Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Taka Karma - Rozdział dziesiąty
Dochodziła szósta wieczorem. Czas zmienił się już na zimowy, a krótkie, grudniowe dni sprawiały, że miasto od dawna spowijał gęsty mrok. Jack zamaszyście otworzył drzwi, wchodząc do domu wraz z podmuchem lodowatego powietrza. Dyszał ciężko, nerwowo strzepując z ramion płaszcza resztki mokrego śniegu. Odetchnął głośno, z jeszcze większą irytacją zdejmując ubłocone buty, po czym bezładnie odwiesił mokre okrycie do garderoby.
— Cześć Margaret— rzucił, widząc kilka metrów dalej zgarbioną postać starszej pani.
— Dzień dobry, Jack— gosposia uśmiechnęła się pogodnie, wychodząc mężczyźnie naprzeciw.
— Masz jeszcze numer od tych ludzi, którzy naprawiali bramę od garażu w zeszłym tygodniu? Siłowałem się z tym cholerstwem dwadzieścia minut… i tak musiałem zaparkować na podjeździe. Cholera! Partacze! Psia mać!
— Problemy pierwszego świata, ubrudziłeś sobie drogie buciki?
Z oddali dało się słyszeć ironiczny, męski baryton. Sekundę później w progu salonu pojawił się Peter, opierając się o framugę z wyrazem lekkiego rozbawienia.
— O, braciszku… mnie też miło cię widzieć— odburknął Jack, udając życzliwość.
Margaret posłała gospodarzowi znaczące spojrzenie.
— Nie przejmuj się, twój brat ma chyba gorszy dzień— szepnęła, przechodząc obok i chyłkiem przedostała się do kuchni. — Numer do partaczy zostawię na lodówce— dodała, tak samo miłym i uprzejmym głosem, jak na początku ich rozmowy.
— Dzięki— odrzekł z uśmiechem, po czym zwrócił się do brata.
Twarz Petera spoważniała, a w jego oczach pojawił się chłód, który sprawił, że i Jack natychmiast przybrał markotny grymas.
— Przepraszam cię, że musiałeś czekać… mam trudnego klienta. Zadawał tyle pytań, że czułem się jak na przesłuchaniu— mówił szybko, kierując się do gabinetu.
Peter kroczył za nim w milczeniu.
— Nie wierzę w przypadki, Jack— odezwał się w końcu, gdy drzwi gabinetu zamknęły się, odcinając ich od reszty domu. Jack potrzebował chwili, by przetrawić te słowa. Szybko wywnioskował, że brat wraca do tematu ich porannej rozmowy. Wyglądało na to, że Pete przeżywał nagłe pojawienie się Samanthy znacznie silniej niż on sam.
— Przeprowadziliśmy się. Nie mogła wiedzieć, że tu mieszkamy— odpowiedział Jack, wzruszając ramionami, choć w głębi duszy czuł narastający niepokój. Peter zaśmiał się krótko, bez krzty rozbawienia.
— Proszę cię… aby znaleźć twój adres, wystarczy kilka minut w Google.
— I co, może jeszcze zaaranżowała spotkanie Audrey i Matthew? Daj spokój! —Jack zaczął krążyć po pokoju jak zamknięte w klatce zwierzę. — Nie może niczego żądać, sama podpisała papiery.
Jack spacerował tam i z powrotem. Zakończył swoją wędrówkę przy niewysokim kredensie, biorąc do ręki litrową karafkę, w jednej czwartej wypełnioną alkoholem.
— Proszę, odłóż to!— zaprotestował natychmiast Peter. — Ostatnio czuję się, jakbym odwiedzał rodzinę alkoholików. Za każdym razem, kiedy tu przychodzę, ktoś jest pijany, na kacu lub właśnie zabiera się za picie, dość tego!
Mężczyzna nie pochwalał używek. Sam pił okazjonalnie i raziło go, kiedy przekraczano granice, a w tym wypadku ponad wszelką wątpliwość tak było. Jack niechętnie go posłuchał.
— Czy wy nie umiecie rozmawiać bez drinka?!— strofował brata. — Wracając do tematu— odchrząknął. — Masz zamiar znów się z nią spotkać?
— A powinienem?— spytał, zakładając ręce na piersi.
Peter się zawahał.
— Może warto wyjaśnić wątpliwości?
— Jakie wątpliwości?
— Jesteś absolutnie pewien, że nie ma zamiaru wrócić do twojego życia?
Nastała chwila przejmującej ciszy.
— Lepiej to załatw. Jak dużo ważnych spraw teraz prowadzisz? Klienci chyba czytają opinie o swoich prawnikach?— zapytał retorycznie. — Nie potrzebujesz skandalu, a zdrada to zdrada…
— Byliśmy z Jessicą w separacji, o krok od rozwodu…
— A potem magicznie się zeszliście— zauważył. — Zresztą nieważne! Miałeś wtedy dwadzieścia trzy lata i dopiero zaczynałeś karierę. Gdyby teraz to wyszło… nie chcę nawet myśleć, jak wpłynęłoby to na twój wizerunek.
Jack odetchnął głęboko, próbując zmienić tor rozmowy.
— Przechodząc z zagadnień trudnych… do beznadziejnych. Rozmawiałeś z tym lekarzem?
Peter twierdząco skinął głową.
— Matt był u niego wczoraj, nie mówił ci?— zdziwił się.
— On nic mi nie mówi!— warknął. — Czasem mam wrażenie, że ten chłopak urodził się tylko po to, aby mnie gnębić— żalił się, znów przechadzając się po pokoju. — Ukarać, tylko nie wiem za co! To mój syn, lecz czasem go nienawidzę! Buntuje się tylko po to, by napawać się widokiem mojej bezsilności.
— Co tu dużo mówić, wdał się w matkę— zażartował gorzko Peter, licząc na rozładowanie atmosfery.
Jack go nie słuchał. Był zaabsorbowany swoim monologiem.
— Jest nieodpowiedzialny, wredny i bezczelny, chamski i…— wymieniał, stopniowo podsycając frustrację. — Czasem myślę, że gdybym cofnął się o te dwadzieścia cztery lata, to…
— No, no, już się tak nie zapędzaj— wciął się natychmiast Peter. — Dobrze wiesz, że zachowałbyś się dokładnie tak samo. Matthew zawsze był… trudnym dzieckiem— zgodził się. — Ale kochasz go tak samo jak Ethana…
Jack milczał. Nie zaprzeczył, nie potwierdził. Bał się, że jeśli teraz otworzy usta, wypowie słowa, których nie da się już cofnąć.
— Jak te wyniki?— westchnął, kompletnie odchodząc od tematu rozmowy.
— Nienajgorsze… można zaczynać chemię i naświetlania.
Jack z trudem przełknął ślinę. Skrzyżował ręce na piersi, wyraźnie się nad czymś zastanawiając.
— W gruncie rzeczy to dobra wiadomość— dodał Peter, próbując tchnąć w brata choć odrobinę nadziei.
— To może ty z nim o tym pogadaj, ja się na to nie piszę.
Peter wiedział, że w walce z nowotworem nastawienie pacjenta to połowa sukcesu, ale w tym domu nikt nie chciał współpracować. Każdy okopał się na własnych pozycjach, czekając na nieuniknione.
Nim wszedł do domu, jego uwagę przykuł samochód, niedbale zaparkowany na podjeździe. Nie należał do niego, taty, Elizabeth, ani Ethana. Nie musiał długo zastanawiać się, kim jest właściciel białego suva prestiżowej marki. Tylko dziś miał w telefonie cztery nieodebrane połączenia od tej osoby. Mężczyzna włóczył się za nim jak cień i doprowadzało go to już do szewskiej pasji.
Był spragniony, więc od razu sięgnął do lodówki po wodę. Usłyszał za plecami czyjeś kroki, ale się nie odwrócił. Przyssał się do plastikowej butelki, łapczywie pochłaniając zawartość.
— Krzywo zaparkowałeś— odezwał się, kiedy już udało mu się zaspokoić pragnienie. W dalszym ciągu stał tyłem do swojego rozmówcy, ale w odbiciu szybki kuchennej szafki zobaczył Petera, który stał w progu.
— Zdarza się nawet najlepszym— podsumował, zajmując miejsce przy kuchennym stole.
Matthew w końcu się odwrócił. Nonszalancko oparł się biodrami o blat kredensu, zakładając ręce na piersi. Czekał na rozwój sytuacji, bo oczywistym było, że wujek nie zagaił go bez powodu.
— Gdzie byłeś?— zapytał spokojnie.
Matthew nie miał pewności, czy dobrze usłyszał. Jakim prawem pytał go o takie rzeczy?
— Chuj ci do tego?— rzucił pretensjonalnie.
Mężczyzna nerwowo zacisnął zęby i przyjrzał mu się uważnie.
— Długo jeszcze będziesz bawił się z nami w kotka i myszkę?
— O co ci chodzi?— fuknął.
— Nie marnuj naszego czasu. Doktor Miller ma wielu poważnie chorych pacjentów, ma co robić— Słysząc to, Matthew nienaturalnie parsknął śmiechem. Od razu wiedział, jaką sytuację Peter mu wypomina.
— Weź, spierdalaj. Co ci do tego? Obowiązuje was w ogóle jakaś tajemnica lekarska?— żachnął się. — Widzę, że układy w tym szpitalu są na porządku dziennym…
— Jakoś nie miałeś nic przeciwko tym układom, kiedy przychodziłeś na wizyty i badania bez kolejki.
Peter skutecznie zamknął usta Matthew tym argumentem. Chłopak zmieszał się na sekundę, ale szybko odzyskał rezon.
— Jak mogłeś go w ogóle o to prosić?— pytał z oburzeniem Peter.
— Daj spokój, przy nowotworach stosuje się medyczną marihuanę…
— Chyba w opiece paliatywnej, gówniarzu!
— Proszę cię. Jedna recepta by go nie zbawiła— odpowiedział, wzruszając ramionami. — Pewnie sam nie jest święty, prawda jest taka, że najwięcej uzależnień jest wśród was, lekarzy.
Peter bardzo powoli przesunął dłońmi po twarzy. Nawet jego cierpliwość kiedyś się kończyła.
— To jednak prawda, że łatwiej rozmawia się tobą, kiedy wypijesz. Przynajmniej wtedy nie jesteś aż tak wulgarny — mruknął rozżalony.
Matthew pyszałkowato uśmiechnął się pod nosem.
— Kiedy zaczynasz leczenie?— zapytał cierpliwie Peter.
— Po co pytasz, skoro wiesz?
— Wiem to, co powiedział mi Christian— wyjaśnił. — Podziękowałeś mu za rzeczowe omówienie wyników i powiedziałeś, że wrócicie do tematu po świętach— Peter już nie ukrywał, że ta jałowa rozmowa mocno działała mu na nerwy. Matt każdą interakcję odbierał jak atak, nic więc dziwnego, że z każdym wdawał się w konflikt.
— Więc wiesz już wszystko — Matthew spojrzał na niego w sposób, który jasno mówił, że nie ma mu już nic więcej do zakomunikowania w tym temacie.
— Czas działa na twoją niekorzyść.
— Czas jest tylko szczególną formą przestrzeni… pozwól mi chociaż mieć złudzenie, że mam w tym wszystkim na coś wpływ.
Uciął rozmowę filozoficzną konkluzją. Zasadniczo w obliczu nieskończonego wszechświata jesteśmy nie więcej niż fragmentem kosmicznego pyłu. To wcale nie człowiek jest w epicentrum potężnego uniwersum. Ludziom brakuje pokory, zapominają, jak życie bywa ulotne. Spowolnienie procesu leczenia było dla Matthew szansą na spędzenie choćby kilkunastu dni na własnych zasadach. Być może to ostatni moment, kiedy sam mógł decydować. Czas przecież biegnie inaczej w różnych miejscach, wszystko zależy od obserwatora. Matthew znalazł swój sposób, aby go zatrzymać.
Peter chciał rozwinąć dyskusję, ale co chwilę dzwoniący telefon przypominał mu, że ponad czterdzieści minut temu miał wrócić do obowiązków.
— Trzymaj się… wrócimy jeszcze do tej rozmowy— rzucił przed wyjściem.
Matt uśmiechnął się życzliwie i przytaknął, ale tylko dla świętego spokoju. Miał szczerą nadzieję, że nie będzie ku temu okazji.
Audrey nie mogła oderwać wzroku od panoramy. Słońce odbijało się od wód jeziora Washington, a majestatyczny, ośnieżony szczyt Mount Rainier górował nad horyzontem niczym strażnik miasta. Space Needle, z tym swoim futurystycznym spodkiem zawieszonym nad Seattle, budził w niej dreszcz zachwytu. Pod jej stopami, przez szklane panele podłogi, ziała stumetrowa przepaść.
Tym razem to Audrey wyszła z inicjatywą spotkania. Mieszkała tutaj już prawie dziewięć miesięcy, a wciąż nie udało jej się odwiedzić najważniejszych punktów na mapie serca stanu Waszyngton.
— Wstyd, że dopiero teraz tutaj dotarłam— powiedziała, nie odrywając wzroku od przeszklonej ściany.
— Wiosną jezioro pokrywa cała masa żaglówek, jachtów i kajaków — nadmienił. — Chyba wolę je w zimowym wydaniu.
Matthew dopił resztę kawy z niewielkiej filiżanki. Ukradkiem przyglądał się Audrey. Wyglądała dziś wyjątkowo atrakcyjnie w dopasowanej fioletowej bluzce i casualowym żakiecie. Jej długie, brązowe włosy opadały miękkimi falami na ramiona, a rzęsy, gęste i naturalne, podkreślały skromne, ale intrygujące spojrzenie. Była inna niż dziewczyny, z którymi sypiał. Miała w sobie rzadkie połączenie niewinności i wyzywającej pewności siebie. Nienaganna figura, piękny uśmiech, zniewalające spojrzenie, znakomite maniery i gołębie serce. Czego chcieć więcej? Przede wszystkim ujęła go swoją ponadprzeciętną inteligencją. Mógł rozmawiać z nią na wiele ciekawych tematów, z takich kategorii jak polityka, sztuka, czy nauka. Pociągała go, ale inaczej. Nie był pewien, czy chciałby z nią wylądować w łóżku – wydawała mu się zbyt „czysta” na jego upodobania – ale z pewnością stanowiła wyzwanie, którego teraz potrzebował.
— Będę musiała się pomału zbierać— powiedziała, kątem oka patrząc na zegarek.
Matthew zaaprobował jej decyzję skinieniem głowy. Kiedy kelner pojawił się w zasięgu wzroku, natychmiast poprosił o rachunek.
Audrey śledziła wzrokiem szczupłego mężczyznę, który szedł w ich kierunku z terminalem płatniczym. Szybko obliczyła koszt swojego obiadu i kawy, wyciągając portfel. Nie zdążyła porozumieć się z Mattem w kwestii rozliczenia. Chłopak błyskawicznie uregulował płatność, nawet nie patrząc na paragon. Na koniec wrzucił do skórzanego etui kilka banknotów i prędko wstał od stołu.
— Prześlij mi numer konta— zagadnęła speszonym tonem, kiedy zbierali się do wyjścia.
Żałowała, że nie omówili sposobu zapłaty na samym początku ich spotkania. To była droga restauracja i obawiała się, że chłopak zapłacił również za jej zamówienie z czystej przyzwoitości.
— Daj spokój— uśmiechnął się. — Ty stawiasz kolejny obiad. Ta restauracja to był mój pomysł.
Dziewczyna spojrzała na niego pełna zakłopotania.
— Kupiłeś też wejściówki… nie jest tutaj tanio…
— Luz— zaśmiał się. — Wypłata wpadła na konto, mogę znów szastać!
To niezaprzeczalna aluzja do ich wcześniejszego spotkania w sklepie. Chłopak w dalszym ciągu zachodził w głowę, jakim cudem udało mu się wydać co najmniej dwieście dolarów w ciągu kilku godzin.
Kwadrans później byli na Lake Washington Boulevard. Zanim wysiadł z samochodu, kolejny raz spojrzał w jej oczy. Teraz w jego wzroku nie zabrakło kokieterii.
— To co? W niedzielę o tej samej porze kolejna wycieczka? Tym razem to ja przyjadę po ciebie…
Audrey się zaczerwieniła. "Czy on proponował randkę?"— pomyślała, czując przyspieszone uderzenia serca.
— Jasne… zdzwonimy się— wydukała.
Matthew objął lewą ręką zagłówek od strony kierowcy, nieznacznie się przybliżając. Poczuła zapach jego orientalnych perfum. Ich usta dzieliły centymetry. Muśnięcie było delikatne, ledwie wyczuwalne, ale dłoń chłopaka, która spoczęła na jej udzie, rozpaliła w niej ogień, którego nie potrafiła nazwać.
— To… do zobaczenia — powiedziała, odsuwając się z trudem. Jej purytańska natura stoczyła krótką, zwycięską walkę z pożądaniem.
Matthew zalotnie oblizał usta, nie odrywając od niej wzroku.
— Do zobaczenia w niedzielę — odpowiedział i niechętnie wrócił do domu.
W domu Jacka panowała gęsta atmosfera. Matthew od progu usłyszał kłótnię ojca z Ethanem. To było dziwne – Ethan rzadko podnosił głos. Chwilę później starszy brat przemknął obok niego z torbą podróżną w ręku.
— Już wracasz do Stanford?— zagaił, powstrzymując śmiech.
Chłopak spiorunował go wzrokiem.
— Pozdrów Megan— dodał zgryźliwie.
Ethan zignorował jego komentarz i wyszedł bez słowa.
W salonie zobaczył ojca, który siedział na kanapie, wpatrzony w ekran telefonu.
— Co się stało?— zapytał z udawanym przejęciem.
Jack podniósł wzrok. Jego twarz była spokojna i opanowana.
— Pokłóciłem się z twoim bratem— odpowiedział łagodnym głosem.
Ukrywanie prawdziwych emocji było kluczową umiejętnością w jego zawodzie, lecz mimo to Matthew był pod wrażeniem stoickiego spokoju, jaki prezentował. Żałował, że nie wrócił wcześniej, być może załapałby się na najciekawsze sceny z przedstawienia.
— Mogę wiedzieć o co? Coś poważnego?— dociekał. Był przekonany, że zna powód, dla którego panowie się poróżnili. Udawał współczucie, a tak naprawdę cieszył się z ich nieszczęścia.
— Nie mam ochoty teraz o tym rozmawiać.
Mężczyzna niedbale wzruszył ramionami.
Matthew poczuł się do głębi rozczarowany. Był przekonany, że reakcja taty na wieść o tym, że narzeczona zdradza go z własnym synem będzie nieco bardziej żywiołowa. Tymczasem mężczyzna był oazą spokoju. To kompletnie nie miało sensu. Do dziś pamiętał piekło, jakie mu urządził, gdy w dziewiątej klasie pożyczył jego kartę kredytową. To był pierwszy, ale nie ostatni raz, kiedy ojciec go uderzył. Ethan zawsze był wzorowym synem, niemniej jego obecne postępowanie biło na głowę wszystkie wcześniejsze dokonania Matthew.
Uznał, że natrętne drążenie tematu wyda się podejrzane, więc dyskretnie podpytał Margaret o całe zajście. Kobieta z miną pokerzysty stwierdziła, że nic nie wie, a nawet jakby, to nie ma zamiaru mieszać się w rodzinne sprawy. Elizabeth nie było w domu. Ostatecznie zaniechał dalszych działań, czekając, aż Jack sam zainicjuje rozmowę.
Jakiś czas później nie był pewien, jak zareagować na widok pary, która namiętnie obejmowała się w zasięgu jego wzroku. Godzinę temu słyszał, że Elizabeth wróciła. Miał nadzieję, że prędko spakuje walizki i w końcu wyniesie się z ich domu. Teraz obserwował ją w czułych objęciach ojca, który niespiesznie rozpinał malutkie guziki jej śnieżnobiałej bluzki.
— Elizabeth? Co ty tutaj jeszcze robisz?— wypalił, niewiele zastanawiając się nad tym, co właśnie powiedział.
Słysząc dźwięk jego głosu, w popłochu od siebie odskoczyli niczym para nastolatków, przyłapana na miłosnych igraszkach. Obydwoje spojrzeli na niego z niemałą konsternacją.
— Mieszkam?— oznajmiła, chociaż ton wypowiedzi wskazywał na zapytanie.
W mgnieniu oka poprawiła wygniecione ubranie, patrząc na Matthew wyczekująco. Chłopak oniemiał. Minęła dłuższa chwila, nim zadał kolejne pytanie.
— To o co chodzi z tobą i Ethanem?— zwrócił się do ojca.
Mężczyzna założył ręce na biodrach, przyglądając mu się z namysłem.
— Przecież mówiłem, że nie mam ochoty rozmawiać na ten temat— odpowiedział, wyraźnie niezadowolony. — Co ma do tego Liz?
Jeśli sprzeczka obu panów nie była związana z panną Brown, a najwyraźniej tak było, Matthew powiedział zdecydowanie za dużo. Zasiał w ojcu ziarno niepewności, które kiełkowało z każdą sekundą. Jack przerzucił pytające spojrzenie na narzeczoną.
— No właśnie… też nie rozumiem, co masz na myśli — wykrztusiła niepewnie Elizabeth, unikając kontaktu wzrokowego.
Matthew z trudem powstrzymywał się od parsknięcia śmiechem. Wykrzywił usta w karykaturalny sposób, zastanawiając się, jak wybrnąć z niezręcznej sytuacji.
— Wybaczcie, coś musiało mi się pokręcić. Za dużo tych wszystkich leków. Miłego wieczoru, dobranoc! — rzucił na jednym wydechu i niemal pobiegł po schodach na górę, czując na plecach palący wzrok ojca.
Komentarze (2)
/Pete przeżywał spotkanie z Samanthą/ – Peter
/że łatwiej rozmawia się tobą, kiedy/ – z tobą
/– Więc, wiesz już wszystko – Matthew spojrzał na niego w sposób/ – daję jako przykład, ponieważ masz więcej takich usterek w zapisie. Zgodnie z zasadami, przed narracją powinna być tutaj kropka.
/To niezaprzeczalna aluzja do ich wcześniejszego spotkania w sklepie / – kropka albo przecinak – i kontynuacja zdania
/O, ile w przypadku tego pierwszego/ – zbędny przecinek
/że narzeczona zdradza go z własnym synem będzie, nieco bardziej żywiołowa./ – przecinak powinien być po: synem
/czekając aż Jack sam zainicjuje rozmowę/ – kropek
Masz manierę stawiania wielokropków w dialogach 😜
Nie znam fabuły ani wątków, więc nie wiem jaki masz plan. Trochę to rozwlekłe...
cul8r
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania