Poprzednie częściRozdział 3

Rozdział 7

Czekając na sygnał od prokuratora. Telefon milczał. Musiałem wyjść z głowy Hegry’ego.

Z parkingu pod komendą dobiegł pisk opon i chaotyczne błyski kogutów. Wyjrzałem na dół. Mundurowi próbowali wyciągnąć z tyłu radiowozu dzieciaka, który kopał w drzwi tak mocno, jakby chciał je wyrwać z zawiasów. Piana na ustach, źrenice jak spodki. Zanim dociągnęli go do progu, jeden z nich już rzucał w stronę dyżurki: „Dzwoń po ambulans! Ten zaraz nam tu odleci!”. Patrzyłem, jak chłopak zwija się na asfalcie, wyrywając sobie garście włosów. To nie był zwykły zjazd. To efekt nowego syfu, który właśnie zalewał miasto.

Walnąłem dłonią w biurko. Nie było na co czekać. Jeśli to gówno lądowało na ulicach. Chwyciłem klucze i zbiegłem na dół.

Zszedłem do cel przejściowych. Spooner siedział tam, gdzie go zostawiłem – na twardej pryczy, z plecami opartymi o brudną ścianę. Wyglądał, jakby nie spał od tygodnia, ale w jego oczach wciąż tliła się ta specyficzna czujność gościa, który przeżył na ulicy wystarczająco długo, by widzieć rzeczy, o których nie piszą w gazetach.

Nie masz dla mnie dobrych wieści, co? — wycharczał, gdy stanąłem przy kratach. — Pracuję nad tym, Spooner. Ale port to teraz gorący teren. Właśnie dociągnęli na podjazd kogoś, kto próbował przegryźć własny język. Spooner zaśmiał się krótko, a potem zakaszlał, spluwając na beton. — Gorący? Adam, tam jest teraz piekło. To nie są już stare porządki, małe transporty i przymykanie oka na kontenery z elektroniką. Weszli nowi ludzie. Pachną chemią, której nie kupisz w drogerii, i krwią, która nie zdążyła zakrzepnąć.

Podszedł bliżej krat, obniżając głos tak, że ledwo go słyszałem pod buczeniem wentylacji. — Sprowadzają coś nowego. To nie jest zwykły proszek. Widziałem dzieciaki w dokach, które po jednej dawce tego syfu próbowały wyrywać sobie zęby gołymi rękami. To idzie grubymi partiami, Adam. Ktoś otworzył śluzę. — Kto za tym stoi? — Gdybym to wiedział, już dawno leżałbym na dnie zatoki. Uważaj na siebie. Ci od białego vana to przy nich przedszkole. Ci nowi nie chcą pieniędzy. Oni chcą tylko, żebyś zniknął.

Wyszedłem z bloku więziennego, czując na karku zimny dreszcz. Na tablicy w kanciapie miałem architekta z telefonem, a w porcie właśnie wykluwało się coś, co mogło spalić to miasto do fundamentów.

Mój ojciec rzadko wypowiadał moje imię. Kiedy już to robił, brzmiało jak wyrok. Siedzieliśmy przy kolacji, w tej samej głuchej ciszy, która wypełniała nasz dom od zawsze. On nie jadł, tylko obracał w palcach srebrny widelec.

Mogłem mieć dwanaście lat. Zapytałem go przy kolacji, dlaczego akurat Adam.

Odłożył widelec. Metaliczne uderzenie o porcelanę brzmiało jak przeładowanie broni. Spojrzał na mnie tak, jak patrzy się na rachunek, którego nie ma się zamiaru zapłacić.

— Bo to imię kogoś, kto został sam — powiedział krótko. — Matka chciała inaczej, ale nie zdążyła. Zostałeś ty i zostałem ja. Pierwszy człowiek w pustym świecie. Pasowało.

Potem wrócił do jedzenia, jakby właśnie podał mi prognozę pogody. Nie było w tym nienawiści, tylko ta jego wieczna, lodowata trzeźwość. Dla niego nie byłem synem. Byłem błędem w obliczeniach, przypomnieniem o bilansie, który zawsze wychodził na minus.

Wróciłem do rzeczywistości, ale pod powiekami wciąż czułem wzrok ojca.

Frank Hegry siedzący z telefonem o 20:10 miał w sobie tę samą martwą energię. Ten sam rodzaj ciszy, którą odgradzasz się od rozpadającego się świata. Mój ojciec milczał z żalu, ale Frank... Frank wyglądał, jakby studiował instrukcję obsługi nowej rzeczywistości.

Schowałem dłonie do kieszeni kurtki. Poczułem pod palcami szorstki materiał spodni. Ten sam, o który wycierałem ręce po prysznicu. Nieważne, czy Frank pociągnął za spust. Był takim samym oskarżycielem jak mój starzec. A ja miałem dość bycia dowodem w sprawach, w których nikt nie pytał mnie o zdanie.

Wbiłem wzrok w wydruk bilingów.

Wtorek (09:15): Katy: Będziesz na jodze? Sue: Tak. Weźmiesz materiały? Katy: Mam je w torbie. Środa (11:30): Katy: Ratchet był. Wszystko skończone. Sue: Kawa o 17:00? Katy: Tak! To nie było przypadkowe spotkanie. Sue wiedziała o tych materiałach i na nie czekała. Katy miała papiery, a Sue wiedziała, jak je przeczytać. Skoro w środę Ratchet skończył montować skrytkę, to Katy schowała tam oryginały zaraz po tym, jak spotkała się z Sue.

Wpisałem nazwisko w system. Sue Vance. Adres wyskoczył po sekundzie.

Spojrzałem na zegarek. Było późno, ale tacy ludzie jak Sue nie śpią spokojnie, gdy ich jedyna przyjaciółka ląduje w kostnicy. Chwyciłem kurtkę i wyszedłem z kanciapy. Musiałem z niej wycisnąć treść tych dokumentów, a potem wejść do willi i wyrwać oryginały z muru. Zanim Frank zorientuje się, że ta jego skrytka przestała być tajemnicą.Nocne miasto było puste i zimne. Jechałem fordem w stronę starej dzielnicy, czując na karku każdy nieprzeprany milimetr koszuli. Reflektory wycinały z mroku kolejne przecznice, a ja myślałem o Franku siedzącym na tym murku.Zatrzymałem się pod adresem Sue. Stara, odrapana czynszówka z oknami, które wyglądały jak ślepe oczy. W jednym oknie na trzecim piętrze paliło się słabe, żółte światło. Nie spała. Tak jak myślałem – strach to najlepszy budzik.

Wszedłem na górę. Klatka schodowa śmierdziała wilgocią i środkami czystości, które dawno przegrały walkę z brudem. Stanąłem pod numerem 12. Zapukałem – krótko, urzędowo. Żadnego dzwonka, tylko twarde uderzenie kostkami o drewno.

Usłyszałem kroki. Powolne, niepewne. — Kto tam? — głos był stłumiony, drżący. — Detektyw Adam. Musimy porozmawiać o Katy.

Zamek szczęknął dwukrotnie. Drzwi uchyliły się na szerokość łańcucha. Sue Vance wyglądała gorzej niż na zdjęciu sprzed dwunastu lat. Miała na sobie za duży sweter i oczy tak podkrążone, jakby od tygodnia nie robiła nic innego, tylko patrzyła w ciemność.Puściła łańcuch. Drzwi stanęły otworem. W mieszkaniu panował zaduch starego papieru i tytoniu. Na stole leżały rozłożone rzuty jakiegoś osiedla, a obok stała popielniczka pełna niedopałków. Sue usiadła przy stole, obejmując się ramionami, jakby było jej zimno od środka.

Patrzyłem na nią przez chwilę. Nie interesowała mnie historia ich przyjaźni. Potrzebowałem tylko jednego elementu tej układanki.

— Katy mówiła ci o schowku? — zapytałem wprost.

Sue drgnęła. Podniosła na mnie wzrok, w którym tliło się niedowierzanie. — Mówiła, że musi mieć miejsce, którego Frank nie znajdzie. Że on przeszukuje jej rzeczy, śledzi każdy wyciąg z konta. — Czyli potwierdzasz. Instalowała coś w sypialni. — Tak. W środę rano napisała mi, że „Ratchet skończył”. Cieszyła się jak dziecko. Powiedziała, że jeśli te materiały znikną z jej torebki, to znaczy, że są tam, gdzie on nie odważy się zajrzeć. Za jego własnym łóżkiem.

Wyciągnąłem telefon i nagrałem to zdanie. To był mój bilet wstępu do sypialni Hegry`ego.

— Dzięki, Sue. Tyle mi wystarczy — powiedziałem, chowając komórkę. — Ale to nie koniec. Rano wyślę po ciebie wóz. Zapraszam na oficjalne przesłuchanie. Musimy to mieć w protokole.

Pokiwała głową mechanicznie, wciąż wpatrzona w pusty blat. Wyszedłem, zostawiając ją w tej żółtej poświacie. Czułem, jak adrenalina zaczyna krążyć mi w żyłach. Ratchet nie kłamał. Frank na monitoringu o 20:10 nie sprawdzał notowań giełdowych. On wiedział, że ona coś tam ma, ale nie wiedział, czy zdążyła to stamtąd zabrać przed śmiercią.

Wsiadłem do forda. Czas zajrzeć za to łóżko.Wyciągnąłem komórkę i wybrałem numer Owensa. Odebrał po drugim sygnale. Głos miał zachrypnięty, jakby przed chwilą wypluł płuca do popielniczki. — Adam, jest czwarta rano. Mam nadzieję, że masz zwłoki Franka w bagażniku. — Mam coś lepszego, kapitanie. Sue Vance. Architektka, przyjaciółka Katy. Bilingi potwierdzają, że spotkały się w środę, zaraz po tym, jak Ratchet skończył montować skrytkę. Sue wiedziała o papierach. To ona była ich „certyfikatem jakości”. Owens milczał chwilę. Słyszałem tylko jego ciężki oddech. — Wiedziała o dokumentach? To znaczy, że wersja Ratcheta o „fundamentach” to nie są majaki ćpuna. — Dokładnie. Jadę do niej teraz. Jeśli potwierdzi, że widziała te dzienniki budowy, nie będziemy potrzebować uprzejmości Hegry’ego. Wejdziemy tam z buta. — Rób to szybko, Adam. Prokurator zaczyna pytać, dlaczego ten raport z poru wciąż nie jest zamknięty.

Rozłączyłem się. Rzuciłem telefon na siedzenie pasażera.

Zgasiłem silnik forda kilkaset metrów przed bramą. Willa Hegry’ego wyglądała w mroku jak zimny, marmurowy kloc. Czułem, jak adrenalina, która trzymała mnie za gardło u Sue, nagle puszcza, zostawiając tylko drżenie rąk i piasek pod powiekami. Oparłem głowę o zagłówek. Tylko na chwilę. Pięć minut, żeby przestać słyszeć puls w uszach.

Obudziło mnie słońce rąbiące prosto w oczy przez przednią szybę. Zerwałem się, uderzając kolanem w kierownicę, a ból w karku niemal pozbawił mnie tchu. Przekląłem pod nosem, patrząc na zegarek. Siódma rano. Przespałem dwie godziny w metalowej puszce jak ostatni menel. Jeśli Frank wstał o świcie, to skrytka mogła być już pusta.Słońce pali mnie w oczy, a ból w karku przypomina o każdej godzinie bez snu. Patrzę na zegarek – siódma rano. Przeklinam pod nosem, czując, jak żołądek wywraca mi się na drugą stronę.

Willa Hegry’ego nie jest już mrocznym klockiem. Teraz lśni w słońcu jak wypolerowany monument władzy. Brama jest zamknięta, ale przed podjazdem widzę ruch. Czarny Mercedes Barnesa parkuje przed wejściem. Frank nie jest sam. Są we dwóch. Planują kolejny ruch, podczas gdy ja gapię się na nich z wnętrza starego forda, pachnąc portem i porażką.

Moje „nieistnienie” właśnie przegrało z biochemią organizmu.

Nie mogę tam wejść. Nie teraz, gdy dom jest pełen ludzi, a Barnes tylko czeka na mój najmniejszy błąd, by oskarżyć mnie o nękanie klienta w żałobie. Jeśli wejdę bez nakazu w biały dzień, Owens nie będzie miał wyjścia – zdejmie mi odznakę na wycieraczce Hegry’ego.

Uderzam otwartą dłonią w kierownicę. Nie z wściekłości, a żeby się dobudzić. — Myśl, Adam. Analizuj — syczę do siebie.

Wyszedłem z bloku więziennego, czując na karku zimny dreszcz. Na tablicy w kanciapie miałem architekta z telefonem, a w porcie właśnie wykluwało się coś, co mogło spalić to miasto do fundamentów.

Mój ojciec rzadko wypowiadał moje imię. Kiedy już to robił, brzmiało jak wyrok. Siedzieliśmy przy kolacji w tej samej głuchej ciszy, która wypełniała nasz dom od zawsze. On nie jadł, tylko obracał w palcach srebrny widelec. Mogłem mieć dwanaście lat, gdy zapytałem, dlaczego akurat Adam.

Odłożył widelec. Metaliczne uderzenie o porcelanę brzmiało jak przeładowanie broni. Spojrzał na mnie tak, jak patrzy się na rachunek, którego nie ma się zamiaru zapłacić.

— Bo to imię kogoś, kto został sam — powiedział krótko. — Matka chciała inaczej, ale nie zdążyła. Zostałeś ty i zostałem ja. Pierwszy człowiek w pustym świecie. Pasowało.

Potem wrócił do jedzenia, jakby właśnie podał prognozę pogody. Nie było w tym nienawiści, tylko ta jego wieczna, lodowata trzeźwość. Dla niego nie byłem synem. Byłem błędem w obliczeniach, przypomnieniem o bilansie, który zawsze wychodził na minus.

Wróciłem do rzeczywistości, ale pod powiekami wciąż czułem wzrok ojca. Frank Hegry siedzący z telefonem o 20:10 miał w sobie tę samą martwą energię. Ten sam rodzaj ciszy, którą odgradzasz się od rozpadającego się świata. Ojciec milczał z żalu, ale Frank... Frank wyglądał, jakby studiował instrukcję obsługi nowej rzeczywistości.

Wbiłem wzrok w wydruk bilingów.

Wtorek (09:15): Katy pyta Sue o jogę i materiały w torbie.

Środa (11:30): Katy pisze: „Ratchet był. Wszystko skończone”.

To nie było przypadkowe spotkanie. Sue wiedziała o tych materiałach i na nie czekała. Skoro w środę Ratchet skończył montować skrytkę, Katy schowała tam oryginały zaraz po rozmowie z przyjaciółką. Wpisałem nazwisko w system. Sue Vance. Adres wyskoczył po sekundzie.

Było późno, ale tacy ludzie jak Sue nie śpią spokojnie, gdy ich jedyna przyjaciółka ląduje w kostnicy. Chwyciłem kurtkę i wyszedłem z kanciapy. Musiałem wycisnąć z niej treść dokumentów, a potem wyrwać oryginały z muru, zanim Frank zorientuje się, że skrytka przestała być tajemnicą.

Nocne miasto było puste i zimne. Jechałem Fordem Victorią w stronę starej dzielnicy, czując na karku każdy nieprzeprany milimetr koszuli. Reflektory wycinały z mroku kolejne przecznice. Zatrzymałem się pod adresem Sue. Stara, odrapana czynszówka z oknami, które wyglądały jak ślepe oczy. W oknie na trzecim piętrze paliło się słabe, żółte światło. Nie spała. Strach to najlepszy budzik.

Klatka schodowa śmierdziała wilgocią i środkami czystości, które dawno przegrały walkę z brudem. Stanąłem pod numerem dwunastym. Zapukałem – krótko, urzędowo. Twarde uderzenie kostkami o drewno.

— Kto tam? — głos był stłumiony, drżący.

— Detektyw Adam. Musimy porozmawiać o Katy.

Zamek szczęknął dwukrotnie. Sue Vance miała na sobie za duży sweter i oczy tak podkrążone, jakby od tygodnia patrzyła tylko w ciemność. Puściła łańcuch. W mieszkaniu panował zaduch starego papieru i tytoniu. Na stole leżały rozłożone rzuty osiedla. Sue usiadła, obejmując się ramionami.

— Katy mówiła ci o schowku? — zapytałem wprost.

Sue drgnęła.

— Mówiła, że musi mieć miejsce, którego Frank nie znajdzie. Że on przeszukuje jej rzeczy, śledzi każdy wyciąg z konta.

— Czyli potwierdzasz. Instalowała coś w sypialni.

— Tak. W środę rano napisała, że „Ratchet skończył”. Cieszyła się jak dziecko. Powiedziała, że jeśli te materiały znikną z jej torebki, to znaczy, że są tam, gdzie on nie odważy się zajrzeć. Za jego własnym łóżkiem.

Wyciągnąłem telefon i nagrałem to zdanie. To był mój bilet wstępu do sypialni Hegry`ego.

— Dzięki, Sue. Tyle mi wystarczy. Rano wyślę po ciebie wóz. Zapraszam na oficjalne przesłuchanie. Musimy mieć to w protokole.

Wyszedłem, czując adrenalinę. Frank na monitoringu o 20:10 nie sprawdzał notowań giełdowych. Wiedział, że ona coś ma, ale nie wiedział, czy zdążyła to schować przed śmiercią. Wsiadłem do auta i wybrałem numer Owensa. Odebrał po drugim sygnale, głosem zachrypniętym jak po wypluciu płuc do popielniczki.

— Adam, jest czwarta rano. Mam nadzieję, że masz zwłoki Franka w bagażniku.

— Mam coś lepszego, kapitanie. Sue Vance. Przyjaciółka Katy. Potwierdziła skrytkę. Sue wiedziała o papierach, to ona była ich „certyfikatem jakości”.

Owens milczał chwilę.

— Wiedziała o dokumentach? To znaczy, że wersja Ratcheta o „fundamentach” to nie są majaki ćpuna.

— Dokładnie. Właśnie od niej wyszedłem. Jeśli rano potwierdzi protokół, nie będziemy potrzebować uprzejmości Hegry’ego. Wejdziemy tam z buta.

Zgasiłem silnik kilkaset metrów przed bramą rezydencji. Willa wyglądała w mroku jak zimny, marmurowy kloc. Oparłem głowę o zagłówek. Tylko na chwilę. Pięć minut, żeby przestać słyszeć puls w uszach.

Obudziło mnie słońce rąbiące prosto w oczy. Zerwałem się, uderzając kolanem w kierownicę. Siódma rano. Przespałem dwie godziny w metalowej puszce jak ostatni menel. Jeśli Frank wstał o świcie, skrytka mogła być już pusta.

Willa lśniła w słońcu jak wypolerowany monument władzy. Przed podjazdem widziałem ruch. Czarny Mercedes Barnesa parkował przed wejściem. Frank nie był sam. Są we dwóch. Planują kolejny ruch, podczas gdy ja gapię się na nich z wnętrza starego Forda, pachnąc porażką. Moje „nieistnienie” właśnie przegrało z biochemią organizmu.

Nie mogę tam wejść. Nie teraz, gdy dom jest pełen ludzi, a Barnes tylko czeka na błąd, by oskarżyć mnie o nękanie. Jeśli wejdę bez nakazu w biały dzień, Owens zdejmie mi odznakę na wycieraczce Hegry’ego. Uderzyłem dłonią w kierownicę. Nie z wściekłości, a żeby się dobudzić.

— Myśl, Adam. Analizuj — syknąłem do siebie.

Frank jest w środku. Barnes jest w środku. Jeśli Ratchet nie kłamał, kasetka wciąż tam jest, ale teraz dostęp odcina mur procedur. Muszę ich stamtąd wyciągnąć. Albo sprawić, by sami przynieśli mi te dowody. Wycofałem się z ulicy, zanim ochrona posiadłości zainteresowała się stojącą zbyt długo Victorią. Nie uciekałem. Robiłem miejsce na scenę, której Frank się nie spodziewa. Zamiast włamywać się do sypialni, muszę uderzyć w to, co kocha najbardziej: w poczucie kontroli nad czasem.

Wjechałem na parking pod komendą o 7:45. Mark stał przy wejściu, patrząc na budzące się miasto.

— Wyglądasz jak gówno, młody — rzucił, nie odwracając głowy.

— Bo czuję się jak gówno, Mark. Ale mam nagranie Sue. Potwierdziła skrytkę. Frank kłamał w sprawie materiałów Katy.

Mark wyrzucił niedopałek.

— To idź do Owensa. I módl się, żeby kawa, którą pije, była wyjątkowo mocna. Bo to, co zamierzasz zrobić, to już nie jest śledztwo. To jest oblężenie.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania