Sekwencyjni 2/2
Zimno szyn parzyło mnie w policzek. Zamknąłem oczy, starając się wolno oddychać.
Co jeśli to ja byłem tym błędem? I zarazem swoim rozwiązaniem.
Mógłbym to wszystko szybko zakończyć, położyć się i umrzeć. Bez oleju słonecznikowego, niekierowany żadnym wiążącym cyrografem.
Wypisać się ze zwojów życia. Światła tramwaju błysnęły gdzieś w dali, przebijając przez śnieżny wicher.
Spojrzenie dziewczyny zostawiło w mojej pamięci ślad, intensywność jej oczu zdawała wypalić powidokiem pod powiekami.
Wstałem. I zacząłem czekać, z każdą kolejną sekundą nabierając utraconej godności.
Udało mi się nawet zapalić papierosa.
Miałem już nie palić - przemknęło mi przez myśl.
Tramwaj zbliżał się, podjeżdżając zbyt wolno.
Wolniej niż normalnie by podjechał, jednak przecież nie było niczego normalnego w moim obecnym położeniu.
Starałem się dojrzeć pasażerów, lecz wnętrze pojazdu było ciemne. Jedynie światła przednie przecinały mrok grudniowej nocy.
Tramwaj zatrzymał się w niewielkiej odległości przede mną, zgrzytając ciężko i ospale, trąc i rycząc piskliwymi językami metalu.
Wszystkie drzwi otwarły się natychmiastowo rytmicznie, niemal zaczepnie trzaskając zautomatyzowanym ciężarem.
Wszedłem w ciemność, szukając swojego dawnego miejsca, mijając bezimienne sylwetki ludzi zaklętych w momencie, który do nich nie należał - a którego byli nieodłączną częścią.
Tramwaj ruszył wytrącając mnie z równowagi. Zaraz, zaraz - pomyślałem, uświadamiając że zamiast jechać dalej, zaczął się cofać.
I to szybciej niż było to normalne.
Znalazłem w końcu swoje miejsce. Porzucona przeze mnie teczka dalej tam była. Zacząłem przypominać sobie fragmenty tej historii, która straciła wszelki sens i logikę.
Starałem się wytłumaczyć sobie swoje miejsce. Próbowałem różnych rzeczy.
Wracałem z pracy, byłem bardzo zmęczony.
W teczce miałem ważne dokumenty. To była pilna sprawa. Tak mi się wydaje.
Jednak nie byłem pewien.
Nie główkując dalej, usiadłem prosto na siedzeniu, kładąc teczkę na swoich kolanach.
Poczułem na sobie taksujący wzrok. Ledówki zabrzęczały migocząc, powracając do planu oświecenia.
Dziewczyna przyglądała się mi z wyrazem obojętnego rozczarowania. Znalazłem tam też odrobinę złości.
Odpowiedziałem jej równie gniewnym spojrzeniem, chcąc powiedzieć coś... Jednak nie przychodziło mi do głowy absolutnie nic co można by w takiej sytuacji powiedzieć.
- Kurwa...! - warknąłem przekleństwo, czując jak dopada mnie znane z wcześniej zmęczenie. Pracowałem cały dzień. Kolejny miesiąc.
W takim tempie nigdy nie zarobię na mieszkanie.
Dziewczyna klasnęła w te swoje drobne lalkowate dłonie. Jej długie tipsy przypominały szpony groźnego drapieżnika.
- Miało być inaczej... - odezwała się melodyjnym, wypranym z emocji głosem. Miał perfekcyjny ton, a słowa idealną dykcję.
Przemawiała do mnie a ja miałem słuchać.
Słuchałem więc.
- Nie możesz być tak nieodpowiedzialny. To co zrobiłeś świadczy tylko o jednym. Nie pasujesz.
Psujesz innym doświadczenie podróży, mącisz i zaburzasz, zmieniasz i zakłócasz. Oni muszą dotrzeć do swoich destynacji... - podkreśliła, naciskając mocniej wypowiadane litery.
Poczułem ciężar jej słów. Nieuniknioność, fatalizm.. Oskarżenie.
Wkurwiłem się.
- Jak śmiesz mnie oceniać!? - krzyknąłem w twarz coraz bardziej rozeźlonej dziewczyny. W płowych tęczówkach płonęła gadzia nienawiść.
- Jestem wszystkim! - uniosła się, a wraz z nią wstali wszyscy ludzie dookoła. Dalej nieprzytomni, dalej zaklęci.
Zastanawiałem się po co w ogóle wsiadałem do tego tramwaju. Chciałem coś zrobić.
A tak.
Chciałem cofnąć czas. Spojrzałem na okno w którym powinna istnieć dawna dziura.
Nie było jej tam. Jednak nosiłem w sobie jej nagie wspomnienie.
- Hej - położyła mi rękę na ramieniu. Delikatnie, czule. Z miłością.
- Nie powinno cię tu być. Wiesz o tym... - wyrzekła gładko, z wyuczonym smutkiem.
Odrzuciłem jej dłoń machnięciem ręki.
- Wracamy się do tego co było - powiedziałem twardo i stanowczo. Nawiązałem kontakt wzrokowy. Nie bałem się.
Wierzyłem w to co mówię. Musiałem być przekonujący.
Chwyciła mnie za gardło z siłą zastanawiającą jak na tak drobną dziewczynę.
- Zrobisz to co mówię - wysyczała mi do ucha. Dotyk jej ust był zaskakująco przyjemny. Parzył.
Odwróciła się, wyrywając mi z rąk teczkę. Wykorzystując stworzony przez siebie moment nieuwagi.
- Widzisz? - spytała, otwierając teczkę, grzebiąc w niej intensywnie, wydając się mieszać włożone weń papiery.
Było w nich wszystko. Wszystko to czym byłem. Pamiątki, notesiki, zdjęcia, albumy, liściki miłosne, kolorowanki, wszelkie dowody mojego istnienia...
Dyplomy, laurki, świadectwa, podręczniki.
- Nie podoba mi się to - rzekła, wściekle przeglądając cały ten papierkowy szajs. Wsszystko... Jest... Zapisaneee... perwersyjnie prawdziwie, małe i liczne fragmenty.
Bałagan. Nieład. Pomyłka. Wpadka.
Nie ma dla ciebie miejsca w tym świecie - zamrugała długimi rzęsami, rzuciwszy figlarnym uśmiechem.
- Ty przybłędo... - powiedziała, całując mnie w usta.
Jechaliśmy sobie razem, wtuleni w siebie jak dwa misie polarne.
Zbliżał się dzień Bożego Narodzenia. Ubrana w futro żona, i ja wystrojony w garnitur, płaszcz. Zadbani, uczesani... R e w e l a c y j n i.
Nie wiedzieć czemu wracaliśmy tramwajem jak jakieś biedaki a nie wyższa klasa. Elita.
Mieliśmy w głębokim poważaniu tych żałoby wartych podludzi. Czytaliśmy z nich jak z otwartych ksiąg, byli niczym wobec naszej wiedzy.
Puste strony, puste kartki, mgliste zarysy. Koła, spirale, plusy, minusy... Tak mało było w nich życia, którego MY byliśmy pełni!
Samsara ściskała mnie za dłoń. Pociłem się trochę, to z nerwów.
Miałem ogromne szczęście. Sukces. A ona, moja żona była potwierdzeniem mojego sukcesu. Istniałem dzięki niej.
W zasadzie urodziła mnie, wychowała, obdarła mnie ze skóry i rzuciła na pożarcie lwom. Byliśmy razem szczęśliwi.
Mówiła mi to codziennie. Codziennie chciałem ją zabić, obserwując w nocy jej nagie, leżące w łóżku ciało. Spała i śniła za nas dwoje.
Śniła za wszystkich. Musiałem się obudzić.
Musiałem wstać i rozbić szybę. Wydostać na powietrze, wyskoczyć, wynieść się.
Przerwałem pocałunek. Przegryzła wargę, gdy oderwałem się, łapiąc dech, starając zatrzymać szalenie bijące serce.
Porywający ból utraty rozdarł mnie, zranił. Widziałem w nim przyczynę mojej sytuacji.
Ja już nie istniałem. Stałem się zaledwie wspomnieniem, światłem utrwalonym na kliszy.
Przeszłością. W końcu prawdziwie wolny, gdy zrozumiałem że nie wytrzymam kolejnej liczby bodźców i matrix wypluje moje ciało, ze względu na spalony, nienadający się do niczego mózg.
A historia. No to był ten jebany tramwaj, dziewczyna i co dalej. Coś tam filozoficznie, pierdu, pierdu, jedziemy dalej - zamamrotała siedząca obok mnie dziewczyna, przeglądając szybko jakieś papierki.
Wyglądały na ważne. Ona też. Dobrze wyglądała w korporacyjnej mini-spódniczce, okulary zerówki nosiła chyba tylko dla picu.
- Nie podoba mi się to, nie podoba. O tutaj! - wskazała palcem zakończonym finezyjnie zrobionym tipsem.
Znalazłam. No i jak pan to wytłumaczy? Proszę spojrzeć, przeczytać i możemy odegrać razem scenkę. Scenkę w której pan przegrywa, a ja - wygrywam.
Czy satysfakcjonuje pana ta oferta? Pytam bo chcę panu powiedzieć że i tak właściwie nie ma pan wyboru. Musisz robić to co jest zapisane.
Wszelkie wypisy grożą karą. Musi pan trochę pochodzić zanim się pan zwolni, zanim MY pana zwolnimy.
Poprawiła czarne ramy zerówek, kosmyk szarych włosów spadł na nos nadając jej ton niewinnej młodej dziewczyny, która dopiero co odnajduje się w nowym miejscu pracy.
Kropla potu spłynęła mi po zmarszczonym czole. Znów traciłem kontrolę. Znów wpadałem w sekwencje, będąc zarządzanym, granym, transmitowanym. Traciłem władzę nad sobą, pogubiony gdzieś w jej słowach, opisujących rzeczywistość w której jestem jedynie podmiotem silniejszej woli. Poruszałem się ciężko, bolała mnie noga, którą nadwyrężyłem pracując fizycznie przez te kilka ostatnich dni.
Chciałem wrócić do domu, otworzyć piwo i poprzeglądać internet. Tylko tego chciałem. Nie miałem ambicji.
Nie liczyłem się...
Samsara bacznie obserwowała jak błądzę. Jak się marnuję. Jak bardzo nie mogę znaleźć drogi.
Syciła się moim bólem, celowo mamiła szepcząc niemożliwe do zrealizowania obietnice. Wierzyłem jej.
Oszołomiony zwodniczym pięknem, słuchałem fantazji o tym co będzie, co ma być. Czego się ode mnie oczekuje.
Jakie są moje zadania.
Co mam robić.
Postanowiłem już więcej nie wpadać w sekwencje.
Komentarze (1)
Ale wpadłeś i jedynką nawet🍄
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania