Saga Rodziny Jabłońskich: część I "Podchody", rozdział 3:7

Rozdział 3:7

Anatolia uśmiechnęła się do mężczyzny spacerującego wydeptaną ścieżką wiodącą przez jej posiadłość. Nawet nie pamiętała, dlaczego pozwoliła mu na ten proceder. Może dlatego, że wyglądał tak normalnie, niewyzywająco. Nie miała powodu, by nazwać go włóczęgą – co jej szkodziło pozwolić komuś z uśmiechniętą, okrągłą buzią, szarymi włosami i ogólnie przysadzistą posturą, która pasowałaby nawet do kreskówki o Bolku i Lolku, dreptać po jej trawniku?

„A może powinnam go zapytać, czy nie mógłby mi skosić trawy?” – pomyślała Anatolia. Licho nie spało – kleszcze kochały wysoką trawę. Dawniej w takiej sytuacji nawet by się nie patyczkowała i zagoniłaby takiego delikwenta do roboty, bo uznawała zasadę: coś za coś.

Przypomniała sobie zdarzenie z młodości, bo lubiła wracać do wspomnień. Lubiła odtwarzać w pamięci wydarzenia sprzed lat i dziękowała Bogu, że jeszcze pozwalał jej to robić. Z pamięcią w starszym wieku bywa różnie, ale Anatolia uważała, że życie było dla niej łaskawe – pamiętała tak wiele wydarzeń ze swojego życia. Może miała problem z przypomnieniem sobie, co jadła na śniadanie, ale nie uważała tego za nic szczególnego. Najważniejsze były wspomnienia – i do nich często wracała.

– Córuś, jak ty ślicznie wyglądasz – powiedziała Genowefa, patrząc na Anatolię, choć wolała mówić do niej Tola albo Tolka, w zależności od sytuacji. Zwrot „córuś” oznaczał tylko jedno: stan podniecenia emocjonalnego sięgał zenitu. Kiedyś zdarzyło jej się tak zwrócić do córki, ale to było zaraz po rejestracji imienia w księgach urzędowych i kościelnych. Do przywracania córki do porządku służyła najczęściej „Tolka”, bo Genowefa nie mogła powiedzieć, że wychowała córkę tak, jak sobie wymarzyła.

Od jedenastego roku życia córka sprawiała wrażenie samotnego statku, który nigdy nie gościł w żadnym porcie. Owszem, była osobą, z którą liczyli się chłopcy na podwórku, a nawet na dzielnicy, ale nie z szacunku – tylko ze strachu, którego Tola miała całkowity niedobór.

– Mamo, czy nie uważasz, że sukienka podkreśla moje kobiece walory? – chciała się upewnić Tola, jakby nagle jej na tym zależało. Wszystko było już zaklepane, a ślub miał się odbyć dosłownie za kilka chwil. Utwierdzanie w przekonaniu osoby, która dotychczas nie liczyła się z niczyją opinią, zakrawało w przypadku Toli na kryzys osobowości. Po tylu latach chodzenia w spodniach przyszedł czas na powrót do sukienki – i to nie byle jakiej, bo ślubnej.

– Wyglądasz cudownie, jak z bajki – odparła mama Toli.

– A ten mój wybraniec to królewicz też z bajki? – zapytała Tola kontrolnie.

– Jeśli postawimy znak równości między bajką a kreskówką, to tak – odparła Genowefa.

– Nie jest taki zły. Nawet włosy przefarbował na blond. Nie powiem, jest mu z nimi do twarzy. Na dodatek jest wicemistrzem okręgu w zapasach – starała się Tola przekonać samą siebie co do wyboru męża. – To o wiele lepsza opcja niż ten Bolek, który od lat kręcił się koło mnie i tylko się wymądrzał. Ten dopiero był z kreskówki.

– Twój wybór. Bolek był taki szarmancki – westchnęła mama.

– Zwłaszcza jak go próbowałam utopić w kałuży – odparła Tola i obie się roześmiały.

– Pamiętaj, córuś, ślub ślubem, ale studia medyczne masz skończyć – zastrzegła Genowefa. – Nie wychodzisz za mąż dlatego, że musisz, tylko dlatego, że masz taki kaprys.

– Spokojnie, mamo. Został mi tylko jeden egzamin i potem będę już mogła oficjalnie ćwiczyć na Lolku.

– To znaczy co ćwiczyć? – zdziwiła się Genowefa.

– Jak to co? Będę się bawić z nim w doktora.

– Jakbyś tego nie robiła przed ślubem.

– Ale to była partyzantka. Po egzaminie już nikt mi nie powie, że nie mam uprawnień.

– To papier ze studiów, a nie Bóg daje ci zezwolenie na takie rzeczy?

– Jak mu będę chciała przepisać jakieś tabletki tam na coś, to będę musiała prosić Boga o pozwolenie?

– Zależy, jakie to mają być tabletki.

– O jaka ty jesteś nierutynowana. Reguła numer jeden, i to już było przerabiane na pierwszym roku: zawsze przepisuje się tabletki, które nie zaszkodzą i też nie pomogą.

– A jaka jest druga reguła? – zastanowiła się mama.

– Druga jest oczywista: żeby nie dawać Lolkowi lekarstw, które przyśpieszą powrót koloru włosów do oryginalnego, bo wtedy zbankrutujemy na tym ciągłym farbowaniu. A poza tym to ja będę musiała brać tabletki od nerwicy – powiedziała Tola i szeroko się uśmiechnęła.

– Widzę, że masz plan. Zresztą jak na wszystko, co robisz w swoim życiu. Nie wszystko pochwalam, ale muszę przyznać, że twoja droga trochę się wyprostowała.

– Pierwsza diagnoza od przyszłej lekarki: masz koślawy wzrok i pierwsze, co zrobię, to postaram się załatwić ci wizytę u okulisty. Ten wzrok zdecydowanie trzeba wyprostować. Nie mogę dać słowa honoru, że to się powiedzie, bo i ubytek jest spory, ale obiecuję, że zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy.

– Oj, Tolka, ślub za parę chwil, a ty takie teksty podrzucasz matce do obróbki.

– Spokojnie, mamo. Widzę, że tym ślubem denerwujesz się bardziej niż ja. Będzie dobrze. Chyba że Lolek przyjdzie na ślub nie w tym garniturze, co mu wybrałam. Coś tam przebąkiwał, że uwiera go w kroczu. No przepraszam, ale z takimi udami wszystko go będzie tam uwierać – powiedziała Tola i obie panie znów się roześmiały.

Anatolia zamyśliła się i po chwili zorientowała, że mężczyzna na własnonożnie wydeptanej ścieżce się ulotnił. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz. Była pewna, że zobaczy go jutro i wtedy w końcu zapyta, dlaczego chodzi akurat tą trasą, dlaczego sam, dlaczego każdego dnia i dlaczego o tej samej godzinie.

I najważniejsze – dlaczego nigdy z nią nie porozmawia.

Anatolia pomyślała, że istniała teoretyczna możliwość, iż mógł być niemową. Nawet jeśli, bardzo chętnie nauczyłaby się języka migowego tylko po to, żeby dostać odpowiedzi na nurtujące ją pytania.

Miała też jeszcze jedno, ważniejsze od najważniejszego pytanie: czy się wcześniej nie spotkali?

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania