Saga Rodziny Jabłońskich: część I "Podchody", rozdział 2:7
Rozdział 2:7
Leopold przechadzał się dróżką nad jeziorem, tak jak miał to w zwyczaju, niezależnie od pogody. Trasa wiodła obok jej domu i tak naprawdę nie powinien tędy spacerować, bo ten odcinek przy jeziorze również był własnością prywatną kobiety siedzącej na werandzie. Gdyby to było w Ameryce, ktoś pewnie już wybiegłby na werandę z dubeltówką skierowaną prosto w niego. Tego jednak nie musiał się obawiać. Zamiast dubeltówki mógł się jedynie „nadziać” na serdeczny uśmiech kobiety siedzącej w fotelu na biegunach.
Wiele razy miał w planie zagadać, choćby o pogodzie, ale uważał, że to zbyt banalny sposób na rozpoczęcie rozmowy. „Piękny wieczór dziś mamy, prawda?” – wymyślił Lolek potencjalną frazę. Zwykle kończyło się na wymyślonej frazie. Wystarczał mu jej uśmiech z dystansu. Był uroczy i nawet trochę tajemniczy. Wiele by dał, żeby dowiedzieć się, co on tak naprawdę kryje.
Lolek nie uważał się za odważnego, ale kiedy sytuacja tego wymagała, stawał na wysokości zadania. Posturę miał przydatną tylko do jednej dyscypliny – do zapasów. Był przysadzisty, nabity i ktoś mógłby go nawet posądzić o nadwagę. Nic podobnego. W drużynie zapaśniczej był swego rodzaju jokerem. Albo musiał zbijać wagę, albo też przybierać na wadze, żeby drużyna mogła wystawić konkurencyjnych zawodników w każdej kategorii.
Z czasem doszedł do wniosku, że tak naprawdę nie był mistrzem w żadnej kategorii wagowej – zawsze był tym drugim. Przypominał sobie, jak to wszystko się zaczęło i co by się stało, gdyby kolega z podwórka wygrał swoją walkę z dziewczyną. Wtedy postanowił, że udowodni, iż potrafi zrobić w życiu coś, z czego mógłby być dumny. Miał jedenaście lat – tak jak większość rówieśników z podwórka.
– Ty ryży, co się tak na mnie gapisz? – powiedziała dziewczyna, która uchodziła na podwórku za nieustraszoną. Miała rozwichrzone włosy, które pewnie na początku dnia były splecione w warkoczyki, a o ich istnieniu pod koniec dnia można było się jedynie domyślać. Była ubrana w długie spodnie, jak każdy szanujący się chłopiec na podwórku. Ten, kto przyszedł na plac zabaw w krótkich spodenkach, i to jeszcze na szelkach, mógł się pożegnać z normalnym traktowaniem – do końca życia.
Tolka, bo tak miała na imię, należała do gatunku wojowniczych, bo stawiała czoła każdemu, kto choćby krzywo na nią spojrzał. Dziewczyna podobała się Lolkowi, ale czym mógł jej zaimponować? Ryżymi włosami? Żeby tak się stało, Tolka musiałaby być albo stuknięta, albo bezgranicznie w nim zakochana. Żadna z tych opcji nie była aktualna, ale pomarzyć dobra rzecz.
– Słuchaj, Tolka, mogę się założyć, że nie wybijesz mi jedynki za pierwszym razem – powiedział Lolek, przekonany, że wpadł na bolesny, ale genialny sposób. Wiedział, że dni górnej jedynki były już policzone, więc dlaczego nie spróbować szczęścia i nie zarobić paru dodatkowych punktów u osoby, która mu się podobała?
– Wiesz co, Lolek, to był najbardziej chory pomysł, jaki ostatnio usłyszałam. Przecież wiadomo, że wypadłby ci za pierwszym razem, ale nie chcę, żebyś się poryczał i potem przyszedł z mamuśką na skargę.
– Nie, co ty. Ja nie jestem taki.
– Tak mówi każdy ryży, a potem jest inaczej. Nie dam się wrobić.
– Czyli tchórzysz?
– Coś ty powiedział?
Bum. Lolek skrzywił się, przejechał językiem po uzębieniu i poczuł wolne miejsce w górnym przednim szeregu zębów.
– Pomożesz mi go znaleźć? – spytał już bez zęba, z dwoma zabarwionymi na czerwono strużkami fluków pod nosem.
– Tego nie było w umowie. Ale niech ci będzie. Nie poryczałeś się i to zawsze coś – powiedziała i schyliła się wraz z Lolkiem, by poszukać zaginionego mleczaka.
Podczas gdy Lolek z pomocą Toli w mig odnaleźli zgubę, inny chojrak z podwórka starał się wytłumaczyć, że może i ona potrafi bić bezbronnego, ale w prawdziwej walce zapaśniczej nie ma żadnych szans.
– A z kim to miałabym walczyć? – spytała Tola.
– Wiadomo, z najlepszym na podwórku, a może nawet i na dzielnicy.
– Kto to taki?
– Jak to kto? Rozmawiasz z nim – z Bolkiem Wielkim. Ale ty pewnie masz muskuły jak komar łydki przed ukąszeniem.
– Szukasz guza, to go znajdziesz – odparła Tola.
Lolek przyglądał się Toli, jak w bezkompromisowy sposób chciała stanąć do walki z mistrzem podwórka w zapasach. Jedyną niewiadomą było określenie wagi. Patrząc na Bolka, samozwańczego mistrza podwórka, i na Tolę, pretendentkę do tego tytułu – ale już nie samozwańczą, bo byli świadkowie – nazwał to wagą lekkopółśmieszną. To się jeszcze miało okazać, komu na koniec będzie do śmiechu.
– Pamiętaj, że walka odbędzie się w kałuży – postawił warunek Bolek.
– A co to za chory pomysł? – spytała Tola, a Lolek nie miał problemu się z tym zgodzić.
– Wiedziałem, że stchórzysz – powiedział Bolek.
– Chuchro i wątlak jesteś i tyle – odparła Tola, pierwsza wchodząc do największej kałuży, jaką znalazła.
– Lolek, masz powiedzieć „start” – zarządziła.
– Nie ma sprawy – rzekł Lolek i schował górną jedynkę do tylnej kieszeni spodni.
– Gotowi? Jeśli tak, to… start! – krzyknął.
Walka trwała, z zegarkiem w ręku, pięć sekund. Lolek podszedł do Toli i podniósł jej rękę do góry, tak jak to się robi na macie zapaśniczej lub w ringu bokserskim. Jeśli Bolek był mistrzem zapasów na podwórku, a może nawet i na dzielnicy, to teraz miał możliwość odróżnienia lądowania plecami na macie zapaśniczej od lądowania w kałuży.
Nie minęło więcej niż pięć sekund i Bolek się rozryczał.
„Taką dziewczynę chciałbym mieć. Przynajmniej by mnie obroniła, jeśli zaszłaby taka potrzeba” – pomyślał taktycznie Lolek.
– A dlaczego nie lubisz ryżych chłopców? – spytał.
– Wszystkich ryżych, nie tylko chłopców, bo ryże są wredne.
– A Ogoniok z Czterech pancernych… też była ryża – przypomniał Lolek.
– I co z tego?
– No dobra. A co byś powiedziała, jakbym ufarbował sobie włosy na ten kolor, który lubisz? Ożeniłabyś się wtedy ze mną?
– Najpierw zmień kolor włosów, to później pogadamy.
– Cwana jesteś. Ja zmienię kolor włosów, a wtedy powiesz, że ryży był lepszy.
– To zrób tak, żeby nie był lepszy – odparła Tola i się uśmiechnęła.
– Tolka… Tolka… do domu! Kolacja na stole! – zawołała mama Genowefa.
– Ale chyba przynajmniej rączki umyjesz przed jedzeniem, co? – spytał Lolek, pokazując, że Tola pierwszorzędnie wykonała robotę, bo szpara w górnym rzędzie jego zębów była widoczna.
Tola zalotnie uśmiechnęła się do Lolka – tak zalotnie, jak pozwalał na to jej ogólny wygląd: cała w plamach błota i z twarzą, której nie powstydziłby się prawdziwy górnik.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania