Przygody Cess: Bal, wiadro i niezwykle kłopotliwy ambasador (Część 2/3)

Szczera zatrzasnęła klamrę ostatniego pasa. Cess zadrżała, ale nie z chłodu. Leżała w samej bieliźnie na długim stole, a cztery silne rzemienie zaciskały się na jej kostkach i nadgarstkach. Jak ona się w to wpakowała? To przez gorzałę. Zdecydowanie przez gorzałę. Ani łyka więcej do końca życia!

– Czy to konieczne? – zapytała.

– To ostatni krzyk mody – odpowiedziała Miła, po czym zamieszała w kotle nad paleniskiem wielką chochlą. – Zwą to depilacją.

Szczera podparła biodra rękami i spojrzała krytycznie na owłosioną dziewczynę.

– Całe nogi? I pachy?

– Co będziemy żałować? – odpowiedziała Miła.

Wkrótce podłużny kawałek materiału zamoczony w dziwnym, ciepłym wywarze spoczął na udzie Cess.

– Całkiem miłe. Nawet łaskocze – powiedziała z zadowoleniem. Chyba polubi tę depilację.

Miła położyła kolejny pasek.

– Och, to odrobina miodu, wosku, masy cukrowej, takie tam. Pewnie chcesz się napić?

Zaczynało robić się o wiele przyjemniej. Prawdziwy relaks! Tylko po co te rzemienie do krępowania ruchów?

Szczera przytknęła butelkę do ust Cess i poczekała, aż przełknie.

– Gotowa?

To pytanie nie zwiastowało nic dobrego.

– Na co?

Wtedy Miła zerwała jeden z pasków i okna zatrzęsły się od krzyku.

 

***

 

– Koszmar… koszmar…

Cess uniosła drżącą ręką kubek z winem – jeden z wielu w ciągu ostatniej godziny – i głośno wyżłopała zawartość.

– Jeszcze!

Miła wyrwała jej naczynie z dłoni.

– Nie możesz się upić.

Cess otworzyła usta, by zaprotestować, ale zamknęła je bez słowa. Nie było sensu kłócić się z tymi oprawczyniami. Zresztą obiecały, że najgorsze już za nią, a maść na podrażnioną skórę, którą po długich przekonywaniach pozwoliła sobie nałożyć, rzeczywiście zadziałała. Teraz posadziły ją przed złoconym lustrem, podczas gdy same uwijały się przy jej twarzy z cienkimi pęsetami, pędzlami różnego rodzaju, flakonikami wypełnionymi miksturami, od których Cess kręciło się w nosie, i pojemnikami z tłustymi maściami.

Narzędzia tortur w królewskim lochu, uznała Cess, choć bliźniaczki upierały się, że takie usługi kosztują ogromne pieniądze.

– Zazdroszczę ci – rzekła Miła, wzdychając. – Idziesz na bal, zobaczysz króla i wielkie damy. Może nawet wpadniesz któremuś szlachcicowi w oko?

– Mam uwieść ambasadora Druzezu.

– Druzdainu – poprawiła Szczera, nakładając puder. – No, no. Nie lada kąsek. Druzdaini żyją w głębi Migoczących Gór. Pierwszy raz któryś z nich będzie gościł na dworze. Będziesz musiała się postarać. Każda niezamężna dama w Gurgumie ostrzy sobie na niego ząbki.

– Dopóki nie okaże się, że wygląda jak jaszczurka – zachichotała Miła. – To nieludzie. Muszą skrywać jakąś tajemnicę.

– Bzdura – odparła Szczera. – Są bardzo przystojni. Nie ruszaj się, bo rozmażę szminkę. Syn przyjaciółki siostry mojego wuja pracuje u handlarza na granicy i ich widział.

Cess coraz mniej podobał się pomysł z balem. Nieludzie to poważna sprawa.

– Może mają łuski pod ubraniami? – zapytała z obawą.

– Widzisz? – Szczera fuknęła na Miłą. – Tylko ją straszysz. Spokojnie, moja droga. Ambasador na pewno ci się spodoba. Gotowe. Teraz suknia i dodatki. Będziesz zadowolona.

 

***

 

– To naprawdę konieczne?

Cess stała z rozpostartymi rękoma, obserwując w lustrze, jak Miła przekłada sznurki przez dziurki, i zastanawiając się, po kiego diabła wkłada na siebie to… dziwactwo.

– Gorsety to ostatni krzyk mody na dworze – odparła Szczera, ustawiając się przed Cess i chwytając mocno jej przedramiona.

– Gotowa?

– Gotowa na…? – Pytanie pozostało niedokończone, gdyż Miła z całej siły pociągnęła za sznurek na plecach, co spowodowało, że gorset zacisnął się jak wnyki na łapie pechowej zwierzyny.

Cess otwarła szeroko usta, zabulgotała i szarpnęła się w panice, ale Szczera trzymała mocno.

– No i już – powiedziała Miła po zdającej się trwać w nieskończoność chwili.

– Ten się nada. Większych rozmiarów nie mamy. Zobacz. Pasuje idealnie – przytaknęła Szczera, następnie puściła przedramiona i odsunęła się, aby Cess mogła ujrzeć się w lustrze.

Było na co popatrzeć.

Napuchnięta, czerwona twarz, usta otwarte szeroko w desperackiej próbie złapania powietrza. Cess przypomniał się jeden wujek, ogromnej postury drwal, który wylewnie ściskał ją podczas każdej wizyty. Czuła wtedy, że jest gotów ją złamać swoim niedźwiedzim uściskiem. Zupełnie jak teraz gorset.

– Wszystko w porządku? – zapytała z troską Szczera.

– Za co… po co…? – wychrypiała, walcząc o łyk powietrza.

Miła wyszczerzyła białe zęby.

– Jak to po co? Dla mody, facetów i piękna! – Zmarszczyła brwi i chwyciła pędzelek. – Hmm, rozmazałaś makijaż. Cóż, siadaj na fotelu. Trzeba poprawić.

– O bogowie…

 

***

 

Do diabła, siedzenie w tym stroju było udręką! Fortugał wyginał się i jęczał, jakby zaklęto w nim dusze potępieńców, gorset uciskał brzuch, sztywne fiszbiny wpijały się w ciało, zgniatały i boleśnie ocierały.

Na dodatek bliźniaczki wcisnęły ją w cztery halki i pełną falbanek suknię o podobno kremowym kolorze, choć dla Cess jej barwa przypominała stare, pożółkłe prześcieradło. Do tego pończochy, długie rękawiczki i zupełnie idiotyczna pudrowana peruka. Koszmar.

Kiedy karoca podskakiwała na wybojach, cały strój przemieszczał się niby żywa istota, i to niezbyt zadowolona ze swego położenia. Ponadto było w nim zdecydowanie za gorąco. Cess bez przerwy machała koronkowym wachlarzem.

A najgorsze, że naprzeciw siedzieli Przyjemniaczek wraz z Mal’Sahem i wpatrywali się w nią jak para lisów w tłustą kurę.

Jedynym radosnym akcentem tego festiwalu tragizmu i próżności był fakt wybłagania od Miłej piersiówki z gorzałą tak mocną, że od samego zapachu prostowały się rzęsy. Spoczywała teraz bezpiecznie ukryta w dekolcie Cess i czekała, by ułatwić przeżycie tego zdumiewającego wieczoru.

– Załóż to. – Nallo pokazał pierścień z błyszczącym czerwonym kryształem.

– Piękny – westchnęła Cess.

– Będzie twój po wykonaniu zadania. Popatrz. Gdy tu naciśniesz, kamyk się odsuwa. Pod nim jest proszek, który wsypiesz ambasadorowi do kielicha. Zrobisz to i jesteśmy kwita.

Cess zmrużyła powieki.

– Mam wrażenie, że pakuję się w coś niebezpiecznego.

Szarooki z syknięciem dobył zakrzywionego sztyletu, ale Nallo położył mu dłoń na przedramieniu.

– Posłuchaj – zwrócił się do Cess. – Druzdaini to pradawna, dumna i smutna rasa. Król poprosił nas o pomoc. Chciałby, aby ambasador czuł się tu jak najlepiej, ponieważ wtedy podpisze korzystniejszą umowę handlową. Ten proszek to korzeń weselnicy. Poprawi ambasadorowi humor. Niestety, nie można mu tego tak zwyczajnie podać. Z pewnością rozumiesz dlaczego.

– Oczywiście – zapewniła. Nic nie rozumiała.

Nallo i tak kontynuował.

– Ambasador uznałby to za afront i nieuczciwą próbę wpłynięcia na negocjacje. Dlatego zyskasz jego zaufanie, po czym w odpowiednim momencie niepostrzeżenie wsypiesz mu proszek i załatwione. Dostaniesz dwieście koron, tak jak się umawiałaś za dostarczenie przesyłki, a nawet zachowasz stroje.

Cess nie bardzo wiedziała, co miałaby zrobić z tak bezużytecznymi fatałaszkami, ale wolała nie ryzykować gniewu Mal’Shaha.

– Nie widzę związku między zagubioną przesyłką a moim udziałem…

– To nieistotne. Skup się na zadaniu i wsyp ambasadorowi proszek.

– Jak mam to zrobić?

– Nie mogę wszystkiego wymyślać za ciebie. Najlepiej byłoby go uwieść. Potrafisz?

Cess prychnęła i przeczesała perukę dłonią.

– Proszę, panowie… szanujmy się. Wcześniej mężczyźni jedli mi z ręki, a teraz? Owinę tego ambasadora wokół łokcia!

– Palca – poprawił Nallo.

– Co, palca?

Przyjemniaczek westchnął.

– Dobrze. Poradzisz sobie. Spotkajcie się gdzieś na osobności i wykorzystaj okazję. Nie mów nikomu o swojej misji. Arystokraci mają długie języki, a nie chcemy, aby ambasador się o wszystkim dowiedział.

Koła stanęły. Woźnica zastukał trzykrotnie w ścianę powozu.

Nallo podał Cess złożoną karteczkę.

– Jesteśmy na miejscu. Tu masz zaproszenie, które pokażesz przy drzwiach. Od teraz jesteś hrabina Pompon.

– Pompon? To nie może być prawdziwe nazwisko!

– Pomponowie to ubodzy szlachcice z południa. Rzadko zjawiają się na dworze i prawie nikt ich nie zna. No już, wynoś się! I pamiętaj! My również będziemy na balu, więc będziesz obserwowana!

 

***

 

Strażnicy pilnujący wejścia wnikliwie studiowali kartkę z zaproszeniem, drudzy – już w głębi pałacu – ledwo ją przeczytali, a ostatnia para w błyszczących zbrojach po prostu uchyliła zdobione wrota.

Cess wkroczyła do środka i przystanęła, gapiąc się z szeroko otwartymi ustami. Ogromną salę balową wypełniał tłum kolorowych osobników, zupełnie jakby manekiny z gabinetu Flavia ożyły i przyszły tu na zabawę. Żonglerzy, połykacze ognia i błaźni krążyli między gośćmi, w oddali prześwitywały długie stoły uginające się od przysmaków, w kątach sali eleganccy muzycy wygrywali melodie, z kolei między bielonymi kolumnami lawirowali słudzy, roznosząc wino i zbierając puste kieliszki.

– W porządku – mruknęła Cess. Wyprostowała się i podniosła podbródek. – W porządku, psiakrew. Jestem hrabiną. – Zaśmiała się, chrząkając niczym prosię. – Ja, hrabiną? Pewnie. Któż się lepiej nadaje?

Wypudrowany mężczyzna w białej liberii i podobnej barwy peruce podszedł ze złoconą tacą.

– Wina? – zapytał.

Cess uniosła podejrzliwie jeden z kieliszków wypełnionych czerwonym trunkiem. Wyglądało lepiej niż cierpkie sikacze, do których przywykła.

– Po ile? Mogę na kreskę? Śmieszna sprawa, ale zapomniałam pieniędzy. Obiecuję oddać, słowo pos… słowo hrabiny! Jestem hrabiną! – Wskazała na swoją głowę. – Mam perukę. – Pochyliła się i dodała szeptem. – Bardzo droga. Hrabiowa… jest takie słowo?

Służący zachował kamienną twarz.

– Napoje są na koszt króla.

Zanim skończył wypowiadać ostatnie słowo, Cess już sięgała obiema dłońmi po kieliszki. Wypiła duszkiem pierwszy, potem drugi, odstawiła i chwyciła kolejną parę.

Sługa z trudem ratował rozchybotaną tacę przed upadkiem.

– To się sączy, droga pani – burknął.

Cess wciągnęła zawartość trzymanego kieliszka i uniosła z tacy ostatni pełny.

– Ten będę sączyć. Obiecuję. – Skłoniła się lekko, po czym zbeształa się za to w myślach. Przecież była hrabiną. Cudem parkietu i ozdobą tej sali. To przed nią powinno się klękać.

To było życie. Nallo miał rację – zapowiadało się, że spędzi naprawdę przyjemny wieczór. Musiała tylko odnaleźć ambasadora.

Weszła w rozweselony tłum wytwornych dam, których obszerne suknie rozkładały się na posadzce niczym ogromne kwiaty, i odzianych w wymyślne kaftany mężczyzn, próbujących na żadną nie nadepnąć. Wzrok Cess wędrował głównie od jednego kompletu drogocennej biżuterii do drugiego – kwestia starych nawyków. Na takie rzeczy polowała w swej krótkiej, lecz burzliwej, karierze włamywaczki.

Szła właśnie wzdłuż stołu zastawionego wymyślnymi specjałami, które, zdaniem Cess, świadczyły tylko o szaleństwie kucharza, kiedy zabrzęczał mały dzwoneczek, muzyka ucichła, a rozmowy zgasły.

– Szlachetne panie i panowie! Król zabierze głos!

Cess przystanęła za niezwykle okazałą damą w śnieżnobiałej sukni i połknęła zawartość kieliszka. Na szczęście natychmiast zjawił się ten sam służący co wcześniej i zaoferował świeżo zaopatrzoną tacę.

– Sączyć, tak? – mruknął.

Cess czym prędzej zabrała pełen wina kieliszek.

– Sio! – burknęła, po czym wskazała na perukę. – Nie napastuj hrabiny.

Gdy mężczyzna się odwrócił, klepnęła go złożonym wachlarzem w pośladki.

– Bezczelność – dodała.

Kilka dam zachichotało. Sługa zamarł, obciągnął kaftan i oddalił się sztywnym krokiem.

– Cśśś! – odwróciwszy głowę, syknęła szlachcianka w białej sukni.

– Sama cisiuj! – odparła Cess. – Tak przerywać królowi! Aż nie słychać, co mówi!

Podstarzały król ze spiczastą bródką zamilkł na chwilę i powiódł wzrokiem po tłumie.

– Powitać ambasadora Druzdainu… – podjął przemowę, trochę głośniej.

Cess zmrużyła oczy. Przy królu siedziała postać w luźnych szatach i z twarzą ukrytą pod szerokim kapturem.

Z pewnością ambasador. Cess z trudem, ale wyobraziła sobie, skryte pod kapturem przystojne rysy, wielkie oczy i kwadratową szczękę.

– No, mam nadzieję – mruknęła, wychylając kieliszek.

A jeśli Miła miała rację? Jeśli tam siedzi obrzydliwy troglodyta…

Do licha!

Tak czy inaczej, uwiedzie go, choćby miała wessać się mu w wargi jak pijawka!

Nagłym ruchem ambasador ściągnął kaptur, uwalniając mrowie złocistych loków.

– Księżniczka Zelienn, Kwiat Druzdainu! – dokończył król i zaczął gorączkowo klaskać. Goście westchnęli w zdumieniu i szoku.

„Oj, żartowniś z tego króla”, pomyślała Cess.

Widać, że chłop potrafi się bawić. Posadzić młodą, ładną dziewczynę i udawać, że to ambasador! Ha, ha! Poczucie humoru wyższych sfer.

Cess szturchnęła najbliższego szlachcica.

– Dobry żart, co nie? Dziewczyna. – Puściła oczko do mężczyzny, ale ten tylko stał z rozdziawioną gębą.

Marszcząc brwi, król zaklaskał mocniej, więc tłum również dołączył do aplauzu.

Cess czekała na pojawienie się prawdziwego ambasadora. Lada chwila… Król powie, że to taki figiel i wszyscy się zaśmieją… już, już, teraz… no, teraz?

Nic się nie wydarzyło.

Uśmiechnięta księżniczka kłaniała się z gracją, ludzie klaskali.

Mimo panującego ciepła lodowata fala obmyła Cess od stóp do głów. To nie mogła być prawda! Kobieta? Bogowie, co robić? Co robić, do diabła?!

Obejrzała się w panice, szukając wzrokiem nieznanego ratunku. Nagle dostrzegła Mal’Saha; stał niedaleko i patrzył wprost na nią. Odziany w czarne szaty obramowane srebrnymi wzorkami nie prezentował się zbyt elegancko. Każdy plebs już wpuszczają!

Wyszczerzyła zęby w krzywym uśmiechu.

Ciemnoskóry wskazał gestem w kierunku ambasadorki i dwukrotnie skinął głową, co skłoniło Cess do gwałtownego kręcenia głową na boki, co z kolei skłoniło południowca do powtórzenia znaków, wskazania na Cess i wymownego przejechania kantem dłoni po gardle.

Przesłanie było jasne – albo wykona zadanie, albo znajdzie zakrzywiony nóż w swojej szyi.

Z trudem utrzymując uśmiech, Cess nerwowo przytaknęła.

Goście wrócili do zabawy, rozmów i plotek, wypudrowane twarze drżały w uniesieniu, błyszczące oczy co rusz zerkały na księżniczkę Druzdainów.

Cess patrzyła, jak szarooki znika w tłumie, gdy nagle dostrzegła coś, co ożywiło nadzieję w jej sercu.

Przepchnęła się między damami i lordami, po czym chwyciła kolorowo ubranego jegomościa.

– Flavio! – syknęła, biorąc zdumionego krawca pod ramię i prowadząc za grubą kolumnę. Jakiś blondyn z kwadratową szczęką, z którym Flavio toczył wcześniej rozmowę, ruszył za nimi i marszcząc brwi, zbliżył się do Cess.

– Nic się nie dzieje, Oktav – powiedział Flavio. – No, no, moja droga. Wyglądasz niemal, jakbyś tu pasowała.

– Musisz mi pomóc.

– Och? Moja rola już…

– O nie! – warknęła Cess. – Przeżyłam twoje tortury, wyrwano mi wszystkie włosy i położono na twarz więcej pudru, niż widziałam w życiu, ledwo oddycham, a…

– Dobrze, już dobrze. O co chodzi?

Cess nachyliła się do ucha Flavio i wyszeptała konspiracyjnym tonem:

– Naucz mnie uwodzić dziewczęta.

– Że, przepraszam, jak?

– Muszę uwieść jedną ślicznotkę. Cycków przecież nie wystawię, bo – spojrzała na niego z wyrzutem – jak się okazało, nie mam! Więc, jak? Szeptać czułe słówka? Miziać po karku? Chuchać w uszko?

Flavio objął Oktava w pasie i przycisnął do siebie.

– Nie za bardzo ci pomogę, moja droga.

– Co? Czemu? Niech to szlag, Flavio, muszę…

Cess spojrzała na Flavio, na Oktava, znów na Flavio. Para zardzewiałych trybików w jej głowie drgnęła i obróciła się z najwyższym trudem.

– Ooo… – Cess rozszerzyła oczy, spoglądając na dwóch przytulonych mężczyzn. – Taka kombinacja.

Krawiec pokiwał głową.

– Tak więc życzę powodzenia i sądzę, że jeśli będziesz dobrej myśli, to…

– Zaraz, chwila! – Nagłym ruchem Cess zacisnęła dłoń na jego gardle. – Jesteś jedynym facetem, którego tutaj znam i robisz mi taki numer?! Wolisz spodnie miętosić, tak?

Flavio wybałuszył przekrwione oczy i zacharczał. Oktav otrząsnął się z zaskoczenia, chwycił dłoń Cess, stanowczo odsunął ją od szyi towarzysza i rzekł niskim, mocnym głosem:

– Panienka się uspokoi albo panienka dostanie po mordzie.

Cess trzepnęła go w pierś wachlarzem.

– Bałwan jeden z drugim! Poradzę sobie sama. – Uniosła wysoko podbródek. – Jak prawie nigdy! Czy jakoś tak…

Odeszła w stronę królewskiego stołu, przed którym zebrała się pokaźna grupa gapiów, i stanęła przy jednej z kolumn, skąd miała jako taki widok na piękną Zelienn.

Wydęła policzki. Jak to ugryźć?

Popatrzyła na boki i, upewniwszy się, że nikt jej nie obserwuje, sięgnęła za dekolt, by wyjąć piersiówkę. Problem staje się dopiero problemem, jeśli nie pomaga na niego hojny łyk gorzały.

Pociągnęła solidnie; mięśnie twarzy rozciągnęły się w różnorakich kierunkach, gardło na chwilę zapłonęło.

I wtedy dostrzegła, że księżniczka obserwuje ją z szerokim uśmiechem, po czym wstaje od stołu. Minąwszy zdziwionego króla, ambasadorka przemknęła między strażnikami, szlachcicami i służbą, a ludzie rozstępowali się przed nią jak myszy na widok kocura. Kilku osiłków w liberiach ruszyło dyskretnie za księżniczką, spoglądając na tłum z groźnymi minami. Muzycy przestali grać, rozmowy umilkły. Zapadła oszałamiająca cisza.

Cess uświadomiła sobie, że wciąż trzyma piersiówkę, więc czym prędzej ją schowała.

Zelienn płynęła przez salę z oczami utkwionymi w Cess, w której głowie rozbrzmiewało wielkie pytanie: co powiedzieć ambasadorce, gdy już podejdzie? To jedyna szansa, aby ją uwieść, zauroczyć, omotać. To musi być coś niesamowitego, oszałamiającego, coś godnego pieśni bardów, coś… zbijającego z nóg!

Walcząc z kompletną pustką w głowie, wysiliła pamięć, przypominając sobie, jak dawno temu jej starszy brat poderwał pewną szwaczkę. Jak to szło…? Jak to szło, do diabła!? Księżniczka z promiennym uśmiechem podeszła na wyciągnięcie ręki i właśnie otwierała usta, gdy Cess sobie przypomniała i, niewiele myśląc, wypaliła:

– Niezłe cycki!

Ktoś jęknął, inni westchnęli, dama w ogromnej peruce osunęła się zemdlona, potwierdzając, że te słowa rzeczywiście zbijały z nóg, gdzieś pękł upuszczony kieliszek, jeden z żonglerów zapomniał złapać pomarańczkę i dostał nią w łeb, ale nawet nie drgnął.

„Zaczynam podejrzewać”, pomyślała Cess, dostrzegłszy, jak pobladły król zaczyna sobie masować skronie, „że ja tu chyba nie pasuję”…

Księżniczka uniosła brwi, po czym zachichotała, rozejrzała się i zawołała:

– Skąd ta cisza okrutna, gospodarze najdrożsi? Muzyka!

Dziwne. Wcale nie wyglądała na taką smutną, jak to opisywał Przyjemniaczek.

Władca skinął drżącą ręką. Grajkowie podjęli melodię, rozmowy wybuchły ze zdwojoną siłą.

Księżniczka pochyliła się do Cess i szepnęła.

– O zaciszu komnaty marzę. Podążaj za mną, pani.

Potem ujęła jej rękę i poprowadziła do króla.

„Kto mógł przypuszczać, że tak działam na kobiety”, pomyślała zadowolona Cess. „To było całkiem proste”. Po drodze chwyciła ze stołu pusty kieliszek. Najważniejsze to pamiętać o misji. To odróżnia amatorów od profesjonalistów!

Zelienn szepnęła coś do władcy, który skinął głową.

– Momencik – powiedział, biorąc Cess za ramię i odchodząc z nią trzy kroki. – Kim jesteś, pani?

– Eee… hrabina Pompon – odparła Cess. Król nie wyglądał na zadowolonego, właściwie przypominał Nallo, kiedy tamten dowiedział się o utracie przesyłki. Strasznie nerwowi ludzie w tym mieście.

– Posłuchaj mnie. Nie wiem, co księżniczka w tobie widzi, ale gusta są różne. Masz ją zabawić.

– Och, rozbawię na pewno. – Cess poklepała czule jego dłoń. Biedak nawet przed nią grał swoją rolę. Ach, to oczywiste! Z pewnością nie wiedział, że to właśnie ona ma wsypać ambasadorce korzeń weselnicy!

Monarcha podniósł do oczu Cess wyprostowany palec.

– Jeśli spadnie jej choć włos z głowy to tobie spadnie cała głowa. I ostatnia sprawa. Król Druzdainu zabronił podawać jej jakichkolwiek trunków prócz wody, zrozumiałaś?

– Oczywiście, wasza mość. Proszę spojrzeć, to pusty kieliszek, tak sobie z nim chodzę. Nie mam żadnej gorzały. Żadnego wina. Ani kropelki.

Na szczęście, piersiówka spoczywała dobrze ukryta. Starcy i ich głupie zasady. Dziewczyna jest młoda – nic się nie stanie, jeśli odrobinkę wypije. A dwieście koron to zacna sumka.

– Hmm… idź już. Księżniczka czeka.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania