Rozdział 4
ROZDZIAŁ 4
Stoję przy oknie, opierając czoło o chłodną szybę. Z mojego poddasza miasto wygląda jak makieta, nad którą ktoś stracił kontrolę. Ale nie dla Franka. Dla niego to plac budowy, na którym wciąż próbuje ugrać swoje. Gdzieś na horyzoncie, w niedalekim sąsiedztwie domu Franka, majaczy las żurawi. To szkielet przyszłego Centrum Rozwoju. Frank ma obsesję na punkcie tego miejsca. W kuluarach mówi się już o nazwie „Hegry Arena”, choć na razie to tylko beton i stalowe zbrojenia. To ma być jego przepustka do nieśmiertelności, dowód na to, że potrafi nagiąć miasto do swojej woli.
Ludzie na Wzgórzach, gdzie Frank stawia te swoje luksusowe klatki, nie widzą zbrodni. Widzą jedynie błędy w estetyce. Tam płoty są zbyt wysokie, by sąsiedzi mogli zaglądać sobie w talerze, a jedynym dźwiękiem jest szum automatycznych zraszaczy. Wiem, jak to działa. A Frank Hegry nie jest wszechmocny. Jeśli on upadnie, projekty złapią zadyszkę, a kilku polityków będzie musiało tłumaczyć się z funduszy. To dlatego mecenas śmiał mi się w twarz. Nie bronił bóstwa, bronił interesu.
Wracam do stołu i patrzę na stertę papierów. Kopia planu zagospodarowania Wzgórz. Każda linia, każdy detal architektury ogrodu – wszystko wydaje się idealnie zaplanowane. Ale w tej matematycznej precyzji Franka nie było martwej żony. Patrzę na te wszystkie papiery, aż litery zaczynają mi pływać przed oczami. Zasłaniam rolety. Kładę się na łóżku w ubraniu. Powinienem spać, ale sufit na poddaszu wydaje się dzisiaj dziwnie nisko.
W tej ciszy wraca do mnie ten jeden konkretny wieczór. Nic wielkiego się wtedy nie stało i może właśnie dlatego tak mocno we mnie siedzi. Mam dziesięć lat. Siedzę na podłodze w korytarzu, a ojciec przechodzi obok mnie do kuchni. Niosę za nim swój rysunek – nie po to, żeby go oceniał, po prostu chciałem, żeby wiedział, że jestem. Że coś robię. Podchodzę do niego, gdy nalewa sobie wody z kranu. Wyciągam rękę z kartką. On nawet na nią nie patrzy. Odstawia szklankę, wyciera usta wierzchem dłoni i patrzy przez okno na ciemne podwórze.
— Zjedz coś i idź spać, Adam. Rano trzeba wstać — mówi do szyby, nie do mnie.
Kartka zwisa mi z ręki. Nie ma żadnego krzyku. Jest tylko ta cholerna pustka. Ojciec nie jest zły, nie jest sadystą. Jest po prostu pusty w środku, a ja jestem dla niego elementem wyposażenia domu, który trzeba nakarmić i położyć spać. Moje rysunki, moje emocje, moje starania – to dla niego szum, którego nie potrafi i nie chce odszyfrować. Wychodzi z kuchni, ocierając się udem o moje ramię, jakby mijał szafę w przedpokoju. Zostaję sam w świetle nidomknietej lodówki, patrząc na swój rysunek, który nagle stał się tylko kawałkiem papieru z bazgrołami. To wtedy zrozumiałem, że w tym domu możesz krzyczeć, a głos i tak uwięźnie w krtani każde wezwanie pomocy odbiję się echem od pożółkłej tapety na ścianach i wróci jak list bez adresata.
Gwałtownie otwieram oczy. Na poddaszu jest duszno. To dlatego tak bardzo nienawidzę Franka. Nie dlatego, że jest „zły”, ale dlatego, że on też patrzy przez ludzi, a nie na nich. W pokoju przesłuchań widziałem w jego oczach to samo, co u ojca przy tamtym zlewie – całkowitą, lodowatą obojętność na fakt, że ktoś przed nim stoi i czegoś od niego chce. Frank buduje stadiony, mój ojciec tylko trwał, ale obaj opanowali do perfekcji sztukę sprawiania, by inni czuli się niewidzialni. Użyłem kłamstwa, bo desperacko chciałem, żeby Frank mnie zauważył. Żeby poczuł strach, gniew, cokolwiek, co wyciągnie go z tej jego wieży. Ale on tylko wygładził mankiet i wyszedł, zostawiając mnie z moim blefem, jak dziesięciolatka z rysunkiem.
Wstaję. Jest piąta rano. Powietrze na poddaszu jest gęste, przesycone zapachem starego papieru i niedopitej kawy. Nie jadę do Grega, nie jadę na komendę. Koła forda same prowadzą mnie w stronę dzielnicy, gdzie drzewa są przycięte od linijki, a cisza wydaje się nienaturalnie kosztowna. Nie jadę tam, żeby opowiadać o tatusiu. Jadę zapytać, jak przestać widzieć we Franku twarz faceta, który nigdy na mnie nie spojrzał.
Zanim słońce na dobre przebije się przez smog, parkuję przed niepozornym budynkiem z piaskowca. To miejsce nie krzyczy o swoim przeznaczeniu. Nie ma tu policyjnych kogutów, nikt nie zakuwa nikogo w kajdanki. Jest tylko chłód poranka i dyskretny luksus odcięcia się od świata. Wysiadam z auta. Moje kroki niosą się echem po pustym chodniku. Zatrzymuję się przed ciężkimi, dębowymi drzwiami. Tuż obok nich, na wysokości moich oczu, błyszczy mosiężna tabliczka:
Dr Evelyn Reed Psychiatra
W świecie mojego ojca nie było miejsca na psychologię. Mój ojciec nie był gliną. Był prostym człowiekiem, którego śmierć matki zniszczyła doszczętnie. Widziałem, jak z każdym rokiem zapada się w sobie, jak jego ciało szarzeje, a umysł zamienia się w mauzoleum poświęcone kobiecie, której twarz widział w moich rysach. Dla niego ból był jedynym paliwem. Wizyta u psychiatry byłaby dla niego przyznaniem się, że ta żałoba jest chorobą, którą można wyleczyć. A on nie chciał się leczyć. Chciał gnić razem z pamięcią o niej.
Ja przychodzę tu dobrowolnie. Naciskam klamkę. Cichy klik mechanizmu brzmi w tej porannej ciszy jak przeładowanie broni. Reed to jedyny człowiek, któremu płacę za to, by patrzył na moją maskę i mówił mi, gdzie zaczynają się pęknięcia.
— Znowu ten sen? — pyta doktor, nie podnosząc wzroku znad notatnika.
— Nie przyszedłem rozmawiać o snach, pani doktor. Mam sprawę. Architekt. Perfekcyjny system, który ktoś roztrzaskał — odpowiadam, wpatrując się w martwą naturę na ścianie.
— Mówisz o sprawie, żeby nie mówić o sobie, Adamie. Projektujesz swój niepokój na Franka. Dlaczego on cię tak dręczy? Czy dlatego, że we Franku widzisz kogoś, kto tak jak twój ojciec, pozwolił, by jedna śmierć zdefiniowała cały jego świat?
Łańcuch na mojej krtani zaciska się o milimetr mocniej. Wstaję. Nie potrzebuję analizy.
— Czas minął, pani doktor.
— Adam — Reed zatrzymuje mnie przy drzwiach. — Jeśli Frank faktycznie zaprojektował ten swój „system”, to przewidział też kogoś takiego jak ty. Kogoś, kto będzie szukał emocji tam, gdzie są tylko liczby.
Wychodzę na powietrze. Słowa o szukaniu emocji tam, gdzie są tylko liczby, zostają pod moją skórą jak drzazga. Jadę w stronę komendy, wybierając objazd przez bulwar przy nowym projekcie. Zatrzymuję się pod gigantycznym betonowym szkieletem Centrum Rozwoju. Z bliska ta konstrukcja nie jest już majestatyczna. Jest agresywna. Widzę robotnika w odblaskowej kamizelce, który siedzi na krawężniku i pali papierosa. Patrzy na to wszystko tak, jak patrzy się na potwora, którego samemu się wykarmiło. Wtedy to widzę. Na jednym z betonowych filarów biegnie rysa. Cienka jak włos, ale długa na dwa metry. Tutaj, w wizji Franka, wygląda jak krzyk.
Zjeżdżam na parking przy komendzie. W windzie spotykam Owensa. Nie patrzy na mnie.
— Frank, złożył oficjalną skargę ,Adam — rzuca Owens. — Chce przeprosin za „nieuzasadnione zatrzymanie”. Jeśli do wieczora nie będzie konkretów,, sprawa idzie do archiwum jako napad na tle rabunkowym.
— Napad? W domu, gdzie nic nie zginęło?
— Zginęła kobieta, Adam. To im wystarczy, żeby zamknąć statystyki.
Przeklinam w duchu moją nieudolną próbę,potrzebuje pomocy twardych podstaw.Punktu zaczepienia.koniec z kowbojowaniem,jeśli mam wygrać potrzebuje najlepszego partnera. Na moje szczęście najlepsze czeka na Mnie w piwnicy murów komendy.Idę do podziemi, do Grega. On stoi nad modelem z masy balistycznej.
— Kaliber dziewięć milimetrów — mruczy Greg. — Pocisk był zdeformowany jeszcze przed uderzeniem. Ten pistolet to złom, Adam. Mechanizm, który ledwo zadziałał. Brak łuski sugeruje rewolwer w kiepskim stanie. Szukasz czegoś z czarnego rynku. I Adam... ten syf z płatka. To specjalistyczna mieszanka do wirników dronów przemysłowych.
Wychodzę z laboratorium w analizując wszystko raz jeszcze w drodze na parking,w połowie drogi do samochodu dogania mnie Owens.— Adam, ty chyba nie rozumiesz, w jakim bagnie stoisz — syczy. — Barnes chce twojej odznaki na tacy. Jeśli do jutra rana nie będę miał na stole nic twardego, oddajesz broń. Zrozumiałeś?! — wykrzykuje przez ramię .
Przypominam sobie słowa Marka z dawnych patroli: „Twoim zadaniem jest znaleźć pęknięcie i włożyć w nie palec, aż wszystko się rozpadnie”
Mark był moją osią. To on uczył mnie, jak przekuć winę w narzędzie. Otwieram oczy. Owens myśli, że mnie złamał. Frank myśli, że mnie uciszył. Ale oni nie wiedzą, że ja w milczeniu spędziłem całe życie.
Nie patrząc na nikogo. Wsiadam do Forda i ruszam w stronę portu. Miasto za szybą rozmywa się w deszczu, stając się zbiorem bezkształtnych świateł. Zatrzymuję się trzy przecznice przed „The Roadkill” – barem, o którym mówił Spooner. To miejsce, gdzie policja zagląda tylko wtedy, gdy musi wezwać koronera.
Parkuję w cieniu starego magazynu, z dala od latarni, która miarowo mruga, jakby dogorywała. Wyłączam silnik. W kabinie zapada ta sama ciężka cisza, którą pamiętam z kolacji z ojcem. Sięgam na tylne siedzenie. Wyciągam ciemną, bawełnianą czapkę i naciągam ją nisko na czoło. Odznaka ląduje w schowku – teraz byłaby tylko tarczą strzelniczą.
Patrzę w lusterko. Moje oczy są zimne. Nie szukam już akceptacji Owensa. Szukam pęknięcia.
Wychodzę z auta, zamykam drzwi bezgłośnie. Podnoszę kołnierz kurtki i ruszam w stronę neonu, który ledwo dycha nad wejściem do baru “The Roadkill” .
Komentarze (1)
"To wtedy zrozumiałem, że w tym domu możesz krzyczeć, a głos i tak uwięźnie w krtani każde wezwanie pomocy odbiję się echem od pożółkłej tapety na ścianach i wróci jak list bez adresata. "- tutaj należałby podzielić to zdecydowanie zbyt długie zdanie. To wtedy zrozumiałem, że w tym domu możesz krzyczeć, a głos i tak uwięźnie w krtani. Każde wezwanie pomocy odbiję się echem od pożółkłej tapety na ścianach i wróci jak list bez adresata.
"Punktu zaczepienia.koniec z kowbojowaniem,jeśli mam wygrać potrzebuje najlepszego partnera. Na moje szczęście najlepsze czeka na Mnie w piwnicy murów komendy.Idę do podziemi, do Grega. On stoi nad modelem z masy balistycznej." - popraw sobie brakujące spacje i przecinki.
"Jeśli do wieczora nie będzie konkretów,, sprawa idzie do archiwum jako napad na tle rabunkowym." - nie jestem ekspertem, ale skoro zdefiniowali sprawę jako napad, to rzeba szukać sprawcy, nie można jej zamknąć i ot tak przenieść do archiwum.
Wychodzę z auta, zamykam drzwi bezgłośnie. Podnoszę kołnierz kurtki i ruszam w stronę neonu, który ledwo dycha nad wejściem do baru “The Roadkill” - dobry fragment, ale już raz użyłeśtaj nazwy w tekście, więc brzmiałoby znacznie lepiej jakbyś zakończył po prostu na barze.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania