęła się z sykiem.

Z nadzieją na miękkie lądowanie Cess spadła z szelestem powiewających halek.

Grzmotnęła o posadzkę, aż jej zadzwoniły zęby.

„Czego ja się spodziewałam?”, zdążyła pomyśleć, nim zemdlała.

 

***

 

Gdy hrabina Pompon dochodziła do siebie, Zelienn udało się kolejny raz przybrać ludzką postać, więc, ku wielkiemu zadowoleniu króla i rozpaczy gurgumskich artystów, bezzwłocznie podpisano umowę handlową. Jeszcze tej nocy monarcha zaskoczył Cess, składając jej nieoczekiwaną wizytę i dość obcesowo żądając wyjaśnień na temat feralnego balu. Obecność potężnych strażników oraz ubranego na czarno osobnika, który najwyraźniej pełnił mało chwalebną funkcję kata, przekonała ją do gorączkowych, pospiesznych wyjaśnień. Król niewiele zrozumiał, na dodatek, słuchając bezsensownego potoku słów, dostał ogromnej migreny.

– Ścinamy? – spytał kat, zacierając dłonie.

Na szczęście, król zażyczył sobie wysłuchać Zelienn, która wstawiła się za swoją nową przyjaciółką i uratowała jej głowę przed katowskim pieńkiem.

Druzdainka zaprosiła Cess do odwiedzenia Migoczących Gór i zapewniła o wielkiej wdzięczności, z jaką spotka się ze strony jej ludu.

– Co tam pijecie? – spytała wtedy podejrzliwie Cess.

– Wodę i soki najsłodszych owoców. Na pewno ci posmakują! – odpowiedziała z uśmiechem księżniczka i Cess już wiedziała, że Migoczące Góry nie znajdą się na jej liście krain do odwiedzenia.

Koniec końców, król podziękował Cess, wręczył jej pokaźną sakiewkę, po czym klepnął w plecy i bezceremonialnie wykopał z zamku.

Przechodząc obok wypełnionych gośćmi karczm, usłyszała znajomy głos.

– Pomóc… księszniczko?

Dwójka żołnierzy w białych mundurach podtrzymywała trzeciego. Ich twarze wyraźnie wskazywały, że od ostatniego spotkania z Cess nie odstępowali butelek.

Pogroziła im palcem.

– Przestalibyście pić! Same moczymordy w tym królestwie! – Po czym ruszyła w dalszą drogę, mrucząc pod nosem: – I nie księżniczko, tylko hrabino. Z księżniczkami są tylko problemy.

 

***

 

W przeciwieństwie do ojczulka, który po wykopaniu ogromnego samorodka, przepił całe złoto w tydzień, Cess miała więcej rozsądku i rozważnie dysponowała królewską nagrodą.

Przepiła ją w dwa tygodnie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Bajkopisarz miesiąc temu
    Jeden komentarz do wszystkich trzech części.
    Bardzo dobre opowiadanie, takie jak lubię. Jest duża doza absurdu, ale unikasz zgrabnie bezsensu i to wszystko trzema się kupy. Bohaterowie są wiarygodni, zabawni i charakterni. Każdy ma swoje wady i zalety, nie są tacy jednowymiarowi. Humor też naturalny, niewymuszony.
    Wiadomo, że alkohol to wielki wróg ludzkości, więc trzeba go lać w mordę. Cess postępuje zatem nad wyraz słusznie.
  • Rafał Łoboda miesiąc temu
    Dziękuję, Bajkopisarzu.
    Szkoda, że mało kto tu daje swoje komentarze na temat opowiadań. Staram się tu wrzucać teksty już po poprawkach i zawsze liczę, że choć część piszących tutaj fantasy spojrzy na nie i coś napisze, albo chociaż wyniesie z nich jakiś pożytek (wtedy też będę ucieszony).
    Pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania