Serce Wielkiego Gala (Asterix&Obelix) - Rozdział 3: Nie szarp się tak, dziku!

Gatunek: Fanfiction / Romans / Komedia / Dramat Psychologiczny / Przygoda

 

Streszczenie:

 

Zdemaskowana, młoda konspiratorka działająca przeciw Imperium Rzymskiemu przybywa do wioski Galów bez domu i niemal bez poczucia własnej tożsamości.

Obelix natomiast zawsze był pewien swojego miejsca w wiosce: być silnym, użytecznym i chronić tych, na których mu zależy. Ale co, jeśli pewnego dnia także ta pewność się rozsypie? Co jeśli ma już do stracenia więcej niż sam sobie zdaje sprawę?

Trochę poważniejsze spojrzenie na uniwersum Asteriksa - z przygodą, romansem, wzruszeniem i humorem, który nadal pozostaje częścią galijskiego życia.

 

Poprzedni rozdział - https://www.opowi.pl/serce-wielkiego-gala-asterixobelix-a127774/

 

Rozdział 3 - Nie szarp się tak, dziku!

 

Noc była zimna i deszczowa. Livia ujrzała przed sobą twarz jednego z galijskich jeńców – jego orli nos wyraźnie odznaczał się na posępnym obliczu. Oczy, nad którymi opadały pasma siwiejących włosów, wpatrywały się w nią błagalnie. Malował się w nich śmiertelny głód. Mężczyzna trzymał się kurczowo jej spódnicy, niemal ją rozrywając. Livia wpadła w panikę, wiedząc, że on zaraz umrze z wycieńczenia, a nie miała przy sobie niczego, co mogłaby mu ofiarować.

Nagle poczuła szarpnięcie z drugiej strony. To był Maurix, który zachęcał ją do wyjścia z ciemnych lochów. Ciągnął ją w stronę poświaty z okna znajdującego się wysoko nad nimi. Był zdecydowany, ale zarazem troskliwy. Livia wyrywała się im obu rozpaczliwie, aż w końcu zapadła się w jeszcze głębsze, ponure podziemia. Usłyszała wtedy ponownie te straszne wrzaski: „Tam jest! Łapać ją!”.

I w tym właśnie momencie obudziła się z ciężkim, głośnym oddechem. Krew w jej żyłach jakby zastygła, a twarz lekko drżała. Była w chatce Airy. Za oknem wciąż panowały ciemności. Czuła, jak przerażający cień przeszłości stale podąża jej śladem. Dlaczego, kiedy w końcu zaczęła czuć się bezpiecznie w nowym środowisku, lęki nagle odżyły? O co chodzi? Dlaczego przyśnił jej się akurat ten jeniec z orlim nosem? Przecież nie rozpamiętywała go zbyt często. Przynosiła mu czasem – tak samo jak kilku innym galijskim więźniom – resztki jedzenia, gdy siedzieli w ciemnych lochach Rzymian. Niektórym umożliwiła nawet ucieczkę.

A co z Mauriksem? Kim on właściwie jest? Czy może mu zaufać? Przez dłuższy czas zmagała się z natłokiem myśli, aż na horyzoncie za oknem zaczęła ukazywać się słoneczna łuna, zupełnie nienachalnie. Przypomniała jej się wielka sylwetka i poczciwa twarz Obeliksa. Myśl o nim w pewnym stopniu przyniosła jej ukojenie. Myśli o Mauriksie wciąż natrętnie powracały. Jego intencje… wydawały się raczej przyjazne i uczciwe. Możliwe, że bywa nieco arogancki i przewrażliwiony na swoim punkcie, ale nie w tak rażący sposób, jak wielu Rzymian, których znała.

– Dosyć… – Jej własne myśli aż zadźwięczały jej w uszach. – Dość grania, dość masek! Niech Maurix pozna mnie taką, jaka rzeczywiście jestem. Najwyżej mnie wyśmieje lub wykpi. Nie obchodzi mnie to. A jeśli będzie trzeba, powiem mu wprost nawet to, co ciąży mi na sercu. A on albo zostanie, albo odejdzie.

***

Rankiem Livia wraz z Airą, otulone narzutami z koziej skóry, opuściły chatkę. Aira miała odwiedzić wiejskie stragany, zaś Livia warsztat, do którego zaprosiły ją Edana i Nessa, trudniące się tam wraz z innymi kobietami krawiectwem.

Kobiety przemierzały wspólnie alejkę, kierując się w stronę miejsca, w którym droga krzyżowała się z szerszym, biegnącym po pochyłym terenie traktem. Patrząc przed siebie, Livia dostrzegła wyłaniającego się zza rogu Obeliksa. Szedł, niosąc na barku dorodny okaz dzika. U jego boku kroczył Asterix – tak drobny przy ogromnej posturze swego kompana, że ledwo się zza niego wyłaniał, przez co Livia z początku nawet go nie zauważyła. Na widok potężnego Obeliksa wstąpiła w nią nagła ekscytacja. Postanowiła go dogonić. Rzuciła więc pośpiesznie do Airy:

– Poczekaj małą chwilkę. Tylko się przywitam.

Parę chwil po tym, jak Obelix zdążył już zniknąć za kolejnym rogiem, Livia skręciła w końcu w tę samą drogę. Żwawym krokiem dogoniła go, by znaleźć się mniej więcej trzy metry za jego plecami.

– Hej, Obeliksie! – zawołała wesoło.

Kiedy Obelix znienacka usłyszał za sobą ten znajomy, melodyjny głos, przejął się tak bardzo, że aż podskoczył. Poczuł, jak dziwny dreszcz pozbawia go kontroli nad ciałem. Nim zdążył się odwrócić, dzik wyślizgnął mu się i spadł z barku. Wtem rozległ się przerażony wrzask Asteriksa:

– Livia, uważaj!!!

Jednak zanim Livia zdołała w jakikolwiek sposób zareagować, wielki, czarny świniak toczył się już bezwładnie po spadzistej, zabłoconej drodze, prosto w jej kierunku. Prędkość była na tyle duża, że po chwili doszło do tego, czego obawiał się Asterix. Wielka zdobycz Obeliksa przewróciła Livię i wtoczyła się na nią, zatrzymując się w poprzek i przygniatając cały jej tułów.

Dziewczyna na próżno próbowała poruszyć ten potężny ciężar. Poczuła, że nie może odetchnąć, a siła nacisku wywołała ostry ból w żebrach i klatce piersiowej. Na szczęście nie trwało to długo. Nie minęły nawet trzy sekundy, kiedy ciężar został z niej zdjęty przez parę nadludzko silnych rąk. Zwierzyna, odrzucona w powietrze niczym pluszowa zabawka, wylądowała gdzieś na uboczu drogi. Livia poczuła, jak jej płuca i żebra z bolesną ulgą zaczęły z powrotem się rozprężać.

– Na Belenosa, Livio, nic ci nie jest? – spytał Obelix, przejęty tak bardzo, że aż pobladł, a jego twarz drżała. Kucnąwszy przed nią, uniósł ją za ramiona. Livia, która odczuwała mocne zawroty głowy, zaczęła powoli odzyskiwać przytomny umysł. Oddychając płytko i miarowo, odparła cichym, niepewnym głosem:

– N… nie, Obeliksie, chyba… Chyba jestem cała…

– Co ja narobiłem, co ja narobiłem… – powtarzał w kółko łamiącym się głosem, zgarniając błoto z jej włosów i twarzy. – Na pewno jesteś cała? Nic cię nie boli? – dopytywał gorączkowo.

Livia, tym razem głęboko wzruszona jego autentyczną troską, odpowiedziała ze słabym uśmiechem:

– Obeliksie, naprawdę nie przejmuj się tak tym dzikiem…

Nagle z alejki wyłoniła się Aira, która na ten widok aż zastygła.

– Co się tu stało? – spytała przerażona, opierając się o swoją pasterską laskę. Obelix uniósł Livię niczym lekką gałązkę i postawił na nogach. Zaczął gorliwie strącać błoto ze wszystkich stron jej zabrudzonej sukni. Nie przestawał się przy tym kajać.

W pewnym momencie Livia prawie zapomniała o silnym bólu i dyskomforcie. Jej uwaga całkowicie skupiła się teraz na opiekuńczości, jaką okazywał względem niej ten wielki osiłek. Zdała sobie sprawę, że porusza ją to bardziej, niż powinno. Poczuła coś niemal nieznanego – a może po prostu dawno zapomnianego.

Gdy dostrzegła, jaka panika maluje się w jego oczach, przemówiła:

– Ależ Obeliksie, to przecież był tylko wypadek. Każdemu mogło się to…

W tym momencie Livia zawahała się. Oczywiste było przecież, że nie każdemu mogło się to zdarzyć.

– …chciałam powiedzieć… że mogło się to zdarzyć każdemu, kto jest tak niebywale silny jak ty! – dokończyła ze szczerą sympatią.

Asterix tylko kręcił głową, obserwując całe to zajście. Przez pewien czas wstrzymywał się od wygłaszania komentarzy, ale w końcu, patrząc już zbyt długo na te niezręczne i nieudolne próby doprowadzenia Livii do ładu, mruknął:

– Masz szczęście, Livio, że to był tylko dzik. Obeliksowi zdarza się czasem przemierzać osadę z wielkimi menhirami – Spojrzał karcąco na przyjaciela.

W tym momencie Obelix zastygł, a jego spojrzenie zdradzało całkowite załamanie. Spojrzał na Asteriksa.

– Nie musiałeś tego mówić! – Złapał się za głowę, odwrócił się i chwiejnym krokiem ruszył szybko przed siebie.

Aira podeszła bliżej. Asterix dostrzegł ukradkiem leżące przy drodze powyginane, opasłe zwierzę z wytrzeszczonymi gałami i otwartym pyskiem, z którego nieestetycznie wystawał długi język.

– Obelix! Halo! – zawołał za nim. – A co z dzikiem?! Tak ma tu leżeć i ubogacać przechodniom wizualne doznania?! – spytał, wyraźnie poirytowany.

Jednak Obelix znajdował się już zbyt daleko, by usłyszeć, co wykrzykuje za nim Asterix.

– Dziecko kochane, nie zrobiłaś sobie krzywdy? – spytała szczerze przejęta Aira, gdy już zbliżyła się do Livii. Odrzuciła swą laskę i przesuwając pomarszczone ręce po jej sylwetce z góry do dołu, badała jej stan fizyczny.

Livia zdążyła już poznać, że Aira jest tym typem osoby, przed którą raczej próżno próbować ukrywać cokolwiek.

– Łamie mnie trochę w mostku i coś piecze z tyłu bioder – rzekła, zdobywając się na szczerość. – Ale nie wydaje mi się, żeby to było coś poważnego.

– Krew ci leci… – powiedziała cicho Aira, spoglądając na wierzch jasnego rękawa przy łokciu, na którym robiła się czerwona plama. – Livio, czy nie powinnaś jednak wrócić do domu i przełożyć wizyty w warsztacie na później?

– Myślę, że to niegłupi pomysł – stwierdził Asterix. – Dziewczęta mogłyby się nieźle załamać, widząc efekty ich pracy w tak opłakanym stanie. A ty chyba potrzebujesz dojść do siebie po tym wypadku.

Livia spochmurniała. Faktycznie jej zabrudzona błotem sukienka nie nadawała się już do noszenia w jakimkolwiek towarzystwie, a ona sama nie chciała ani zwracać na siebie uwagi, tym bardziej, wzbudzać podejrzeń swym wyglądem. Z ciężkim sercem przystała na sugestię Airy i Asteriksa. Jednak znów rzekła:

– Obiecałam Edanie i Nessie, że pomogę trochę przy pracy… Ale teraz obawiam się, że to rzeczywiście kiepski pomysł…

Asterix nagle się ożywił.

– Hej, Livio, a może, jeśli poprawi ci to humor, wpadniecie dziś wieczorem z Airą do naszego druida Panoramiksa? – zaproponował. – Aira dobrze go zna. Zapowiedziałbym mu waszą wizytę. Dziś z Obeliksem jemy u niego kolację i pomagamy trochę przy drobnych porządkach, bo ostatnio ma pełne ręce roboty.

Oczy Livii nagle rozbłysły nową energią.

– Ten druid, o którym mi opowiadałeś? Asteriksie, naprawdę to byłby dla mnie zaszczyt, jeśli zechciałby mnie w ogóle wpuścić.

Aira, gdy to usłyszała, od razu odpowiedziała:

– Ależ kochanie, oczywiste, że zechce! Znam go tyle lat i sądzę, że cię doceni. Mądry, wielkoduszny Panoramix… Od lat korzystam z jego mikstur na różne schorzenia.

„Doceni…” – zamyśliła się Livia poważnie, czując lekką tremę.

– A zatem przyjdźcie, drogie panie, pod wieczór – powiedział Asterix. – Niech Livia zdąży wpierw ochłonąć – dodał, klepiąc ją delikatnie po ramieniu. – Ja tymczasem będę musiał jakoś stąd wytargać tego zwierza…

Po tych słowach podszedł do leżącego dzika. Przykucnąwszy, Asterix ujął go za kończyny, po czym uniósł z wysiłkiem nad ziemię. Odchylając się w tył, kroczył ze zwierzyną wzdłuż drogi, ciężko dysząc.

– Do zobaczenia zatem! – zawołał przez ściśnięte gardło.

***

Słońce przygotowywało się już do zachodu. Aira i Livia przemierzały wolnym spacerem leśne tereny, a szelest liści i ciche śpiewy ptaków nienachalnie akompaniowały ich rozmowie. Livia wypatrywała druidowej przystani, która miała znajdować się gdzieś w tych rejonach. Im dalej szły, tym rzadziej spotykały przechodniów.

Nagle Aira zatrzymała się i stanęła, wbita w ziemię niczym pień.

– Airo, co to ma znaczyć? Co się stało? – wołała drżącym głosem i ujęła jej ramiona, patrząc w jej zastygłą twarz. Serce waliło jej jak młot. – Powiedz coś, błagam.

Aira z wysiłkiem nabrała powietrza, próbując oprzytomnieć.

– Livio… Chodźmy dalej – postanowiła twardo. Już miała zrobić drugi krok, kiedy osunęła się na ziemię, pociągając za sobą dziewczynę, która próbowała ją podtrzymać. Laska wysunęła się z jej rąk.

Livia zaparła się dłońmi o mokry korzeń, po czym sprawnie się podniosła. Pomarszczona twarz Airy nie okazywała bólu, ale silne napięcie. Nie była w stanie unieść ciała o własnych siłach. Livia poczuła nagły ucisk w piersi – nie wiedziała jeszcze, dlaczego, ale instynkt kazał jej działać szybko. Zaoferowała staruszce swe barki i z wysiłkiem próbowała ją unieść. Nic z tego. Rozbolały ją tylko bardziej żebra. Podjęła kolejną próbę, tym razem z drugiej strony. Wtem dał się usłyszeć męski głos:

– Nie rób tego, Livio.

To był Maurix, który akurat znajdował się w okolicy, ciągnąc za sobą sieci rybackie. Kiedy Livia go ujrzała, odetchnęła. Strach zaczął się powoli wyciszać. Maurix zbliżył się delikatnie i stanowczym gestem odsunął ją od staruszki.

– Proszę się nie martwić – powiedział do Airy kojącym głosem. – Pomogę pani.

Wziął Airę ostrożnie pod pachy i nieco napinając swoje posągowe ciało, uniósł ją powoli w górę, po czym podał laskę.

– Czy wszystko w porządku? – spytał z troską.

Aira wyprostowała się, unosząc wzrok. W jej oczach pojawiła się powaga matrony chcącej zachować godność.

– Dziękuję, młody człowieku – powiedziała bez większych emocji.

– Daleko zmierzacie? Odprowadzić was?

– Niedaleko – odpowiedziała Aira, siląc się na uśmiech. – Nie rób sobie kłopotu. Chodźmy, Livio.

Aira ruszyła zdecydowanie przed siebie, pomagając sobie laską. Livia jednak, zostając z tyłu, ruszyła spokojnie, jakby nie chciała oddalać się od Mauriksa.

Staruszka odwróciła się w ich stronę. Przyjrzała im się chwilę uważniej, niż było to konieczne, po czym ruszyła dalej – wolniej.

Maurix kroczył powoli przy Livii, której natychmiast przypomniał się sen i jej uroczyste postanowienie pod osłoną ostatniej nocy. Nigdy więcej grania. Jednak cisza między nimi stawała się krępująca. W końcu Maurix ją przełamał:

– Czy coś się stało, Livio? Jesteś jakby trochę inna.

– Tak myślisz? – spytała nerwowo.

– Nie, ja nie myślę, tylko to widzę. Jesteś inna.

W tej chwili coś w Livii pękło. To był ten moment, kiedy poczuła się bezbronna. W jej głowie włączył się alarm. Poczuła, że teraz tylko prawda da jej ulgę. Musi o nią zawalczyć tu i teraz.

– Tak, jestem inna! – zawołała, po czym spojrzała mu prosto w oczy. – Jestem inna. Często nie poznaję samej siebie. Prowadziłam podwójne życie, ale niedawno przeszłam przez koszmar! Mam wrażenie, że absolutnie nigdzie nie należę! Nie umiem uporządkować myśli, uczuć…

– Livio… – Maurix zbliżył się do niej przejęty, ale ona zrobiła gwałtowny krok w tył.

– Kim ty jesteś? Ot tak odciąłeś się od Rzymian, bo bardziej odpowiada ci Galia? Rozmawiasz ze mną tak powierzchownie, a ja nie potrafię cię zrozumieć!

– To ty rozmawiasz powierzchownie – ożywił się gwałtownie Maurix. – Sama zamknęłaś się w swojej skorupie. Jak ja mam ci pomóc, skoro tak stawiasz sprawę?

Livia zatrzymała się, spoglądając na Mauriksa w napięciu. Oddychała ostrożnie przez rozchylone usta, jakby bała się, że każdy gwałtowniejszy ruch może go rozjuszyć.

– Livio, widzę, że jesteś zagubiona – powiedział łagodniej po chwili milczenia. – Widzę jednak, że jesteś bardzo szlachetna, choć być może sama w sobie tego jeszcze nie dostrzegasz. Ale ktoś taki jak ty zasługuje na najczulsze wsparcie. Wiedz, że możesz na mnie liczyć.

Livia słuchała go, czując, jak napięcie w ciele odpuszcza. Maurix wyciągnął do niej rękę, ale Livia obróciła głowę, patrząc na niego z ukosa.

– Co z twoim pochodzeniem? – spytała zdecydowanie, choć z cieniem smutku.

– Czy to ma teraz znaczenie? – Jego głos stwardniał szybciej, niż sam chyba zamierzał.

– Tak – odpowiedziała Livia z cichą stanowczością.

Maurix miotał się przez chwilę nerwowo, po czym zacisnął dłonie na swych czarnych, kręconych włosach. Wydawało się, jakby wstrzymywał wewnętrzny tajfun. Wziął głęboki wdech przez zaciśnięte zęby i spojrzał na Livię.

– Jestem wygnańcem, jeśli musisz wiedzieć…

***

Przez ostatnie dni Panoramix był zapracowany bardziej niż zwykle. Codzienne obowiązki splatały się z doglądaniem ciężko chorego mężczyzny o imieniu Ferrix. Był on przybyszem z sąsiedniej osady pod rzymską okupacją. Do Panoramiksa trafił po licznych starciach z wrogimi wojskami, kiedy to zapadł na jakąś wyniszczającą chorobę. Od tygodnia leżał u niego w wydzielonej izbie. Tego wieczoru miał u siebie także Obeliksa i Asteriksa, którzy zdecydowali się pomóc druidowi w zadaniach.

Asterix, korzystając z krótkiej przerwy, właśnie wykańczał miskę zupy grochowej, a w tym samym czasie Obelix znosił w drewnianych wiadrach wodę ze studni. Idefix, jego wierny pupil, leżał spokojnie przy palenisku z kotłem. Asterix poinformował wcześniej gospodarza o Airze, która miała przybyć do niego wraz z nową przybyszką.

Panoramix był spokojny o to, że ktoś, kto wcześniej zdobył sympatię i zaufanie Asteriksa, jest kimś, kogo można bez obaw ugościć w jego skromnych progach.

W pewnym momencie Panoramix, opuszczając izbę Ferriksa, skierował się ku drzwiom frontowym, oznajmiając, że ktoś właśnie nadchodzi” – zwykle to wyczuwał, zanim usłyszał pierwsze kroki i pukanie do drzwi.

– To pewnie Aira i Livia – oznajmił pośpiesznie Asterix, odstawiając miskę po zupie.

– Kto? Livia?! – zawołał Obelix zapowietrzonym głosem, o mały włos nie przewracając wiadra przed sobą, gdy się potknął. – I dopiero teraz mi o tym mówisz? – spytał z wyraźnym wyrzutem w stronę Asteriksa.

– Obelix, gdybyś wcześniej o niej wiedział, narobiłbyś tu tylko większego bałaganu. Lepiej, jak pracujesz, nie będąc rozkojarzony – stwierdził stanowczo Asterix.

– Nie myśl, że zawróciła mi aż tak w głowie… – odburknął ostro Obelix, a po chwili zaczął się jąkać. – Po prostu… no wiesz… dopiero co przewrócił ją mój dzik!

– Ten twój dzik, przy okazji, niemal pourywał mi ścięgna, bo z łaski swojej raczyłeś odstąpić mi go w całości! – ciągnął Asterix, coraz bardziej rozjuszony.

– Proszę, skończcie tę kłótnię – upomniał ich Panoramix. – Chciałbym powitać gości w stosownej atmosferze.

Po tych słowach położył dłoń na ryglu. Obelix stanął jak wryty, ale jego oczy zabłyszczały.

Gdy drzwi się otworzyły, w progu ukazała się Aira. Lekko przygarbiona, wpatrywała się w druida błagalnie, a w jej oczach widoczny był strach.

– Dobry wieczór, moja droga Airo – rzekł Panoramix, spoglądając na nią pytająco.

– Airo, a gdzie jest Livia? – wtrącił nagle Asterix z lekkim niepokojem w głosie.

Aira, podpierając się o laskę, odeszła nieco w bok, ukazując za sobą Livię. Stała trochę dalej, ale nie sama. Towarzyszył jej mężczyzna.

Asterix, Obelix i Panoramix wpatrywali się badawczo, próbując dostrzec więcej szczegółów w wieczornym półmroku, aż dostrzegli te charakterystyczne, ciemne, kręcone kudły. Livia wyraźnie rozmawiała z Mauriksem. Uśmiechała się lekko, przytakując od czasu do czasu. Maurix ściskał delikatnie jej rękę.

Na ten widok Obelix od razu stracił w oczach błysk, który dopiero co zdradzał jego głęboko skrywaną ekscytację. Spuścił ponuro wzrok.

Dało się usłyszeć przebieg rozmowy, która powoli dobiegała końca:

– Zobacz, Livio, ja też nie miałem łatwo. Uwierz, że naprawdę jestem w stanie zrozumieć twoje zmartwienia. Bez względu na wszystko jestem tu dla ciebie. Zasługujesz na szczęście. Nie zapominaj o tym.

Obelix, odwróciwszy się, udał się przygnębiony do spiżarni. Może i nie miało to większego sensu, ale chciał znaleźć się gdziekolwiek, byle być przez jakiś czas sam.

– Oczywiście, Mauriksie, oczywiście – dało się później usłyszeć odpowiedzi Livii, trochę automatyczne. – Przepraszam, ale naprawdę muszę już iść. Bywaj!

Gdy Livia udała się w kierunku chatki Panoramiksa, Aira widocznie się uspokoiła.

– Ach, co za szczęście… – odparła, ściskając przyjaźnie dłoń druida. – Wybacz mi, kochany Panoramiksie, ale wiesz, że zdarza mi się tak czasem. Nie mogłam odpędzić od siebie obaw, że ktoś komuś wkrótce mógłby zrobić krzywdę.

– Ale zdaje się, że ten ktoś już sobie poszedł – rzekł do niej Panoramix uspokajająco.

W tym czasie Obelix, wciśnięty między rzędy półek w spiżarni, przysłuchiwał się wszystkiemu, święcie przekonany, iż to o nim jest mowa. Był naprawdę rozgoryczony, a gdy usłyszał głos Livii ciepło witającej Panoramiksa, momentalnie zapragnął czegoś słodkiego – i to prędko! Bo jak zaraz wyrwie się z jego piersi potężny szloch, Livia natychmiast domyśli się, gdzie się znajduje. A Aira? Jako świadek porannego zdarzenia na pewno zdążyła już powiedzieć Livii parę przykrych słów na jego temat. Począł gorączkowo przeszukiwać półki z konfiturami, sokami i konserwami, by znaleźć coś słodkiego, co zagłuszyłoby wewnętrzną gorycz.

Tymczasem Panoramix, Asterix, Aira i Livia zasiedli razem przy stole.

Gdy Livia została przedstawiona druidowi, od razu poczuła powagę jego cichego autorytetu. Miała wrażenie, że jego zacisze, choć bez przepychu, jest pewnego rodzaju świątynią. W pierwszej chwili poczuła się onieśmielona, jednak próbowała sprawiać wrażenie osoby opanowanej i pozytywnie nastawionej, nie tracąc przy tym respektu.

Panoramix zaproponował każdemu po solidnej porcji zupy grochowej. Jedynie Asterix, niemal już syty, odmówił.

Livia rozejrzała się dyskretnie po pomieszczeniu.

– Czy Obelix też tu przyjdzie? – spytała.

– Być może, ale jak nie ma dzików, to nigdy nie wiadomo – zażartował prowokacyjnie Asterix pełnym głosem.

Nastała chwila ciszy.

– Jak tam czuje się nasz Ferrix, Panoramiksie? – spytała Aira.

– Dziś bardzo dużo śpi. Widocznie poczyniliśmy jakiś krok naprzód i teraz musi na nowo zebrać siły – wyjaśnił Panoramix. – Za chwilę wejdę do niego i zaproponuję mu nieco strawy. Być może apetyt już mu się trochę poprawił.

– Czy mogłabym służyć jakąś pomocą? – spytała Livia otwarcie.

Panoramix spojrzał Livii w oczy z aprobatą, jakby dostrzegł jej dobre intencje.

– Wiesz, moja droga… – zaczął, po czym zamyślił się na chwilę. – W zasadzie dużo nam nie zostało. Wiem, że miałaś dziś bolesny wypadek. Nie chciałbym, żebyś się zanadto wysilała.

– Ależ czuję się w pełni sprawna – zapewniała z szerokim uśmiechem. – Jeśli mogłabym jakkolwiek pomóc, byłabym naprawdę zaszczycona.

– A może to ja lepiej wykonam jakieś drobne zadanie? – spytała pogodnie Aira.

– Mam już swoje lata, ale ta kobieca niezłomność wciąż nie przestaje mnie zadziwiać – odparł Panoramix, którego lekki uśmiech odbił się przez siwy zarost. – Został mi jeszcze jeden kociołek do wyczyszczenia, ale lepiej niech zajmie się tym Asterix – zwrócił się do Livii. – Ty mogłabyś wówczas zmieść popiół wokół paleniska. Airo, jeśli chcesz, mogłabyś odkurzyć z wierzchu stelaż do suszenia ziół. Ja uprzątnę stół i zajrzę do Ferriksa.

Kiedy wszyscy przystąpili do pracy, Obelix zabierał się już za drugi słoik z miodem. Jego głowę wypełniało coraz więcej rozterek – każdy, poza ciężko chorym Ferriksem, wykonuje jakąś pracę, a on siedzi, opychając się miodem? Jednak z drugiej strony wciąż sądził, że jest tu personą non grata.

Tymczasem atmosferze pracy towarzyszyły rozmowy. Panoramix w pewnym momencie oznajmił Asteriksowi:

– Pąki tarniny. Kończy mi się zapas. Bardzo dużo już ich zużyłem dla Ferriksa. Obawiam się, Asteriksie, że niedługo będę musiał prosić cię, byś wyruszył za wzgórza, by dostarczyć mi ich więcej. Najlepiej w ciągu tygodnia.

– Nie ma sprawy – odpowiedział Asterix. – Sądzę, że za kilka dni będziemy mogli z Obeliksem udać się na wyprawę.

W tym momencie Livia zbliżyła się do paleniska, przy którym leżał Idefix. – Jaki miły piesek! – westchnęła, kucnąwszy przy zwierzaku, który uniósł przednie łapki. – Jak mu na imię, Panoramiksie? – zapytała, głaszcząc go po pyszczku.

– To Idefix – oznajmił Panoramix. – Ale nie jest on częścią tego domu. Należy do Obeliksa. To jego oczko w głowie – dodał z sympatycznym uśmiechem.

– A to w takim razie gdzie zapodział się jego pan? – spytała pogodnie, sadzając psa na kolanach.

– Przepadł jak kamień w wodę! – zawołał Asterix, kierując głos w stronę ściany, za którą znajdował się Obelix.

– Jak to przepadł? – spytała Livia.

– Cóż… – zaczął Panoramix. – Słyszałem o tym, co się stało dziś rano. Pewnie wciąż ma wyrzuty sumienia.

Livia spojrzała ukradkiem na Airę, potem znów na Panoramiksa.

– To on ciągle to przeżywa? Dlatego nie chciał mnie widzieć?

Aira, mimo że zdawała się znać wszystkie odpowiedzi, stała w milczeniu.

– Naturalnie, że mu niezręcznie – wtrącił ostro Asterix. – Wyobraź sobie, że o mało kogoś nie zabiłaś własnym obiadem.

Livia nagle poczuła przypływ frustracji.

– Czy on naprawdę już wystarczająco się nie naobwiniał? – spytała, odstawiając Idefiksa i zrywając się na równe nogi. – Ten wypadek bolał mnie tylko chwilę. Co to takiego w porównaniu z tym, jak dobijają go twoje docinki?

Livia sama była zdumiona tym, że w nagłym przypływie desperacji zaczyna wyrażać swoje stanowisko bez ogródek – pierwszy raz od niepamiętnych czasów. Gdy już zaczęła, nie mogła przestać.

– Asteriksie, myśl o mnie, co chcesz, ale ja nie mam mu czego wybaczać. Naprawdę chcę, żeby wiedział, że nie mam mu tego za złe! A widzę, że on jest już tak zadręczony, że pewnie nawet do mnie nie podejdzie…

Obelix, wysłuchawszy tej deklaracji, poczuł, jak ulga i głębokie wzruszenie odbierają mu kontrolę nad ciałem. Uniósł się z pozycji siedzącej tak gwałtownie, że jego barki zderzyły się z podłużną półką. Siła uderzenia była na tyle ogromna, że półka poszybowała w górę, wyrywając mocowania ze ściany, a butelki z owocowymi sokami, uderzywszy w sufit, rozbiły się w drobny mak, uwalniając całą swoją zawartość. Cała podłoga, wraz z Obeliksem, została pokryta różowawą, lepką cieczą.

Wszyscy pozostali, usłyszawszy ogromny huk, niemal podskoczyli. Livia wydała z siebie krótki okrzyk. Nawet z sąsiedniej izby dało się usłyszeć krzyk z powodu gwałtownego wybudzenia chorego.

– Obelix… – westchnął z rezygnacją Panoramix, kierując się w stronę spiżarni, spod której drewnianych drzwi sączył się już ciemnoróżowy płyn.

Do ogromnej kałuży zdążył się dobrać już Idefix, ochoczo degustując smak soku.

Panoramix otworzył pomieszczenie i oczom wszystkich ukazała się zaokrąglona sylwetka giganta, który skulił się, cały mokry i zaróżowiony od soku oraz palącego wstydu. Obejmował niemal opróżniony słój miodu, jakby w geście obronnym.

– Obeliksie, czy nic ci nie jest? – spytała Livia, wyraźnie przejęta.

Asterix obserwował go, marszcząc brwi.

– Jeśli miałeś już tak wielką ochotę na ten miód i sok, to chyba grzeczniej byłoby podzielić się z innymi, a nie robić sobie kryjówkę – powiedział z przekąsem.

– Ja, ja, ja… chciałem się upewnić najpierw, czy… czy miód jest świeży – wyjąkał Obelix desperacko.

– Obeliksie, czy zdajesz sobie sprawę, jak trudno było w ubiegłym sezonie pozyskać czarny bez na sok? – spytał Panoramix, starając się zachować opanowanie.

– Ja, ja… bardzo przepraszam – odparł ze szczerym żalem. – Posprzątam to – zadeklarował, podnosząc się z podłogi.

– Tylko ostrożnie, nie pokalecz się – uprzedził go Panoramix, gdy Obelix począł stawiać powolne kroki na oprószonej szkłem podłodze.

Kiedy Obelix odgarnął już całe szkło w jedną stertę, przyłączyła się do niego Livia z kilkoma kawałkami grubego, lnianego płótna przewieszonymi przez ramię i przyklęknęła obok.

– Pomogę ci – zaproponowała ściszonym głosem. – Dużo tego jeszcze zostało.

Kiedy Livia wycierała resztę lepkiej cieczy z drewnianej posadzki, Obelix spojrzał na nią, trochę zmieszany.

– Ależ nie. Ja to muszę naprawić sam – odparł pośpiesznie, niemal szeptem.

Livia uśmiechnęła się do niego, a jej oczy zaczęły błyszczeć. Poczuła, jak odżywają w niej te same emocje, które pojawiły się po porannym incydencie. Te same, które pozwoliły zapomnieć o bólu.

– Wypadki chodzą po ludziach – powiedziała kojącym głosem. – Wystarczy chyba ci zmartwień jak na dziś.

Obelix w odpowiedzi westchnął tylko ciężko.

– Powiedz mi, proszę – zaczęła. – Powiedz mi szczerze, dlaczego ukryłeś się przed nami w tej małej spiżarni? – Przez moment czekała na odpowiedź, po chwili kontynuowała: – Czy może ciągle dręczy cię ten dzik?

Obelix zastygł, czując dreszcze na całym ciele. Nie miał sposobności, by przyznać się przed Livią do wszystkiego, co tak naprawdę przeżywał. Widok jej i Mauriksa, potem uwaga Airy sugerująca, że jest tu niemile widziany… Jednakże podsunięta przez Livię sugestia okazała się dla niego pomocą w opresji.

– Livio, ja… Naprawdę nie chciałem… Ciągle jestem zły na siebie.

Obelix potarł nerwowo ucho, miotając wzrokiem. Livia, uśmiechając się ciepło, położyła mu rękę na ramieniu. Gdy poczuł na sobie jej dotyk, jego ruchy od razu się opanowały, a jego spojrzenie, choć wciąż nieco spanikowane, zastygło na jej twarzy.

– Dobrze wiem, że nie chciałeś zrobić mi krzywdy – powiedziała cicho. – To też nie była tylko twoja wina. Przyznaję, bynajmniej nie było to odpowiedzialne zachodzić cię od tyłu – zaśmiała się, kręcąc głową.

Obelix nie odrywał od niej wzroku. W jego oczach panika stawała się coraz mniej widoczna, a usta zaczęły stopniowo wykrzywiać się w uśmiechu. Tym razem to Livia spuściła nieśmiało wzrok.

– Muszę ci się przyznać – zaczęła znów – że kiedyś, gdy jeszcze mieszkałam na swych rodzinnych ziemiach, zdarzało mi się powodować podobne zamieszania. Jako dziecko uwielbiałam udawać, że wóz do przewożenia siana to rydwan – zaśmiała się cicho, zauważając, jak Obeliks słucha z zaciekawieniem. – Pewnego razu wpadłam na pomysł, żeby wciągnąć go na górkę. No i… zjechałam.

– Dla mnie brzmi to jak dobra zabawa – wtrącił nieśmiało, choć był o wiele bardziej pogodny niż chwilę wcześniej.

– Dobra zabawa? No to wyobraź sobie, że efekt był taki, że uszkodziłam zagrodę, co spłoszyło stado bydła.

– No to jeszcze lepsza zabawa – wtrącił nieco śmielej, choć po chwili zaczął żałować tego komentarza.

– Kilku chłopów walczyło, by nad nimi zapanować. Mało brakowało, a ktoś zostałby wdeptany w ziemię.

– Byk? – zastanowił się Obelix.

Livia wybuchła szczerym śmiechem.

– Nie, Obeliksie! Któryś z tych chłopów.

Jej śmiech był tak zaraźliwy, że Obelix mimowolnie zaczął się śmiać razem z nią.

– Widzisz. Ty też będziesz kiedyś śmiał się z tego dzisiejszego incydentu – powiedziała Livia, wycierając wilgotne od rozbawienia oczy.

Jednak Obelix przestał się śmiać. Spojrzał na nią znów przepraszająco.

– Proszę cię – Livia spojrzała mu w oczy. – Zależy mi na naszych dobrych relacjach. Zostawmy ten incydent za sobą. Co ty na to?

Na twarzy Obeliksa rozbłysła błoga ulga. Livia znów dotknęła jego ramienia. Siląc się na odwagę, w przyjaznym geście poklepał Livię delikatnie po ręce.

– Tak, Livio, zgadzam się z tobą. I naprawdę… Naprawdę ci dziękuję – powiedział drżącym głosem.

W tej chwili Livia czuła się wyjątkowo bezpiecznie i spokojnie, a mimo to jej serce przyśpieszyło. Jednego była pewna. Przy Obeliksie czuła się dobrze.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania