Rozdział 3
Dwa lata później Shouyo miał szesnaście lat i coraz trudniej było udawać, że wszystko jest w porządku. Z zewnątrz nadal pozostawał tym samym chłopakiem, którego nauczyciele pamiętali jako spokojnego, inteligentnego i zdyscyplinowanego ucznia, ale jego zachowanie zaczęło wyraźnie się zmieniać. Najpierw pojawiły się pojedyncze wagary. Potem całe dni, podczas których znikał ze szkoły bez wyjaśnienia. Zdarzało mu się wychodzić z domu późnym wieczorem i wracać dopiero nad ranem. Coraz częściej podejmował również ryzykowne decyzje, jakby granice, których wcześniej pilnował, przestały mieć dla niego większe znaczenie. Nie szukał przy tym rozgłosu ani uznania rówieśników. Nie robił tego po to, żeby ktoś go podziwiał. Ryzyko samo w sobie wydawało się dla niego interesujące. Chciał sprawdzać, jak daleko może się posunąć i jakie będą konsekwencje. Problem polegał na tym, że konsekwencje coraz rzadziej robiły na nim wrażenie.
Daichi i Akemi wiedzieli o jego zachowaniu, ale ich reakcje były dalekie od stanowczości. Oboje pamiętali dziecko, które stracili kilka lat wcześniej, i doskonale wiedzieli, jak wiele Shouyo przeszedł. W ich oczach część jego problemów była czymś, czego nie chcieli dodatkowo pogłębiać karami i presją. Kiedy szkoła kontaktowała się z nimi w sprawie kolejnych nieobecności, Akemi próbowała tłumaczyć, że chłopak potrzebuje czasu, a Daichi często powtarzał, że nie powinno się zapominać o tym, co spotkało go w dzieciństwie. W rezultacie Shouyo szybko zauważył, że większość jego zachowań nie spotyka się z konsekwencjami, których można by się spodziewać. Jeśli wracał późno, pytali, gdzie był. Jeśli opuszczał lekcje, prosili, żeby następnym razem tego nie robił. Jeśli podejmował ryzykowne decyzje, ostrzegali go, że może sobie zrobić krzywdę. Shouyo słuchał, odpowiadał, że rozumie, a potem robił to, co uważał za właściwe. Pobłażliwość rodziny nie sprawiła, że stał się bardziej otwarty. Przeciwnie. Dała mu większą swobodę w sprawdzaniu, jak daleko może przesuwać granice.
W szkole również coraz częściej pojawiały się problemy. Nauczyciele zauważali nieobecności, spóźnienia i nagłe spadki zaangażowania. Shouyo nadal potrafił osiągać bardzo dobre wyniki, kiedy tylko chciał, co dodatkowo utrudniało ocenę sytuacji. Nie był uczniem, który nie radził sobie z nauką. Był uczniem, który coraz częściej decydował, że nie ma ochoty się nią zajmować. Potrafił pojawić się na sprawdzianie bez przygotowania, napisać go niemal bezbłędnie, a następnego dnia opuścić połowę zajęć. Kiedy nauczyciel próbował z nim rozmawiać, chłopak nie podnosił głosu i nie okazywał buntu w typowy sposób. Odpowiadał spokojnie, przyjmował uwagi i obiecywał poprawę. Kilka dni później sytuacja wyglądała dokładnie tak samo.
Jedną z niewielu rzeczy, które pozostawały niezmienne, była obecność Emi Moriyamy. Przez ostatnie dwa lata jej zainteresowanie Shouyo nie osłabło. Wręcz przeciwnie. Im bardziej chłopak się odsuwał, tym silniej Emi chciała być częścią jego życia. Nie próbowała już tylko prowadzić z nim rozmów podczas przerw. Zaczęła pojawiać się obok niego przed lekcjami, po lekcjach i podczas drogi do domu. Jeśli wiedziała, o której wychodzi ze szkoły, czekała na niego przy bramie. Jeśli rano zauważyła go na ulicy, dołączała do niego. Czasami jechali razem busem, a kiedy pogoda na to pozwalała, wracali na rowerach. Emi traktowała te wspólne drogi jako coś wyjątkowego, nawet jeśli Shouyo postrzegał je zupełnie inaczej.
Pewnego chłodnego poranka Emi dogoniła go kilka ulic od szkoły.
— Shouyo!
Chłopak obejrzał się przez ramię.
— Co?
— Poczekaj.
— Przecież i tak idziesz w tę samą stronę.
— Wiem. Dlatego idę z tobą.
Shouyo wzruszył ramionami i ruszył dalej.
Emi zrównała się z nim.
— Spałeś dzisiaj w ogóle?
— Tak.
— Wyglądasz, jakbyś nie spał.
— To nie jest to samo.
— Wczoraj też wyglądałeś podobnie.
— Obserwujesz mnie?
Emi uśmiechnęła się lekko.
— Może.
— To dziwne.
— Dlaczego?
— Bo nie ma powodu.
— Dla mnie jest.
Shouyo spojrzał na nią przez chwilę, ale nic nie odpowiedział. Emi poczuła lekkie zakłopotanie, jednak szybko je ukryła. Z biegiem czasu coraz bardziej przyzwyczajała się do tego, że większość jej prób zwrócenia na siebie uwagi nie przynosiła oczekiwanej reakcji. Mimo to nie rezygnowała. Wierzyła, że jeśli będzie wystarczająco długo obecna w jego życiu, Shouyo w końcu zacznie patrzeć na nią inaczej.
Czasami wracali ze szkoły rowerami. Emi starała się jechać obok niego, choć Shouyo zwykle poruszał się szybciej. Innym razem jechali busem i siedzieli obok siebie, a Emi próbowała rozpoczynać rozmowy. Opowiadała o nauczycielach, o klasie, o rzeczach, które wydarzyły się podczas lekcji. Shouyo odpowiadał wtedy krótko, czasem zadawał jedno pytanie, ale nigdy nie inicjował takich rozmów sam. Dla Emi nawet te drobne momenty miały znaczenie. Zapamiętywała je, analizowała i wracała do nich później, szukając oznak, że może jednak zaczynał ją traktować inaczej.
Któregoś popołudnia, kiedy wysiedli z busa, Emi spojrzała na niego z wahaniem.
— Shouyo?
— Tak?
— Mogę cię o coś zapytać?
— Już pytasz.
— Bardzo śmieszne.
Chłopak nic nie odpowiedział.
— Lubisz spędzać ze mną czas?
Shouyo zastanowił się.
— Nie przeszkadza mi to.
Emi westchnęła.
— To nie jest odpowiedź.
— Jest.
— Dla ciebie może.
Shouyo spojrzał na nią spokojnie.
— Nie rozumiem, czego ode mnie oczekujesz.
Emi przez chwilę milczała.
— Chcę, żebyś czasami sam chciał ze mną być.
Shouyo patrzył na nią bez wyraźnej reakcji.
— Przecież jestem.
— Ale dlatego, że ja przychodzę.
— Tak.
Ta szczerość zabolała ją bardziej, niż się spodziewała.
Mimo wszystko następnego ranka znów czekała na niego przy drodze do szkoły.
Nie zauważała albo nie chciała zauważać, że jej przywiązanie stawało się coraz silniejsze, podczas gdy po stronie Shouyo nic podobnego nie było widoczne. Nie odrzucał jej wprost. Nie mówił, że ma odejść. Pozwalał jej być obok siebie, odpowiadał na pytania i czasami nawet prowadził z nią dłuższe rozmowy. Dla Emi było to wystarczające, żeby mieć nadzieję.
Dla Shouyo była to po prostu kolejna stała część jego codzienności.
Nie myślał o tym, co Emi do niego czuje. Nie zastanawiał się, dokąd zmierza ich relacja. Nie próbował jej celowo wykorzystywać, ale też nie widział powodu, żeby zmieniać jej zachowanie. Jej obecność była przewidywalna. Była kimś, kogo można było spotkać rano, w szkole i podczas drogi do domu. Z czasem Shouyo przyzwyczaił się do tego tak bardzo, że jej brak prawdopodobnie zwróciłby jego uwagę. Jednak przyzwyczajenie nie było dla niego tym samym co przywiązanie.
Emi nie potrafiła jeszcze tego rozróżnienia zaakceptować.
Każdego dnia szła obok niego trochę dłużej, rozmawiała trochę więcej i coraz mocniej wierzyła, że pewnego dnia Shouyo spojrzy na nią tak, jak ona patrzyła na niego.
Shouyo natomiast jechał obok niej z tym samym spokojnym wyrazem twarzy, nie pokazując niczego, co mogłoby dać jej pewność, że czuje to samo.
W wieku szesnastu lat Shouyo coraz częściej wdawał się w bójki. Nie wyglądało to jednak tak, jakby tracił nad sobą panowanie. Właściwie najbardziej niepokojące było to, że zazwyczaj pozostawał spokojny. Potrafił przez kilka dni obserwować konkretnego ucznia, zwracając uwagę na jego zachowanie, relacje z innymi i sposób reagowania na zaczepki. Potem wybierał moment, w którym konflikt miał największą szansę wyglądać jak przypadkowa sprzeczka. Nigdy nie działał pod wpływem nagłego impulsu. Zanim dochodziło do starcia, w jego głowie wszystko było już poukładane: co powie, kiedy się wycofa, komu nauczyciele uwierzą i jak przedstawić sytuację, żeby nie wyglądała tak, jak rzeczywiście się wydarzyła.
Pierwsza poważniejsza bójka miała miejsce podczas przerwy. Jeden z uczniów od kilku tygodni próbował sprowokować Shouyo, licząc na reakcję. Tego dnia w końcu mu się udało. Kilku innych uczniów widziało, jak chłopcy zaczynają się kłócić, a chwilę później nauczyciel dyżurujący rozdzielił ich od siebie. Shouyo nie protestował. Nie próbował przekonywać nauczyciela na korytarzu. Stał spokojnie i odpowiadał na pytania krótkimi zdaniami.
— Co się stało?
— Pokłóciliśmy się.
— Kto zaczął?
Shouyo zawahał się na moment.
— Nie wiem.
— Nie wiesz?
— Nie chcę powiedzieć czegoś, czego nie jestem pewien.
Odpowiedź brzmiała rozsądnie. Zbyt rozsądnie jak na ucznia, który przed chwilą brał udział w bójce.
Później wychowawca rozmawiał z każdym z chłopców osobno. Zeznania świadków były sprzeczne. Jedni twierdzili, że drugi uczeń zaczął prowokować. Inni pamiętali tylko końcową część konfliktu. Shouyo nie próbował nikogo przekonywać do swojej wersji. Pozwalał, żeby pozostali sami doszli do wniosków, które były dla niego korzystne.
Ostatecznie obaj otrzymali ostrzeżenie, a sprawa została zamknięta.
Kilka tygodni później doszło do kolejnego incydentu. Tym razem psycholog szkolny od razu zauważył, że coś się nie zgadza. Shouyo nie wyglądał na zaskoczonego, kiedy został wezwany do gabinetu.
— Wiedziałeś, że będziemy o tym rozmawiać?
— To było prawdopodobne.
— Dlaczego?
— Bójka była na terenie szkoły.
Psycholog przyglądał mu się uważnie.
— Nie wyglądasz na przejętego.
— Czy powinienem?
— Shouyo, to nie jest gra.
Chłopak spojrzał na niego spokojnie.
— Wiem.
— Mam wrażenie, że wszystko, co robisz, jest wcześniej przemyślane.
— Nie wszystko.
— Bójki też?
Shouyo milczał.
Psycholog nie naciskał. Widział już wcześniej, że chłopak potrafił przewidywać reakcje innych ludzi z niezwykłą dokładnością. Teraz zaczynało być jasne, że wykorzystywał tę umiejętność również podczas konfliktów.
Najbardziej niepokojące było to, że Shouyo nie sprawiał wrażenia kogoś, kto próbuje uniknąć kary ze strachu. On po prostu traktował konsekwencje jak element sytuacji, który należało przewidzieć.
W kolejnych tygodniach nauczyciele zaczęli zwracać na niego większą uwagę. Shouyo nadal potrafił wychodzić z trudnych sytuacji bez poważniejszych konsekwencji, ale coraz częściej ktoś zauważał, że jego zachowanie nie było przypadkowe. Zaczęto dostrzegać powtarzający się schemat: konflikt, spokojna reakcja, brak przyznania się do winy, przedstawienie faktów w sposób korzystny dla niego i pozorny brak zainteresowania całym wydarzeniem.
Pewnego dnia wychowawca powiedział mu wprost:
— Jesteś bardzo inteligentny, Shouyo.
Chłopak spojrzał na niego.
— Wiem.
— To nie był komplement.
— Rozumiem.
— Właśnie tego się obawiam.
Shouyo przez chwilę milczał.
— Czego?
— Że coraz częściej wykorzystujesz tę inteligencję nie po to, żeby rozwiązywać problemy, tylko żeby sprawiać, by inni nie mogli ci udowodnić, że je stworzyłeś.
Po raz pierwszy Shouyo nie odpowiedział od razu.
Nie dlatego, że zabrakło mu odpowiedzi.
Po prostu uznał, że nie ma potrzeby jej udzielać.
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
Loża VIP była oddzielona od reszty klubu ciężką aksamitną zasłoną, która pochłaniała dźwięk basu, zamieniając go w oddalne, regularne bicie. Shouyo siedział na skórzanej kanapie, z głową opartą o jej oparcie, obserwując Emi przez przymrużone powieki. Dziewczyna była pijana. Nie na umór – wciąż potrafiła sprawnie dosiąść się do niego, śmiejąc się z czegoś, co powiedział jej kolega z klasy – ale na tyle, by jej oczy błyszczały wilgotnie, a śmiech brzmiał za głośno, za beztrosko.
— Chodź tu — powiedział cicho, chwytając ją za nadgarstek.
Emi usłuchała natychmiast, jak zawsze. To było jedno z tych cech, które Shouyo cenił w niej najbardziej – ta gotowość podporządkowania się, ta wiara, że on wie lepiej. Dziewczyna podeszła bliżej, a on pociągnął ją za rękę, żeby usiadła mu na kolanach. Czuł jej ciepło przez materiał spodni, czuł szybkie bicie serca, które zawsze przyspieszało, gdy byli blisko. To fascynowało go bardziej niż ona sama. To fizyczne objawienie emocji, których on już nie doświadczał.
— Jesteś pijana — stwierdził, nie pytając.
— Trochę — przyznała, opierając czoło o jego ramię. — Ale z tobą czuję się bezpiecznie.
Bezpiecznie. Shouyo powtórzył to słowo w myślach, obracając je jak kamyk w dłoni. Dla niego było to puste pojęcie, pozbawione znaczenia, ale dla niej – dla niej było walutą, którą łatwo się handlowało. On dawał jej iluzję bezpieczeństwa, ona dawała mu to, czego potrzebował. To była uczciwa transakcja, przynajmniej w jego rozumieniu.
Pocałował ją. Nie dlatego, że pragnął jej bliskości – pragnął czegoś innego, czegoś fizycznego, zmysłowego, co na chwilę wypełniłoby pustkę. Jego usta były chłodne, nawet po whisky, która stała na stoliku obok. Emi odpowiedziała gorąco, nieskoordynowanie, z tą desperacką chęcią zadowolenia go, która zawsze go drażniła i jednocześnie podniecała.
Przesunął dłonie wzdłuż jej pleców, czując drżenie mięśni pod palcami. To było jak gra – obserwowanie reakcji, odkrywanie, który dotyk wywołuje który oddech. Emi była przezroczysta jak szkło. Każda jej emocja była widoczna, przewidywalna, łatwa do wykorzystania.
Jego dłonie powędrowały wyżej, do szyi. Poczuł puls, szybki, wierzbowy. Przesunął palce wokół jej gardła, nie ściskając jeszcze, tylko obejmując je dłońmi jakby w geście czułości. Emi nie protestowała. Wręcz przeciwnie – przycisnęła się do niego mocniej, wierząc, że to kolejny przejaw namiętności.
Shouyo nacisnął. Najpierw delikatnie, potem mocniej. Czuł, jak chrząstki i tkanki ustępują pod jego palcami, jak tchawica się zwęża. To było fascynujące uczucie – ta kontrola nad cudzym oddechem, ta władza absolutna. Emi sztywniała w jego ramionach, ale on kontynuował pocałunek, głęboko, metodycznie, jakby nic się nie działo. Czuł jej dłonie na swoich barkach, najpierw głaszczące, potem zaciskające się nerwowo.
— Shouyo... — wymamrotała przerywając pocałunek, gdy jego usta zjechały na jej szyję.
Nie odpowiedział. Był zajęty obserwowaniem, jak jej powieki drgają, jak źrenice się rozszerzają. To było interesujące – granica między przyjemnością a bólem okazywała się cienka, niemal niezauważalna. Chciał zobaczyć, gdzie się znajduje.
Nacisnął mocniej.
— Boli... — wyszeptała nagle, zgłuszając głos. — Za mocno... gardło...
Shouyo zatrzymał się. Spojrzał na swoje dłonie, jakby dopiero teraz je zauważył. Białe kłykcie, palce wtopione w jej skórę. Puścił natychmiast, mechanicznie, bez emocji. Emi odskoczyła od niego, przyciskając dłonie do szyi, kaszląc cicho. Jej oczy były wilgotne, ale nie z namiętności – z przerażenia.
— Przepraszam — powiedział Shouyo, ale jego głos brzmiał płasko, jakby recytował wiersz w obcym języku. — Nie zauważyłem, że tak mocno.
Emi patrzyła na niego, masując bolące gardło. W jej spojrzeniu było coś nowego – cień wątpliwości, pierwszy promień świadomości, że coś jest nie tak. Ale była pijana, była zakochana, była zindoktrynowana latami jego subtelnej manipulacji. Pokręciła głową, uśmiechając się słabo.
— Nic się nie stało... Po prostu... za mocno.
Shouyo kiwnął głową. Nie czuł ulgi, że jej nie zranił poważniej. Nie czuł winy, że sprawił jej ból. Czuł tylko... nic. Pustkę, która była jego stałym towarzyszem. Spojrzał na swoje dłonie – czyste, bez śladu, bez emocji.
— Powinnaś wypić wodę — zasugerował, sięgając po szklankę z lodem, która stała na stoliku. — Na gardło.
Emi wzięła szklankę, jej dłonie drżały. Shouyo obserwował ten drgawki z ciekawością naukowca obserwującego reakcję chemiczną. Nie pojmował, dlaczego ona się trzęsie. Przecież puścił, kiedy poprosiła. Przecież nie zrobił nic złego – przynajmniej w swoim rozumieniu. Granice były dla niego pojęciem abstrakcyjnym, narzuconym z zewnątrz, nie wewnętrznym kompasem.
— Myślałam, że... — zaczęła Emi, ale urwała.
— Że co?
— Że nie puścisz — szepnęła, nie patrząc mu w oczy.
Shouyo uśmiechnął się. To był uśmiech bez ciepła, ćwiczony przed lustrem lat temu, gdy jeszcze próbował naśladować normalność.
— Puszczę zawsze, kiedy poprosisz — powiedział, a jego głos miał ten kojący, terapeutyczny ton, który zawsze działał na nią najlepiej. — Przecież cię nie skrzywdzę.
Emi spojrzała na niego, szukając w jego oczach potwierdzenia. Ale Shouyo był mistrzem w ukrywaniu pustki. Jego spojrzenie było głębokie, tajemnicze, pozornie pełne emocji, których tam nigdy nie było. Dziewczyna odetchnęła z ulgą, przytulając się do niego z powrotem, choć teraz jej ciało było napięte, gotowe do ucieczki.
Shouyo objął ją, patrząc przez zasłonę na migające światła klubu. Czuł jej szybkie bicie serca pod swoją dłonią, którą położył na jej piersiach. To było interesujące – jak łatwo było przywrócić zaufanie po tym, jak się je niemal złamało. Jak elastyczna była ludzka wiara, jak chętna do samooszukiwania się.
Nie czuł do niej nienawiści. Nie czuł też miłości. Czuł tylko satysfakcję z dobrze wykonanego eksperymentu. Wiedział teraz, gdzie jest granica – nie fizyczna, ale emocjonalna. Wiedział, że może ją przekroczyć i wrócić, i nikt nie zauważy różnicy, dopóki on sam nie zdecyduje się pokazać kart.
Emi szeptała coś o miłości, o tym, jak bardzo mu ufa. Shouyo przytakiwał, gładząc ją po włosach, licząc w myślach uderzenia serca. Było szybkie, nieregularne, pełne strachu, który ona nazywała miłością.
On nie rozumiał różnicy. Dla niego oba uczucia były tylko reakcją biochemiczną, którą można wywołać i kontrolować. I kontrolował ją z chirurgiczną precyzją, nie zdając sobie sprawy – lub nie przejmując się tym – że gdzieś po drodze przestał być człowiekiem, a stał się obserwatorem, który bawi się dziewczynami, nie rozumiejąc, że one czują ból na serio.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania